Jeleniogórska majówka teatralna

Międzynarodowy Festiwal Teatrów i Kultury Awangardowej „Pestka” 2017, 28 kwietnia – 3 maja, Jelenia Góra


Kiedy dyrektor artystyczny festiwalu Łukasz Duda podczas uroczystego otwarcia mówi o wyjątkowości tegorocznej Pestki, nie są to standardowe formułki i dobrze znane retoryczne kwiatki. Pierwszą rzeczą, która dosłownie rzuca się w oczy, kiedy zatrzymawszy się przed plakatem, próbujemy ogarnąć całość zaplanowanych wydarzeń, to rozmach przedsięwzięcia. Do Jeleniej Góry w te świąteczne majowe dni przyjechało około dwustu artystów. Przywieźli ze sobą czternaście spektakli. Do tego doszły liczne wydarzenia towarzyszące, których starczyłoby na osobny festiwal.


Na dobry początek – i znów nie chodzi tu o samą konwencję językową – licznie zebranej w Jeleniogórskim Centrum Kultury publiczności pokazano Zapolską Superstar, czyli jak przegrywać, żeby wygrać Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Trudno o lepszy wybór, skoro dwuskładnikowe hasło festiwalu brzmiało: „Baby i dramaty… bez żalu”. Postać Marii Gabrieli Janowskiej z domu Piotrowskiej herbu Korwin, primo voto Śnieżko-Błockiej, niemalże ucieleśnia zarówno pierwszy jego człon, jak i drugi. Opisywała dramaty kobiet w licznych powieściach, utworach dramatycznych i nowelach, o czym świadczą same tytuły jej dzieł: Moralność Pani Dulskiej, Panna Maliczewska, Kobieta bez skazy, Z pamiętników młodej mężatki. Przy czym robiła to w sposób, który doprowadzał środowiska konserwatywne i, nie ukrywajmy tego, seksistowskie, do prawdziwego szału. Ją samą twórczość ta zaprowadziła na salę sądową, gdzie oskarżała, będąc oskarżoną. Jednak prawdziwym dramatem i dziełem sztuki było pełne skandali, poszukiwań, goryczy, społecznej dezaprobaty, ale też fascynacji i oklasków życie Zapolskiej. Dzięki staraniom dramaturga Jana Czaplińskiego i reżyserki Anety Groszyńskiej zespołowi z Wałbrzycha, z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru i bez nachalnego odbrązawiania i uwspółcześniania, udało się przedstawić pisarkę i aktorkę z przełomu XIX i XX stulecia jako bohaterkę, myślicielkę i kobietę wieku dwudziestego pierwszego.


Skoro już jesteśmy przy tzw. „sekcji mistrzowskiej”, nie mogę nie wspomnieć o być może najbardziej kontrowersyjnym wydarzeniu festiwalowym. Przedstawienie Toodrytocry (żeby prawidłowo przeczytać ten tytuł, należy go najpierw rozszyfrować), zaprezentowane przez Theaterkollektiv Sanierte Altbauten, zebrało wśród widzów najbardziej skrajne oceny i wzbudziło podobnie skrajne emocje. Wcale się temu nie dziwię, była to bowiem najbardziej radykalna propozycja w kontekście wyznaczonego tematu przewodniego. Poza tym bardzo minimalistyczny spektakl, zbudowany prawie że w całości na plastyce, powiedziałbym nawet, samej cielesności, dwóch aktorek (Eva Hintermaier i Sara Kindermann) należy uznać za najbardziej niejednoznaczny w przekazie, przez co też najbardziej wymagający i trudny w odbiorze.


W centrum spektaklu nie znajdziemy kobiety wyzyskiwanej ani też kobiety walczącej o swoje. Nie ma w nim mowy o tu i teraz. Wszystko dzieje się jak gdyby poza czasem. Gdzieś w świecie archetypów, mitu i marzeń sennych. Twórczynie, jak same wyznają w krótkiej notce, postanowiły pochylić się „nad związkiem kobiecości i cieczy, które historycznie były postrzegane jako zagrożenie”. Dokładnie tak. Żadne inne przedstawienie nie poszło tym tropem. Nikt nie odważył się ukazać kobiecości jako czegoś, co potrafi wzbudzać, przynajmniej u niektórych, autentyczną grozę, lęk, trwogę i obrzydzenie. „Męskość” zbudowana na wierze w racjonalne zachowanie, związki przyczynowo-skutkowe, technikę, formuły, algorytmy, czyli możliwość ogarnięcia otaczającej nas rzeczywistości przez rozum, czuje się wobec takiej „płynnej kobiecości” zupełnie bezradna. Dlatego puszczane na tylną ścianę projekcje oceanu wcale nie uspokajają, tylko potęgują poczucie zagrożenia. Mistrzowską wypowiedzią na ten temat był film Larsa von Triera Antychryst. Podejrzewam, że duńskiemu reżyserowi obejrzenie Toodrytocry sprawiłoby emocjonalną i intelektualną przyjemność. Najpierw półnagie, a potem zupełnie nagie aktorki, nawet kiedy wcielają się w postaci nimf, rusałek i syren, nie tyle zwodzą i kuszą, co napawają głęboką, niewysłowioną niechęcią i odrazą. Kiedy aktorki, upaćkane w obrzydliwym malinowym kisielu, bawią się kawiorem ze śliskich kulek, wspominamy te rzekomo prymitywne i zabobonne kultury, w których nadal funkcjonują liczne tabu związane z „nieczystością” kobiet. Warto było skonfrontować swoją wrażliwość z takimi „babami” oraz ich „podwodnymi dramatami”.


Celebrujmy różnorodność!


Z pewnością nikt nie zarzuci organizatorom, że dobierając spektakle konkursowe, nie zadbali o różnorodność. Już na drugi dzień autobus wiózł łaknących teatralnych przygód gości festiwalowych na… pobliskie lotnisko przy ul. Łomnickiej. Przedstawienie w hangarze samolotowym? Dlaczego nie? Zresztą przestrzeń dająca taką swobodę obecnie zdecydowanie wygrywa ze starą sceną pudełkową. Poza tym surowa, ascetyczna atmosfera takiej przestrzeni też ma swój specyficzny urok. Szczególnie w połączeniu czy zderzeniu z teatrem formy, jak w wypadku przedstawienia Wojciecha Brawera 01001. Czarne zasłony ogradzające przestrzeń gry, czarna podłoga, czarne ubiory aktorów. Dziewięć postaci, szybko znikających pod wielkimi szarobiałymi maskami. Niestety, pozbawione narracji przedstawienie nie jest zbyt podatne na próby scalenia go w znaczącą i samodzielną całość. Raczej rozpada się na kolejne etiudy, kolejne próby odnalezienia tożsamości, wyrażenie własnych emocji i myśli za pomocą formy. Jego autentyczność natomiast tkwi w tym, że tak naprawdę na podobne poszukiwania, niekiedy bardzo bolesne, skazany jest każdy z nas. Nawet jeżeli nie jest studentem Wydziału Lalkarskiego, który musi zaliczyć egzamin z „maski”.


Z hangaru trafiamy do małej i przytulnej Sali Novej. Merlin Puppet Theater przyjechał do nas z dalekiej słonecznej Grecji i przywiózł ze sobą Ziemię niczyją. Po obejrzeniu tego małego arcydzieła chce się szczerze podziękować artystom za podjętą podróż. Historia o samotnym Strachu na Wróble, którego losem staje się miejsce, ten jedyny punkt, którego siłą rzeczy nie potrafi opuścić, stało się dla mnie, lecz z pewnością nie tylko dla mnie, najbardziej wzruszającym przeżyciem festiwalu. Z tajemnicami godnego podziwu warsztatu Demy Papady i Dimitrisa Stamou warto było się zapoznać podczas specjalnie zorganizowanych warsztatów. Aktorzy, kryjąc się w ciemnościach, nie animują, lecz w rzeczy samej ożywiają, zarówno samego bohatera, jak i otaczający go świat. Ta teatralna magia, którą niektórzy mogą uznać za naiwną i prostacką, robi wrażenie i rzeczywiście działa. Nawet na osoby dorosłe. Piękne przesłanie spektaklu z pewnością nie zna ograniczeń wiekowych. Ziemia niczyja przypomina wszystkim, że krępujące i zniewalające nas granice i bariery powstają przede wszystkim z braku wyobraźni. Każdą z nich da się pokonać, nawet będąc zwykłym Strachem na Wróble.


