Matka odchodzi

Baczyński. Apokalipsa, Fundacja Pomysłodalnia, fot. Jerzy Bartkowski

Fundacja Pomysłodalnia, Baczyński. Apokalipsa, reż. Magdalena Olszewska

Baczyński. Apokalipsa, monodram w reżyserii Magdaleny Olszewskiej i wykonaniu Edyty Janusz-Ehrlich, zaprezentowano premierowo 4 listopada w Oliwskim Ratuszu Kultury, miejscu, które jest obecnie najmłodszym ośrodkiem kulturalnym na mapie Trójmiasta. Sala Ratusza, choć nie jest typową salą teatralną (wchodzi się do niej wprost z ulicy, jedna ze ścian jest całkowicie przeszklona), bez wątpienia sprzyja przedsięwzięciom teatralnym swoim kameralnym charakterem – sprawia wrażenie przestronnej, a jej minimalistyczne, surowe, pozbawione jakichkolwiek ozdobników wnętrze jest doskonałym tłem dla spektaklu jednego aktora.


Przedstawienie Olszewskiej jest pierwszym w tym sezonie teatralnym projektem Fundacji Pomysłodalnia, która swoją pracę (nie tylko) artystyczną prowadzi już od ponad piętnastu lat. Ale choć początek oficjalnej działalności fundacji datowany jest na rok 2002, projekt jest właściwie sformalizowaną kontynuacją wcześniejszych, wieloletnich doświadczeń jej inicjatorów – Magdaleny Olszewskiej i Piotra Wyszomirskiego, aktywistów społecznych, dziennikarzy, krytyków i twórców kultury. Od momentu powstania Pomysłodalnia działa na kilku połączonych ze sobą płaszczyznach: jako projekt edukacyjny, społeczny i artystyczny, a zarazem jako przestrzeń jednocząca inicjatywy twórcze (zwłaszcza) z obszaru Pomorza.


Od początku powstania Fundacja Pomysłodalnia działa niezwykle intensywnie. W swoim dorobku ma inicjatywy literackie (między innymi projekt „Pomorze czyta”, w ramach którego propagowana jest twórczość poetów i pisarzy związanych z regionem), muzyczne (koncerty podczas Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy) oraz projekty społeczne (tu między innymi grupa „Chelki”, kobiecy zespół, który poprzez śpiew, taniec i grę aktorską podejmuje symptomatyczne tematy społeczne, ośrodkiem swoich zainteresowań czyniąc problem kobiecych ról społeczno-kulturowych). Fundacja funkcjonuje prężnie w zakresie edukacji kulturowej dzieci i młodzieży – od kilku lat prowadzi wakacyjne warsztaty aktorsko-taneczno-filmowe „Rozkręć s-i-ę” oraz dzisałania z zakresu krytyki artystycznej pod szyldem „Bliżej teatru”. