Świat po dziewczyńskiemu

Centrum Rezydencji Teatralnej Scena Robocza w Poznaniu, Dziewczyny opisują świat, reż. Aleksandra Jakubczak

Na samym początku był świetny zaiste pomysł Aleksandry Jakubczak, by ogłosić w Internecie zbiórkę pamiętników i różnych innych osobistych notatek dokonywanych przez nastoletnie dziewczyny – wszystko to dla warsztatowego opracowania tych tekstów na użytek końcowych działań natury performatywnej. Reżyserka, sama będąc autorką młodzieńczego pamiętnika, miała prawo być stuprocentowo pewna, że młodzież damska XXI wieku zawiera w tych tekstach nie tylko jakieś pretensjonalne banalnostki typu: „Mój pamiętniczku, oto zwierzam się ci: tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro, każdy dzień ciągnie się jak makaron…”, lecz na ogół idzie znacznie dalej w swych obserwacjach, refleksjach i enuncjacjach.


Warsztaty z kobietami, które doceniły wagę owych na ogół lekceważonych młodzieńczych świadectw i chciały o nich szczerze pogadać, a potem w związku z nimi nawet być może performować, współprowadziły – obok Aleksandry Jakubczak – Zofia Krawiec (pisarka, kuratorka, artystka) oraz Katarzyna Sikora (choreografka i tancerka). Końcowym efektem tych warsztatów, a potem już po prostu prób, jest „instalacja performatywna” Dziewczyny opisują świat odegrana przez trzy aktorki: Paulę Głowacką, Cristinę Ferreirę i Lenę Schimscheiner. (Swoją drogą, moim skromnym zdaniem, nie jest to żadna „instalacja”, tylko po prostu spektakl teatralny z użyciem obrazów rzucanych na ekran, które stanowią bardzo istotny element przekazu. Bo ze stosowanym tutaj różnorakim wciąganiem widzów do akcji nasz współczesny, „sperformatyzowany” teatr zdążył się już przez kilka dziesięcioleci oswoić i nie trzeba go z tej okazji na nowo gdzieś „doinstalacjowywać”.)


Zostawmy jednak spory terminologiczne na boku, bo mocne doświadczenie teatralne, jakiego doznałem w sali poznańskiej Sceny Roboczej, zobowiązuje mnie przede wszystkim do pochylenia się nad samym dzianiem się, ludzką współobecnością, współodczuwaniem, nad spolegliwą, niewymuszoną wymianą treści oraz emocji. Tu muszę od razu stwierdzić, że podczas tego spektaklu krok po kroku przeszedłem od męskiego do dziewczęcego punktu widzenia na świat, co jest niewątpliwą zasługą wszystkich jego twórczyń. Wyraziły one bowiem to, co jest bliskie po prostu nam-ludziom, niezależnie od płci i wieku. Bo chyba (mam nadzieję, że) my wszyscy na różne, czasem dziwnawe sposoby poszukujemy międzyludzkiej harmonii, wsparcia, wzajemnego zrozumienia, miłości, otwarcia się na drugiego człowieka. To wszystko jest nam potrzebne jak tlen. A młode dziewczyny – autorki zaprezentowanych na Scenie Roboczej tekstów potrafiły wszystkie te potrzeby, dążenia i marzenia świetnie wyrazić – w sposób szczery, prosty, dobitny, rzeczowy. To właśnie przesłanie jakoś najpełniej do mnie dotarło i spowodowało, że się przesunąłem mentalnie na kobiecą stronę.


Aby ten „przesuw” się dokonał, potrzebna jednak była trafna realizacja wielu pomysłów na to, jak ten spektakl rozegrać, jak go skomponować, ułożyć w czasie i przestrzeni, by nie zanurzyć się po uszy w naiwną retorykę, nie wpaść na mielizny wytartych do cna uczuć, myśli, haseł, pojęć, sloganów, intelektualnych stereotypów i scenicznego „przeżywania”.


Tu trzeba oddać trzem aktorkom oraz reżyserce to, co im się należy, składając pełen szacunku pokłon za świetnie wykonaną robotę: Głowacka, Ferreira i Schimscheiner nie siliły się na jakieś „odgrywanie” dziewczęcych tekstów, lecz po prostu je cytowały, tyle że z przesyconym czułością zrozumieniem. Zachowaniu przez nie, a także przez widzów dystansu wobec scenicznego dziania się służyły także bardzo skutecznie dwa duże ekrany, usytuowane na dwóch prostopadłych wobec siebie ścianach. Na białej płaszczyźnie owych ekranów co chwilę pojawiały się uchwycone przez kamerę „kartki z pamiętnika”, a na nich zapisane ręcznie, często jeszcze dziecinnym charakterem pisma, różnorakie spostrzeżenia i refleksje (czasem właśnie te, które przed chwilą wypowiedziano ze sceny lub te, które za chwilę zostaną wypowiedziane), a także obrazki – rysunki oraz malunki, zdjęcia autorek tudzież ich koleżanek i kolegów, a także wycięte z kolorowych gazet fotki pięknych, zadbanych, wyretuszowanych kobiet. Animacja tych obrazków odbywała się na oczach widzów, jako że dwa małe podesty z rozłożonymi na nich obiektami animacji oraz kamerami umieszczone były po prostu w zajętej przez nich przestrzeni piankowych materacy.


Dystans między aktorkami a widzami został osiągnięty także dzięki fizycznej bliskości – byliśmy rozsadzeni na wspomnianych przed chwilą, rozrzuconych wzdłuż czterech ścian materacach, zagarniających znaczną część powierzchni sali. (Gdy wybrałem piankę leżącą tuż pod ścianą, by mieć oparcie dla pleców, uświadomiłem sobie po chwili, że mój widok na sceniczną akcję będzie ograniczony, jako że przede mną zasiadło kilkanaścioro osób, skutecznie ograniczających moje pole widzenia. Ale nic to – wszystko, co powinno było do moich zmysłów dotrzeć, i tak się skutecznie przebiło i dotarło.) A wracając do fizycznej bliskości: aktorki zagospodarowały swą obecnością nie tylko wolny od siedzeń widzów prostokąt podłogi w środku sali, lecz zagłębiały się nader często w rejony przez nas „zasiedzone”. Pierwsza scena spektaklu to właśnie wyprawa leżących dotąd na podłodze aktorek (ubranych w luźne, domowe ciuchy, głównie w dresy) najpierw pod ścianę przeciwległą do wejścia, a potem pod ścianę przy wejściu; w obu tych miejscach trzy kobiety – oddalone od niektórych widzów zaledwie o metr – przytulają się do siebie i szepczą sobie coś na ucho, jakby dodawały sobie nawzajem otuchy przed jakąś ciężką życiową próbą. To podkreślenie wzajemnej, intymnej bliskości dokonane w niewielkiej odległości od widzów, stworzyło natychmiast psychiczny dystans między nami a performerkami, zgodnie z odwieczną teatralną regułą: fizyczne oddalenie równa się psychiczna bliskość, fizyczna bliskość równa się psychiczne oddalenie. Tak to zawsze działa i tu też skutecznie zadziałało, nie przeszkadzając wcale naszemu głębokiemu pogrążeniu się w to, co twórczynie Dziewczyn opisujących świat chciały nam opowiedzieć i dać do przeżycia oraz do przemyślenia.


