Wypisy z zielonego zeszytu

Jestem praktykiem teatru alternatywnego i nie jest mi wcale łatwo wejść w rolę jurora konkursu The Best Off, do którego przystąpiło ponad dwieście teatrów z 224 spektaklami. To olbrzymie przedsięwzięcie i chyba pierwszy tego rodzaju konkurs, który pozwala spojrzeć niemal całościowo na jedno z najbardziej fascynujących i niezwykłych zjawisk polskiego teatru.

Na gorąco, zaraz po obejrzanym spektaklu, robiłem sobie notatki w zielonym zeszycie – bo jak to wszystko inaczej ogarnąć, zapamiętać, nie pogubić się w natłoku wrażeń i emocji? Wybór najlepszych spośród takiej liczby przedstawień zawsze budzi wątpliwości i strasznie trudno znaleźć w sobie balans, który daje poczucie sprawiedliwego werdyktu. Operujemy przecież kryteriami bardzo nieostrymi, kryteriami własnego gustu, własnego teatralnego doświadczenia i obycia. Wszystko dociera się jeszcze w jurorskich rozmowach, w których padają czasami argumenty zmieniające nasz własny punkt widzenia. A kiedy różnice w opiniach okazywały się zbyt wielkie, musieliśmy się odwołać do form demokracji bezpośredniej. Jak wiadomo, nie są one doskonałe, ale nikt nie wymyślił lepszych – trzeba było głosować.

A potem ciągle wracały spektakle, które chciałoby się zapamiętać, które wydawały się nam bliskie przez sposób widzenia świata, które miały o nim coś istotnego do powiedzenia. Gdzieś z tyłu głowy kołatały się sceny, teksty, twarze aktorów, aktorek i poczucie, że może warto jeszcze raz do nich wrócić.

Jako juror mam, przyznaje się bez bicia, pewną wadę. Pamiętam złote czasy teatru alternatywnego. Mało tego: mam skłonność do ich idealizowania i ciągle stanowią dla mnie ważny punkt odniesienia.

Zmieniły się jednak czasy i zmienił się teatr alternatywny. Ubyło z niego wiele z tradycji etycznych i społecznych teatru kontrkulturowego lat 60. i 70., z jego politycznego zaangażowania, potrzeby nazywania świata i konstruowania jego doskonalszej wizji. Alternatywność przeniosła się w dziedzinę poszukiwań formalnych, językowych i estetycznych, w eksperyment sięgający często po inne media. Nie ma w tym nic złego, ale jednak często wychodzę z teatru wprawdzie z podziwem dla niezwykle pięknych artystycznie pomysłów, mistrzostwa w rzemiośle, ale nie znajdując odpowiedzi na pytanie, dlaczego to lub inne przedstawienie powstało i w jakim mrowisku jest kijem…


Nie miałem tego problemu, oglądając Spis kobiet Kolektywu Polka. A oto i notatka z zielonego zeszytu, zapisana bezpośrednio po premierze w Teatrze Ósmego Dnia. (Jakiś czas potem widziałem to przedstawienie jeszcze raz. Było wyraźnie dopracowane i jeszcze bardziej przejmujące.) W punkcie wyjścia rozmowy z kobietami mieszkającymi i pracującymi między innymi na targu przy ulicy – nomen omen – 1 Maja w Lublinie. Dwudziestolatki i emerytki. Pełny przekrój. Zbiorowy portret kobiet, które muszą sobie dawać radę w bezwzględnym świecie neoliberalnych eksperymentów: nie dasz sobie rady, to zatrudnimy kogoś, kto sobie radę da. Scena zapisywania własnego ciała odpowiedziami na jakąś ankietę: tak, nie, niepotrzebne skreślić. Rodziła, nie rodziła, miesiączki normalne, obfite, bolesne – właściwą odpowiedź podkreślić. Czy płacze pani po nocach. Czy jest pani w stanie dostrzegać radosne strony życia. Czy patrzy pani w przyszłość z nadzieją. Czy bez istotnej przyczyny odczuwa pani lęk i niepokój… A życie jest, jakie jest i trzeba sprzątać, naszykować, wyprać, naprawić, załatwić, tanio kupić i tak w kółko. Lodówka od opieki społecznej, zasiłek na dziecko, dodatek na mieszkanie, resztę trzeba dorobić. Jak przetrwać i wyjść na swoje. Ot, życie, ale żadnego narzekania. Trochę sprytu i zaradności. Każdy chciałby robić coś fajnego, ale trzeba robić to, za co płacą. „Czuję się lepszą matką, jak nie zostawiam dziecka na cały dzień”. „Targ jest, był i będzie, bo tu można sobie pogadać i pożartować”. „Realizuję się w sklepie, tutaj jest mój teatr, moja scena”. To ostatnie zdanie zdaje się przenosić w teatr. Aktorki oddają swoim bohaterkom głos, a raczej mówią ich głosem. Jest to nieomal reportaż, swoista forma teatru dokumentalnego, w którym dopuszczalny jest komentarz odautorski, osobiste dygresje i poetycka metafora. Ale nie jest to spektakl o dzielności, o heroizmie przetrwania. Bardziej o godności życia i godności pracy: „Bez zrobionych paznokci to ja bym do pracy nie poszła”. To chyba pierwszy tekst w spektaklu. I jeszcze jeden: „Chcemy całego życia, kurwa…”.

