Offy, o których myślę

Pracownia Tańca Pryzmat, WAR-iacje

Ten spektakl zachwyca wykorzystaniem tkanki miejskiej. Przedstawienia plenerowe często myślą o ulicznej przestrzeni, jakby to była klasyczna scena, tylko bez dachu – wciąż wyznaczając miejsce, w którym się gra, i miejsce, z którego się ogląda. Tu mamy do czynienia z sekwencją działań wychodzących w miasto. Jakby flashmob za flashmobem.

Widzowie oglądają więc kolejne sceny, które – może poza pierwszą i ostatnią – nie ustawiają się frontem do gapiów. Z zespołu tancerzy wyłaniają się mniejsze grupy, odbiegają na kilka kroków, przyciągają uwagę, oddają uwagę. Wolność, zadziwiająca wolność odbioru tego przedstawienia, które jeśli jest w czymkolwiek nachalne, to w trosce, by wyczarowywać obrazy.

Jak ten pierwszy, gdy do melodii Bachowskiego liryzmu w oknach kamienicy pojawiają się postaci – a to zajęte swoimi codziennymi sprawami, a to nawołujące sąsiada, a to posyłające list. Z jaką treścią? List miłosny czy może list z wojny? Wzbudzający nadzieję czy obawy?
Oglądamy to przedstawienie, oddychając szeroką piersią, bo mimo powagi wojennych tematów nie ma tu opresji czy emocjonalnej manipulacji. Psychologię zastępuje repetycyjność gestów i kroków. Patrzymy, skąd chcemy, zbliżamy się, na ile chcemy, skupiamy się – bo chcemy.



Paweł Passini, Znak Jonasza

W tym spektaklu jest wszystko, za co jedni podróżują za spektaklami Passiniego po Polsce i za co drudzy omijają je szerokim łukiem: muzyczna forma, której głosy niosą pracujące swoją cielesnością aktorki, ważne w teatralnej maszynie dzięki swojej efemerycznej fizyczności. Efemeryczna fizyczność? Wiem, to prawie oksymoron, ale Passiniego pociąga właśnie takie znakowanie sceny, które łączyłoby sprzeczności. Może to być technologia i pytanie o mit z prawieków, może to być długie, długie celebrowanie trwania spektaklu i usianie go energicznymi kontrami, a może to być fizyczne zmęczenie efemerycznych, epatujących dziewczęcą młodością długowłosych aktorek, poubieranych w luźne i powłóczyste stroje.

Ale z tą nadreprezentacją tkaniny i ze słabością do długich pauz, długich włosów i długich aktorskich etiud kontrastuje w tym spektaklu urzekający swoją prostotą tekst Artura Pałygi. Czasem mechaniczny, podkreślający aliteracje i operujący krótkimi zdaniami, czasem jakby z innego czasu niż reszta scenicznego świata. Zawsze precyzyjny, skromny, pełen pokory wobec historii i pytań, które zadaje się w tym spektaklu. Trzy Marie w drodze do grobu niosące na swoich plecach ciężar zwątpienia i ból niespodziewanej samotności spotykają się ze starotestamentalnym Jonaszem, który – niejako zapowiadając trzy dni Chrystusa na krzyżu – swoje trzy doby w brzuchu wieloryba ofiarować ma za nawrócenie mieszkańców Niniwy. „W brzuchu ryby, ciemności najczarniejsza, w najczarniejszych mrokach najczarniejszego oceanu, płynąca czarna pochodnio. […] W brzuchu ryby, w którym wszystko cudem złączone jedno z drugim” – tam będzie Getsemani Jonasza, który zwątpi i we własną wolę, i w trzy osamotnione Marie. Pójdą z olejami? Dotrą do grobu?

Passini tę historię o zwątpieniu i powtarzalności gestów przemienia w opowieść o skuteczności działań budzących wątpliwości, a przecież podejmowanych. O rytuałach codzienności, których odpowiedzi są wcześniejsze niż rodzące się pytania. I może dlatego budzą strach i zwątpienie.



Teatr Pijana Sypialnia, Klapsy

„Teatr ładnych ludzi” – tak właśnie nazwałem sobie ten spektakl już w pierwszych chwilach jego oglądania. W tym określeniu kryje się wiele kolejnych: teatr ludzi szczęśliwych, inteligentnych, zabawnych, z polotem, z wyobraźnią, z umiarem. „Ładność” tego spektaklu polega na jego lekkości i zabawie z konwencjami. I na doskonałym rzemiośle.

Klapsy to ciąg gagów. Tu opowiada się dowcip, tam odgrywa się podryw, jeszcze gdzie indziej snuje się dziwaczną opowieść o cisach, które całe są z trucizny, podobnie jak cała z cukru jest wata cukrowa. Po opowiastce – piosenka. Po piosence – opowiastka. Koszule z mankietami u panów, kapelusze z rondami u pań. To jeszcze nie cytat z międzywojnia, ale już przecież gra z tamtym okresem: z jego ogródkowymi zabawami, absurdalnym poczuciem humoru, komiczną – nie zawsze, ale często – hipokryzją. Nie układa się to w żadną spójną opowieść, ale też trudno tego wymagać od kabaretowej rewii, która swój wspólny mianownik znalazła w teatralizowaniu absurdu, czyli w absurdzie do kwadratu.

Patrzyłem na ten spektakl z jakąś tęsknotą i zazdrością. Przedstawienie, które stylizuje się na wygłup i wygląda jak pokaz beztroski, jest przecież warsztatowym majstersztykiem, z precyzyjnymi krokami, wymyślonymi gestami i – od tego może powinienem zacząć – niezrównanym śpiewem. To podobny rodzaj lekkości, który ożywiał Tak zwaną ludzkość w obłędzie Grzegorzewskiego, z kapitalną muzyką Radwana. I choć skojarzenie to trzeba obwarować wieloma zastrzeżeniami, odsyłaczami i cudzysłowami, to pastisz na świat ładnych ludzi, robionych przez ładnych ludzi w jednym i drugim widowisku bardzo się przypominają.



Barbara Bujakowska, Mechaniczne sny

Choć spektakl wiąże się z zeszłoroczną wystawą Schlemmer | Kantor w Cricotece, to warto go czytać także w perspektywie dziejącego w tym okresie roku awangardy, wraz z jego powracającym pytaniem o to, co pozostało z planów radykalnego związania sztuki z życiem.
Przywołujące na myśl – w pierwszych scenach – Balet triadyczny Oskara Schlemmera przedstawienie jest refleksją o zbliżeniu przemian codzienności i poszukiwań sztuki. Refleksją wyjątkowo ciekawą.

A to dlatego, że nie jest to ilustracja konkretnych działań czy obrazów. Barbara Bujakowska i Karol Miękina prowadzą ruchowy dialog, w którym początkową wyestetyzowaną geometrię ruchów (to tu jest miejsce na puszczenie oka do Schlemmera), zastępują stopniowo układy coraz bardziej mechaniczne, w których precyzja nie rodzi się z fascynacji (jak chciałby jeszcze Bauhaus), a z dziwacznego obowiązku. Doskonałość eksperymentalnych figur ustępuje miejsca nachalności powtórzeń czy samotnemu skoncentrowaniu na rytmie, geście, ruchu. I nawet zapowiadająca finał długa sekwencja swobodniejszych skoków nie pozwoli na zapomnienie o opresji potrzeby wyspecjalizowania.

To kameralne przedstawienie, mimo teoretycznego zacięcia, nie jest pozbawione emocji. Bo jest też historią o dwojgu ludzi zajętych bardziej mechaniką snu niż snem o drugim.



Teatr Biuro Podróży, Silence in Troy/ Cisza w Troi

Tym spektaklem Biuro Podróży nie wyważa drzwi do krainy nowej estetyki, więc i pojawiają się dobrze znane elementy estetyki tego zespołu – od szczudlarza po ogień. Ale są tu też nieprzebrane pokłady liryzmu. I jest temat, niemalże wyrugowany z innych spektakli teatrów offowych (dlaczego?!): emigranci.

Biuro Podróży zaraża sobą dwie opowieści: o antycznej Troi i o dzisiejszej tragedii Bliskiego Wschodu, w którym już nie z jednego, a z wielu miast nie da się uciec przed bronią wroga. A nawet jeśli się wreszcie da, to przecież nie bardzo wiadomo dokąd – bo tych uciekinierów z oblężonego i umierającego miasta nikt nie chce przyjąć. Uciekinierzy mali i dorośli, rozstający się z rodzicami, a czasem ryzykujący wspólną wyprawę, ludzie z rozklekotanego autobusu i z niestabilnych łodzi – spektakl mówi o nich, odwołując się do prostoty środków i jakby podkreślając przez to, raz jeszcze, że odpowiedź dotycząca odpowiedzialności za życie uciekinierów z oblężonych miast dzisiejszego Bliskiego Wschodu musi być prosta. Jesteś gotów pomóc? Tak czy nie?

Wszystko to kończy się poruszającym obrazem: gdy papierowe łódeczki, dzieło rąk ludzkich, zrobione w dobrej wierze i z ludzkim oddaniem, znajdą swoje miejsce na ziemi, w przestrzeni gry. Tak niewiele trzeba, by się zachwiały… Mocniejszy powiew wiatru, nieuważny krok aktorów… Ale są, nie przechylają się, trwają. Przynajmniej dopóty, dopóki zimnym strumieniem ze szlaucha nie oczyści się – w końcu przedstawienia – placu, na którym grano. To właśnie to nagłe umiłowanie porządku czyni nas odpowiedzialnymi za śmierć ludzi z dzisiejszej Troi.