Chwilę potem owa bezpośredniość kontaktu, a zarazem psychiczny dystans zostały skutecznie pogłębione, jako że aktorki zaczęły szeptać coś do ucha niektórym rozsadzonym na piankach kobietom i mężczyznom. Intymność poszerzona o ludzi z widowni? Na to pytanie każda z „naszeptanych” osób musi sobie odpowiedzieć sama. W pozostałych widzach to działanie z pewnością wzbudziło dystans, nawet jeśli przesycony żalem, „że to nie ja”. Nie wiem, czy taki właśnie efekt był przez twórczynie zamierzony. Jeśli był, należą im się duże brawa za precyzję skomponowania relacji widzowie-aktorki, jeśli nie, nic nie szkodzi – i tak wyszło to spektaklowi na dobre.


Natomiast nie wyszło mu, moim zdaniem, na dobre wskazywanie przez aktorki siedzących na piankach konkretnych osób i publiczne „definiowanie” ich: „to mogliby być rodzice tej dziewczyny”, „tak wyglądała Małgosia” itd. Widzowie na ogół nie lubią, gdy aktorka lub aktor publicznie ich „dookreśla”, atakując ich tożsamość. Widz i widzka (?) lubią jednak pozostać sobą.


Ciekawie i niebanalnie zrobiło się natomiast wtedy, gdy jedna z aktorek podczas najciekawszej sekwencji spektaklu dotyczącej poszukiwania miłości położyła się na jednej z pianek, bardzo blisko całej siedzącej wokół grupy widzów. Ten czytelny w każdym języku ciała pod słońcem znak bezbronności oraz intymnej bliskości z innymi ludźmi był idealnie zgrany z treścią wypowiadanych tekstów.


Jednak najistotniejsze podkreślenie intymnej więzi z widzami mamy pod koniec przedstawienia, gdy trzy aktorki rozdzielają się i odczytują zgromadzonym wokół siebie widzom i widzkom fragmenty pamiętnika dziewczyny, która – związana już przez jakiś czas z chłopakiem – odkrywa nagle w sobie fascynację inną kobietą. (Przedtem, we wspomnianej tu sekwencji „miłosnej” zostało powiedziane, że chłopcy to „element niepewny” i że harmonijny związek można mieć z dziewczyną.) A potem każda z aktorek przekazuje zeszyt którejś z otaczających ją osób, zachęcając do kontynuowania głośnej lektury. Zeszyt z wklejonymi weń wydrukowanymi zwierzeniami wędruje potem z rąk do rąk, a dziewczyny, chłopcy, kobiety i mężczyźni odczytują kolejne fragmenty opowieści ich autorki o rozterkach, o udanym związku z kobietą, o niespełnionym marzeniu o pięknym ślubie, o kryzysie związku z Kasią, o jego rozpadzie i na koniec o powrocie do Roberta, czyli m.in. do marzenia o białej sukni, welonie, Cyganach z muzyką, stukocie kopyt w rytm marsza weselnego, ryżu na szczęście, windzie do nieba… (Tu mnie oczywiście poniosło, bo wszelkie skojarzenia z piosenką grupy Dwa Plus Jeden nie są akurat w tym wypadku uzasadnione, tyle że jej tragiczne przesłanie – notabene wyartykułowane przez autora-mężczyznę – jest świetnie zgrane z kilkoma tekstami przywołanymi w spektaklu Dziewczyny opisują świat.)


Wracając do przywołanej tu pięknej sceny zamykającej przedstawienie: kolejni ludzie odczytują kolejne fragmenty zwierzeń i refleksji biseksualnej młodej kobiety, jedni ciszej, drudzy głośniej. Nie wszystko słychać, ale to nieważne – ważna jest przemyślnie zbudowana, niewymuszona mini-wspólnota. Nie jesteśmy zaczepiani, nie jesteśmy „dodefiniowywani” jesteśmy zachęceni do sensownego współudziału, na równych prawach z aktorkami.


Potem otwierają się drzwi, niektórzy już wychodzą, inni nadal siedzą i słuchają. Robi się coraz milej i przytulniej. Jesteśmy razem, dzielimy się odczytywaną, poznawaną wspólnie historią, która jest bardzo pouczająca i niebanalna, zwłaszcza w kontekście tego, czego doświadczaliśmy przez kilkadziesiąt ostatnich minut wspólnie z aktorkami.