Teatr, który tworzą dziewczyny z Kolektywu Polka (Dorota Ogrodzka, Iza Gawęcka, Alicja Brudło, Anna Sadowska, Iwona Konecka) to teatr zaglądający w sam środek życia społecznego. Diagnozuje je, ale przede wszystkim znajduje wartość w tym, co wydaje się zbyt powszednie i powszechne, żeby warto było o tym mówić. Jest w tym spektaklu wiele gniewu, ale i czułości. Aktorki nie „wcielają” się w żadną z bohaterek, o wszystkim mówią od siebie, językiem empatii i dystansu. Wiedzą, o czym mówią; ostatecznie teatr też jest pracą, sposobem zarabiania na życie. A w tego typu teatrze wszystko trzeba zrobić samemu: scenariusz, scenografię, ustawić światła, rekwizyty, a potem jak wszyscy: sprzątanie, pranie, naprawianie, załatwianie, napisanie itd. Ciężka praca i słabo płatna.


Bardzo silnie obecne w całym konkursie The Best Off były wątki związane z rodziną. Teatr Circus Ferus przyjrzał się tej instytucji na swój sposób w spektaklu Rodzina. Przepisuję z zielonego zeszytu: Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, więc jest i obowiązkowe zdjęcie. Wszyscy upozowani, w gorsetach rodzinnej harmonii, ten z profilu, ten en face, tamta zapatrzona na ptaszka, co miał wyfrunąć, ale nie wyfrunął, migawka trzasnęła i mamy, co mamy – obrazek „świętej rodziny”. Ale coś tu nie gra. Niby wszystko jest OK, a tu jakieś napięcia, jakieś błyski znaczących spojrzeń, dyskretne kuksańce, nieszczere serdeczności. Trwa walka o pozycję w rodzinnej hierarchii (wyścig na krzesłach). Kobiety szatkują kapustę i „reprodukują”.

Prosty stół, krzesła – i to wszystko. Czarne kostiumy. Atmosfera trochę jak z rysunków Topora. Troszkę śmiesznie, troszkę strasznie. Jakby odwieczny, zawsze powtarzalny ruch nakręcanych manekinów. Spektakl sprowadzony do minimum, precyzyjna choreografia, rytm (Katarzyna Pastuszak z Gdańskiego Teatru Amareya).

Jest to bardzo uniwersalna opowieść i to właśnie daje dojmujące poczucie niezmienności tej dość zmurszałej instytucji. Jest jednocześnie swoistą puentą wszystkich przedstawień konkursu, które opowiadały o problemach tacierzyńskich, macierzyńskich i odwiecznych konfliktach pokoleń.

Znam ich wszystkich: Agatę Elsner, Kubę Kaprala, Barbarę Prądzyńską, Justynę Paluszyńską, Karolinę Pawełską, Artura Śledzianowskiego, Grzegorza Ciemnoczołowskiego. A jeszcze Małgorzatę Walas – „zewnętrzne oko reżysera”. Pracujemy w tym samym mieście, często się spotykamy. Od dawna oglądam ich spektakle, ciągłe poszukiwania językowe i formalne. Badają rozmaite konwencje teatralne, w których władaniu żyjemy, z których nie potrafimy się wyłamać, bo stają się bezpieczną rutyną.


Rodzina – a jeszcze szkoła – to tematy gombrowiczowskie. Tam rodzą się polskie demony. Polskie zaściankowe i ksenofobiczne widzenie świata.

Niedawno byłem przypadkowym świadkiem pochodu zorganizowanego przez ONR. W pochodzie maszerowały rodziny z dziećmi, odświętne, wyluzowane, gdzieś obok przedmaturalna młodzież w białych koszulach, z niezbyt nachalnymi aplikacjami w kolorze zielonym, wszyscy starannie uczesani z przedziałkiem, spodnie na kant. Niektórzy w organizacyjnych strojach z drzewcami zielonych chorągwi w ręku. Wszyscy uśmiechnięci, bez wyraźnej agresji. Pomyślałem, że tak może wyglądać manifestacja zwycięzców. Gdyby to była prawda, byłaby to klęska wszystkiego, w co wierzyłem.

Przepisuję z zielonego zeszytu: Fundacja Banina. „Kolorowa, czyli biało-czerwona”. Spektakl na podstawie sztuki Piotra Przybyły w reżyserii Bartka Miernika. Grany w szkołach, teatrach i na festiwalach. Zrealizowany za prywatne pieniądze, bez żadnego dofinansowania.

Zaadresowany został do uczniów szkół licealnych i jego akcja rozgrywa się w klasie. W klasie. W czasie normalnych godzin lekcyjnych. Żadnej scenografii; mało tego, widzowie nie wiedzą, że są w teatrze. Na lekcję wpada Hubert, młody chłopak z uśmiechem na twarzy. Chce być wybrany do samorządu szkolnego – i się zaczyna… Słowo po słowie, od zrzuty na Ludmiłę, Ukrainkę, która przebywa w Polsce i jest w potrzebie, do chwili kiedy okazuje się, że chodzi o to, by kupić jej GPS-a, bilet powrotny i niech spieprza, skąd przylazła. Hubert jest swojakiem, jest wyluzowany i widać, że o coś mu naprawdę chodzi, ma idee, wyraziste poglądy i jest zaangażowany… Mało tego, z początku trudno nawet się z nim nie zgodzić: patriotyzm to znaczy ,że należy płacić podatki, nie jeździć na gapę tramwajem, kupować przede wszystkim polskie produkty… i jeszcze chwila, a powie: „Polska dla Polaków” i zacznie opowiadać dowcipy o Żydach i Holokauście. Ponoć zdarzało się często, że cała klasa pękała wtedy ze śmiechu. Cały sztafaż chwytów perswazyjnych i manipulacji mających obezwładnić słuchacza i przeciągnąć go na swoją stronę. Na końcu Hubert przeprowadza mini sondaż: uczniowie mają (anonimowo) postawić na karteczce plus, jeśli gotowi są na niego zagłosować. Na 180 zagranych przedstawień Hubert wygrał 120 razy… Być może jest to liczba, która powinna postawić na nogi socjologów, psychologów, ale też terapeutów rodzinnych.

Spektakl trwa od dzwonka do dzwonka, a na kolejnej lekcji twórcy spotykają się z uczniami na rozmowie. Hubert w prywatnej koszuli już nie jest nawiedzonym przebojowym agitatorem, jest sobą. Rozmawiają o patriotyzmie, nacjonalizmie, tolerancji, o wielokulturowej historii Polski. Obnażają wszystkie sposoby manipulacji, którym chwilę wcześniej zostali poddani. Na pewno nie jest to teatr, który dobrze czuje się w teatrze. Być może nie jest to w ogóle spektakl teatralny, być może należy to nazwać po prostu lekcją performatywną. I dobrze, niech tak będzie: lekcja performatywna. To na pewno jest teatr misyjny, teatr edukacyjny, teatr pozytywistyczny, teatr objazdowy. Teatr działający na najbardziej zaniedbanym terenie – w szkole.

Zastanawiam się, jaki mogą osiągnąć rezultat. Bartek Miernik mówi, że w kilku szkołach Hubert pojawił się jako negatywny bohater wypracowań, że kilka razy wyproszono Huberta z klasy, że pobudza do dyskusji, że jest szczepionką na wizytę w szkole suspendowanego kapelana nacjonalistów – Międlara. Być może uodparniają młodych ludzi na sympatyczny uśmiech agitatorów. Zapewne jest to kropla w morzu, ale fantastyczne jest to, że jeszcze ich zapraszają.

Miernik już przygotował kolejny spektakl, z Ukrainką i Syryjczykiem. Już krążą po szkołach…


Przepisuję z zielonego zeszytu: Porywacze Ciał: Humanicana.
Istnieją od 1992 roku i widziałem chyba ich pierwsze przedstawienie: „Psy“, i chyba wszystkie następne (?). Od początku balansują na granicy prowokacji, na granicy teatru i nie-teatru. Odwołują się do języka teatru alternatywnego, ale jednocześnie język ten traktują z nieufnością. Testują niejako na sobie różne konwencje teatralne: happening, kabaret, performans, monodram, teatr uliczny i plenerowy, nawet kino czy koncert muzyczny. Bawią się na poważnie tym, co jest grą, teatrem i życiem, szczególnie w momencie, w którym teatr i życie zaczynają się wzajemnie przenikać, w którym prawda i gra stają się nieodróżnialne. Jest w tych przedstawieniach wiele dystansu, absurdu, surrealizmu, specyficznego humoru, szyderstwa – i jednocześnie: tacy oto jesteśmy, tacy sami jak wy. Jesteśmy produktem tej rzeczywistości, wyciskamy z niej, co się da: kasa – proszę bardzo, społeczny tumiwisizm – też, wyścig szczurów – przecież wszyscy się ścigamy. Popkulturowy kicz – czemu nie. Tyle że to wszystko podszyte jest autentycznym lękiem, zagubieniem, jakimś rodzajem depresji, na którą nie ma żadnego lekarstwa, żadnej terapii. Może czasami chwilę ulgi przynosi wspomnienie zapachu własnej skóry z dzieciństwa, zabawy w cymbergaja, dziecięcej naiwności. To wszystko sumuje się w ich ostatnim spektaklu – „Humanicana”. Humanicana to naprędce wymyślona nazwa dla Blue Zones, jakichś utopijnych miejsc, w których panuje powszechne szczęście. Adamczyk face to face z publicznością opowiada o nich głosem wyciszonym, zmęczonym. Mówi niby od siebie i powtarza ciągle tą sama grę w autentyczność, wie, że nikt już w to nie wierzy, nikt się na to nie da nabrać. Można jeszcze tylko rozwalić teatr, połamać rekwizyty. Ale przecież atak beznadziejnej agresji też jest teatrem i aktorskim popisem. Z widowni wyłania się Katarzyna Pawłowska. Niby ktoś z widowni, ktoś, kto niby w to wszystko uwierzył i stara się pomóc, uleczyć mękę frustracji, przypomnieć pierwszą naiwną, dziecięcą wiarę w świat. On niby wierzy, że ona jest namolnym widzem, który przerywa mu przedstawienie, usiłuje ją namówić do powrotu na swoje miejsce. Kontynuuje rolę: pojawia się jako bezdomny z wózkiem. Na plecach ocieplanej kufajki przylepione ma karty bankomatowe, dawne bóstwa. Układają się w kształt krzyża…

Może rzeczywiście nie wierzymy już w nic. Może rzeczywiście tak jest w świecie postprawdy, postmodernizmu, postdemokracji. Obowiązkowego dystansu i luzu. Wszyscy odgrywamy swój dramat, każdy osobno i na swój sposób.

Na końcu wszyscy widzowie zapraszani są na scenę. Mają zająć miejsca wyznaczone przez świetlne kręgi zarysowane przez teatralne reflektory. To właśnie owe strefy Blue Zones , wyspy Humanicany. Tam można przysiąść w miejscu zapomnianej utopii… A potem jak zawsze. Oklaski.