Wciąż jesteśmy przy drugim dniu festiwalowym. Znowu zmieniamy lokum. Po obejrzeniu Zapolskiej… ponownie wracamy do Sali Widowiskowej. Zmiana przestrzeni tym razem sprzężona jest ze zmianą nastroju, problematyki, a nawet języka. Nomadka Teatru Amareya w reżyserii Katarzyny Pastuszak jest przedsięwzięciem pod wieloma względami zupełnie niecodziennym. Opowiada prawdziwą historię małej grenlandzkiej dziewczynki Louise Fontain. W ramach duńskiego projektu rządowego staje się ona częścią eksperymentu polegającego na rzekomej reedukacji mieszkańców tej należącej do Danii wyspy. Nie mogąc powrócić do prawdziwego domu, główna bohaterka staje się tytułową nomadką: osobą desperacko poszukującą własnych korzeni, tradycji i języka.


Żeby było ciekawiej, główną rolę w przedstawieniu zagrała sama Louise Fontain. Jej żywa obecność, jakby wykraczająca poza teatralną umowność, niewątpliwie wpłynęła na status przedstawienia i jego odbiór. W trakcie spektaklu za pomocą specjalnych, przypominających muszle półokrągłych noży pokazuje, jak jej przodkowie patroszyli ryby. Przedtem za pomocą tychże narzędzi goli jedną z aktorek. Żadnych „skrótów teatralnych”. Prawdziwe ryby i prawdziwe noże. Prawdziwe włosy spadające z głowy. Ta dosłowność i materialność, daleka zresztą od natrętnego weryzmu, zostaje w Nomadce spleciona z poezją tańca, ruchu i nagiego ciała. Zobaczymy aktorki wykonujące choreografię o kulach. Jedna z nich wykona taniec, leżąc na śnieżnobiałej podłodze pod konstrukcją z dziesiątkami zwisających kuchennych noży.


Cytując Coelho


Trzy konkursowe spektakle, które zobaczyliśmy dnia następnego, tak jak poprzednio przemieszczając się po Jeleniej Górze, różniły się między sobą w sposób nie mniej zasadniczy. Przedstawienie Why don’t you like sadness? Teatru Dada von Bzdülöw faktycznie było solowym występem Katarzyny Chmielewskiej, wspieranym muzyką na żywo przez Radka Dudę. Artysta stał po prawej stronie sceny przy stole pełnym różnych trudnych do zidentyfikowania narzędzi do wydobywania i modyfikacji dźwięku, w tym też ludzkiego głosu. Niekiedy wyglądało to jak wspólne improwizowanie. Z jednej strony dźwiękowe, z drugiej – taneczne. Katarzyna Chmielewska – piękna, skupiona, precyzyjna w ruchach i emocjach, na scenie pozbawionej ozdób, oprócz wiszącego z tyłu, sklejonego z reklamówek kolorowego dywaniku, gra z własnym ciałem, szuka, poddaje się emocjom. Jako że przedstawienie pozbawione jest warstwy słownej, czyta się je na poziomie intuicji i skojarzeń. Smutek przechodzi w melancholię. Bieg przechodzi w bezruch. A kończy się to wszystko mocnym gitarowym akcentem.


Najmniejszych kłopotów w wyrażaniu swoich stanów wewnętrznych za pomocą słów nie miały natomiast Malwina Giedyk, Kalina Rzeźnik i Weronika Borejka. Trójka aktorek Teatru Politechniki Warszawskiej przywiozła na Pestkę spektakl Lamentacje, minimalistyczne przedstawienie na podstawie dramatu Krzysztofa Bizia, które już zdołało zdobyć Grand Prix IV Festiwalu Teatrów Studenckich „Start”. Sugestywny tytuł w tym wypadku streszcza całą historię w jednym słowie. Chociaż, rzecz jasna, nie wszystko jest takie proste i najważniejsze są detale. Mamy trzy historie. Wiele je łączy i wiele dzieli. W środku zaś znowu znajdziemy owe „baby”, które tym razem mają wyraźny kłopot z owym „bez żalu”.