Jedna z nich wychodzi, potem druga, potem trzecia. Zostajemy sami, ale to nam nie przeszkadza. Czytamy i słuchamy dalej, do samego końca tej opowieści – do powrotu bohaterki na zwykłe, akceptowane powszechnie tory kolei życia.


Pora już, niestety, wyjść…


Wracając jeszcze do najważniejszych tematów poruszanych w dziewczyńskich opowieściach, skrzętnie uszeregowanych przez twórczynie spektaklu w kilka sekwencji, które anonsowane są przez napisy na ekranach: jest tu trochę o polityce, ale mało (i słusznie); o rodzicach – tu warto przywołać znakomity tekst składający się ze „standardowych” narzekań rodziców na córkę-nastolatkę, zakończony trzykrotnym, chóralnym okrzykiem aktorek: „Przemyśl to!” Są też niesamowicie szczegółowe zapiski o burzach (ciekawe, czy ich autorka została meteorolożką?), a także świetnie pomyślane, celowo rozciągnięte w czasie marzenie o zakupach w „Piotrze i Pawle”, szybko zamienione w niemiłosiernie długą, pomysłowo obliczoną na zmęczenie i znudzenie widzów listę przysmaków, jakie można zaobserwować w sklepach tej sieci (evviva il consumismo!).


W pamięci pozostają jednak wielokrotnie już tutaj przywoływane marzenia, wspomnienia, olśnienia i traumy związane z poszukiwaniem bliskości Drugiego (lub Drugiej). Ich naiwna prostota, a zarazem głęboka, choć niedojrzała, jeszcze niespełniona, nieprzetestowana w dorosłym życiu mądrość są wręcz porażające i prowokują siedzących na piankach ludzi do zastanowienia się nad swoim własnym życiem, marzeniami, traumami, wspomnieniami, spełnieniami oraz upadkami. Mnie przynajmniej mocno i gwałtownie sprowokowały.


Gdy wybrzmiały już kolejne marzenia o bliskości, współbyciu, wspieraniu się, przytulaniu, rozbudzaniu tego, co w partnerze/partnerce najlepsze i dzieleniu się życiem, Paula Głowacka opowiedziała nam na pozór głupiutką i naiwną historię o tym, jak niejaki Tomek dał ostrą plamę na balu szóstoklasisty: nie podobała mu się suknia jego dziewczyny (sześćset złotych w błoto!), a poza tym nie chciał jej poprosić do tańca ani nawet zatańczyć z nią, gdy sama go o to prosiła. Po czym stojąca przez cały czas na scenie Lena Lena Schimscheiner znienacka puściła się w samotny, ekstatyczny pląs w rytm piosenki Total Eclipse of the Heart Bonnie Tyler.


Wsłuchałem się po raz pierwszy w życiu w tekst tego słyszanego wielokrotnie i puszczanego mimo uszu pop-hitu z lat osiemdziesiątych. I doznałem szoku, przechodząc na dziewczęcą stronę świata, skłaniany do tego przedtem (a także potem) intensywnie, acz spolegliwie przez twórczynie tego spektaklu.


Warto czasem tak „wyjść z siebie” i spojrzeć na świat cudzymi oczyma. Dziewczyny, które opisują świat i trzy aktorki, które udzielają im głosu, stwarzają nam po temu wyjątkową okazję.


Centrum Rezydencji Teatralnej Scena Robocza
w Poznaniu
Dziewczyny opisują świat
koncepcja i reżyseria:
Aleksandra Jakubczak
kreacja i performance: Paula Głowacka, Cristina Ferreira, Lena Schimscheiner
kreacja i przestrzeń: Jana Łączyńska
konsultacje: Zofia Krawiec, Katarzyna Sikora
dźwięk: Grażyna Biedroń
premiera: 27.04.2018

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *