Wieczorek zapoznawczy

Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy, Pracownia Teatralno-Taneczna Pałacu Młodzieży w Katowicach, fot. Arkadiusz Ławrywianiec

#wszystkierodzajeteatru, Pracownia Teatralno-Taneczna Pałacu Młodzieży w Katowicach, Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy, reż. Maciej Dziaczko

Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy – taki (znaczący) tytuł nosi najnowsza realizacja Teatru Gliwicka 9a. Premiera spektaklu w reżyserii Macieja Dziaczki odbyła się podczas finału Katowickiej Rundy Teatralnej. Niezależny zespół żadnej nagrody nie zdobył, ale pokazał, że jest teatrem otwartym nie tylko na sceniczny eksperyment, ale też na widza.


W tym roku Interpretacji nie było. Festiwal został zahibernowany, nowi organizatorzy z Miasta Ogrodów uznali, że formuła się wyczerpała i wymaga odświeżenia. Zamiast znanych nazwisk pojawiła się idea promowania teatrów nieinstytucjonalnych, które notabene takiej promocji nie potrzebują. Usługi marketingowe świadczą sobie we własnym zakresie, podobnie zresztą jak teatry repertuarowe, robiące to na większą skalę, bo z pomocą innych, o wiele większych środków. Ale nic to, pomysł się pojawił, a jak wiadomo: darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Efekt? Sześć prapremierowych inscenizacji tekstów powstałych podczas warsztatów scenopisarskich z Pawłem Demirskim, Jolantą Janiczak i Weroniką Murek. Każdy inny, każdy mniej lub bardziej związany z Katowicami.


Tekst Martyny Wawrzyniak Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy to opowieść o ludziach, którzy zmieniając się w naturalny element przestrzeni miejskiej, utracili swoją podmiotowość, stali się niewidzialni, nieistotni. Młoda autorka próbuje nadać im znaczenie, ceniąc ich jednostkowe historie bardziej od namacalnych dokonań wielkich działaczy i budynków o niezmiennych fasadach. Myśl autorki kontynuuje Maciej Dziaczko, wybierając nieoczywistą formę monodramu rozpisanego na pięcioro aktorów, którzy nie grają jednostek, są raczej anonimowymi przedstawicielami zbiorowości. Co na to wskazuje? M.in. jednakowe kostiumy. Te wykorzystywane w pierwszej scenie – cieliste, bardzo obcisłe, z kapturami – upodabniają artystów do… plemników. Idiotyczne? Może, ale gdy się głębiej zastanowić – plemnik kojarzony z początkiem życia świetnie wpisuje się w koncepcję miasta zbudowanego z ludzkich historii. Reżyser pozwala wypowiadać się każdemu, niektóre kwestie wygłaszane są w pierwszej osobie, inne w trzeciej. Mimo że aktorzy stanowią grupę, to wszystkie głosy mają takie samo znaczenie. Jest w przedstawieniu scena, w której słowa wypowiadane przez Andrzeja Ogłozę są stylizowane na wypowiedź komentatora sportowego. Znakomicie sytuuje ona postacie w opowiadanej historii – obserwują wydarzenia z boku, a jednak angażują się w to, o czym mówią. Zaangażowanie widoczne w zespołowej, ekspresyjnej grze aktorskiej jest jedną z największych zalet spektaklu.


Pierwsze sceny rozgrywają się w sklepie ze słodyczami firmy Wawel. Postacie w cielistych kostiumach obserwują wyimaginowaną klientkę, która chce kupić cukierki, ale nie może się zdecydować. Opisują, co widzą, z najmniejszymi szczegółami, niczym wytrawni detektywi. „Kobieta przegląda się w szybie wystawowej, minęła półkę z czekoladami, teraz sięga do torebki”. Niespodziewanie pojawia się Paulina Zdancewicz, która wciela się w rolę kobiety na celowniku. Scena jest nieco tajemnicza, mnożą się niedopowiedzenia. Nie wiadomo, dlaczego kobieta jest śledzona i do czego to prowadzi. Niestety nie będzie wiadomo właściwie do samego końca, a schemat polegający na statycznym opisywaniu rzeczywistości powtórzy się potem wielokrotnie. To, co na początku wciągało i intrygowało, z czasem zaczyna nużyć. Większość scen ma podobną konstrukcję, brakuje momentu, który wyrwie widzów z jednostajnego, nieco powolnego rytmu.


Chwilowy oddech dają pojedyncze smaczki w postaci ciekawych wizualnie efektów i nieoczywistych nawiązań. Jednym z nich jest świetna scena taneczna nawiązująca do Deszczowej piosenki. Żółte przeciwdeszczowe płaszcze, w rękach aktorów zamiast parasolek – kolorowy logotyp Miasta Ogrodów na patykach. Prosty przekaz o lokalnym kolorycie jest bardzo czytelny – Katowice to też Miasto Muzyki (w ten sposób zresztą promują je organizatorzy festiwalu). Tezę potwierdza Tomek Leś, który wydobywając różne dźwięki z akustycznej gitary, tworzy oprawę muzyczną spektaklu, nadając mu walor minikoncertu. Jego gra, miejscami rwana, czasem płynna – przypomina popisy uzdolnionych grajków sprzed budynku dworca. Oni, podobnie jak ich muzyka, również są częścią katowickiego krajobrazu.


Z podglądanymi bohaterami przemierzamy katowickie ulice, w tej historii majaczące gdzieś w tle. Mijamy charakterystyczne punkty miasta, zaglądamy do studenckiego bufetu „Żak”, jedziemy nocnym autobusem z łysym kierowcą. Uważnie przyglądamy się ludziom. Większość jest anonimowa, ale niektórych możemy łatwo zidentyfikować. Chociażby pana Janusza – mieszkańca katowickiej choinki, o którym wspomina się w scenie z przepiękną projekcją wyświetlaną na suficie. Szkoda tylko, że wizualizacja z ciekawą historią w domyśle nie wnosi zbyt wiele do przedstawienia, a jedynie uzupełnia główną myśl twórców.


Wszystko rozgrywa się w podziemiach Pałacu Grudniowego, które tak jak miejska przestrzeń są miejscem nieco tajemniczym, można powiedzieć „niewyjściowym” i pełnym niezbadanych zakamarków. W warstwie ideowej to dobrze koresponduje z treścią, natomiast w praktyce jest zupełnie niefunkcjonalne. Dlaczego? W pomieszczeniu jest okropnie duszno, a ze względu na równe podłoże widzowie siedzący w ostatnich rzędach mają problem z dojrzeniem tego, co dzieje się na scenie. Wiadomo, wszyscy kochamy Katowice, ale tytułowa godzinka w dusznych podziemiach byłego Centrum Kultury to nie najlepszy pomysł na owocne rendez-vous.


Czemu służy ta nieco dokumentalna opowieść o ludziach? Zgadywać nie musimy, twórcy sami odpowiadają na to niezadane pytanie. „Przez dwa miesiące śledziliśmy was, podglądaliśmy, tropiliśmy, podsłuchiwaliśmy, szpiegowaliśmy, nagrywaliśmy […], a to wszystko dlatego, że chcemy was poznać”. Właśnie dlatego w finale spektaklu aktorzy oddają głos publiczności. Nawiązując do przedstawienia, pytają: „Kto z was studiował na Uniwersytecie Śląskim? Kto ma psa? Kto jadł w bufecie studenckim?”. I nagle uświadamiamy sobie, że ta historia jest też o nas, że my jesteśmy częścią tej historii.


Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy jest jak wieczorek zapoznawczy. Aktorzy wychodzą z pytaniami do widzów, widzowie mają okazję odkryć twórczość przedstawicieli nurtu teatrów nieinstytucjonalnych. I choć godzinka to za mało, żeby się poznać dogłębnie, to wystarczy, by nabrać ochoty na więcej.


#wszystkierodzajeteatru
Pracownia Teatralno-Taneczna Pałacu Młodzieży
w Katowicach

Martyna Wawrzyniak
Mamy dla siebie godzinkę i co z nią zrobimy
reżyseria: Maciej Dziaczko
muzyka: Tomek Leś
elementy scenografii: Agata Ogaza
obsada: Żaneta Górecka, Paulina Koniarska,
Andrzej Ogłoza, Jakub Podgórski, Paulina Zdancewicz oraz Tomek Leś
premiera: 10.11.2017