Żalu, goryczy i rozczarowania pełne było ostatnie przedstawienie wieczoru pod nie mniej ekspresywnym i wymownym tytułem BUM. Tym razem nie trzy, tylko cztery kobiety na scenie. Lamentują, owszem, lecz mają w sobie tyle złości i niezgody, że wkrótce przechodzą do akcji i… wysadzają całą Polskę w powietrze. (Dowiedzieć się więcej o tym ich wyczynie można z relacji poświęconej Akademii Teatru Alternatywnego Alternatywni akademicy w bieżącym numerze „Nietak!tu”). Warto odnotować, że przedstawienie Teatru Realistycznego jako jedyne z konkursowych w sposób jawny i prowokacyjny odwoływało się do realiów społeczno-politycznych. Nie dziwię się więc, że spotkało się z najbardziej żywą, natychmiastową reakcją widowni.


Polak z siekierą


Jednocześnie bardziej dyskretni i znacznie bardziej radykalni pod tym względem byli studenci Wydziału Teatru Tańca z PWST w Bytomiu. Dyskretni dlatego, że nie wysadzali Polski w powietrze i nie używali wizerunków dzisiejszej elity politycznej. Radykalni, sięgnęli bowiem po szczególnie naznaczone, emblematyczne wręcz postacie historyczne. W Polonezie alla polacca na niemiecką nutę jest na przykład scena, w której leżący obok siebie niczym w jednym łóżku Hitler i Stalin snują z jednej strony komiczne, z drugiej mrożące krew w żyłach rozważania na temat tego, kto z nich komu i za co musi być wdzięczny.


Przedstawienie Sebastiana Majewskiego przypomina talię kart, na którą składają się plastyczne obrazy, historie, grupowa i solowa choreografia, kolorowe kostiumy, muzyka, bójki i wybieganie na widownię. Wszystko to można układać w głowie niczym pasjans. Nie ma tu ani wyraźnego początku, ani zdecydowanego końca. Jest natomiast historia polskiego wieśniaka, który wrócił z pracy w Niemczech tylko po to, żeby ukatrupić całą rodzinę siekierą. Zrobiwszy to, zrzuca wreszcie ubrania „wieśniaka”, zakłada coś porządniejszego i spokojnie wraca autkiem do zachodnich sąsiadów. Jak podejrzewam, tym razem już na zawsze. Znalazło się miejsce i dla dość ogólnikowych, moim zdaniem, rozważań o socjalizmie i demokracji ludowej. „Chcesz darmowe mieszkanie, auto i ubezpieczenie zdrowotne?” – prowokacyjnie pyta jedna z aktorek. Pytanie to kieruje nie tylko do partnerki, lecz do całego młodego pokolenia, które „nie pamięta, jak to było”. Chociaż do „tych, co pamiętają” też. Pytania o utopię w dobie pragmatyzmu politycznego z jednej strony, z drugiej zaś narastającej nostalgii za państwem opiekuńczym i mocnym ideologicznie znalazły odzew w sercach i umysłach nie tylko jurorów, ale i publiczności. Polonez alla polacca na niemiecką nutę został tryumfatorem festiwalu. Jak zaznaczył Sebastian Majewski podczas wręczenia Pestki 2017: „Dając tę nagrodę, inwestują państwo w przyszłość”.


Ojciec i nie tylko


Ostatni konkursowy spektakl oddalił się od wielkiej polityki, historycznych postaci, „spraw polskich”, a zarazem „bab i dramatów”. Było to jedyne naprawdę „męskie” przedstawienie. Świetny końcowy akcent położony na relacje ojcowsko-synowskie. Sztuka Ojcze nasz w dorobku Artura Pałygi zajmuje szczególne miejsce. Możemy interesować się rzeczywistością polityczną lub nie (Obywatel K.), to samo dotyczy kwestii związanych z religią (Nieskończona historia na trzydzieści postaci, chór i orkiestrę dętą). Nie każdego też pociąga kwestia antysemityzmu (Żyd). Lecz każdy z nas ma lub miał ojca. I nawet jeżeli nigdy go nie znał, nie widział na własne oczy, musi jakoś układać z nim, obecnym lub nie, wzajemne relacje.


Ojcze nasz, mimo całego historycznego tła PRL-owskich realiów, z telewizorem jako cudem technologii i arbuzem jako cudem natury, pozostaje opowieścią bardzo intymną. Mimo postmodernistycznych dramaturgicznych igraszek w różewiczowskim stylu bliżej jej wręcz do przypowieści. Być może nawet do inicjacyjnej bajki, w której dorosły mężczyzna, w wypadku inscenizacji Teatru Kombinat dosłownie stojący nad grobem własnego ojca, znów staje się małym chłopcem. Wertując kartki własnego dzieciństwa, ponownie mierzy się z mitem ojca, żeby uchronić przed zagładą niepamięci ojca prawdziwego, żywego, który też cierpi i też wątpi. Reżyserce i scenografce Katarzynie Baranieckiej, mimo niektórych niedociągnięć i potknięć, udało się najważniejsze: pokazać ową drogę od ojca-tyrana ku ojcu-ofierze. Sądząc po pospektaklowych wypowiedziach, publiczność doceniła te skomplikowane psychologiczne transformacje, które przeszły próbę starcia z ich własnym doświadczeniem.


Program teatralny został uzupełniony całym wachlarzem świetnie dobranych wydarzeń towarzyszących. Każdy niemal wieczór kończył się w Klubie Kwadrat, znajdującym się w tym samym budynku, co Sala Widowiskowa. Kolejny plus dla festiwalowej logistyki. Najpierw spotkanie z twórcami, które prowadził Kamil Radomski, następnie koncert. Dla jeleniogórskiej publiczności zagrały: zespół Salk, Mateusz Górny znany jako Gooral, Rosalie oraz Seraleez, niemiecki kwartet jazzowy z solistką Christine Seraphin. Nie zapominajmy o warsztatach. Żeby wymienić tylko same rodzaje: aktorskie, lalkarskie, teatru formy, medialne, krytyki pisanej i pedagogiki teatru. Oprócz tego performatywny wykład prof. Mirosława Kocura Kobieta w teatrze, Karolina Gruszka w roli Marii Skłodowskiej-Curie w nowym filmie Marie Noelle, a nawet okazjonalny, szczególnie zaktualizowany wypowiedzią prezydenta o możliwym referendum pokaz warsztatowy Czytanie Konstytucji 3 maja. Wisienką na tym imprezowym torcie, specjalnie dla fanów i fanek, było spotkanie z Mikołajem Roznerskim.


Poza tym jeleniogórska majówka teatralna, używając w swej nazwie określenia „awangardowy”, prowokuje do refleksji nad kondycją, sposobem postrzegania i perspektywami zjawisk teatralnych, które miałyby na ten przymiotnik zasługiwać. Mamy tu przecież zarówno dyplomy szkół teatralnych i teatry studenckie, jak i teatry zawodowe. O statusie niektórych zespołów można by dyskutować wręcz w nieskończoność. To wszystko służy za kolejny dowód na to, iż w ostatnich czasach niełatwą sprawą jest ustalenie głównych prądów tzw. regularnego offu. Granice stają się coraz mniej wyraziste, ale to wcale nie oznacza, że tych granic w ogóle nie ma. Nie oznacza też, że rzeczą zbędną byłoby pielęgnowanie podobnych rubieży. Myślę, że Pestka ma w sobie potencjał stania się wydarzeniem, które próbowałoby nam w tym przedsięwzięciu pomóc. Przede wszystkim samym doborem spektakli konkursowych.

Podsumowując, jeżeli powracać po rocznej przerwie, to w takim stylu i z takim rozmachem. Międzynarodowy Festiwal Teatrów i Kultury Awangardowej „Pestka” znowu z nami i, sądząc po wypełnionych po brzegi salach, pięknej artystycznej atmosferze, zaangażowaniu organizatorów, uczestników i wolontariuszy, z pewnością na to zasłużył. Czekamy na kolejną edycję w przyszłym roku.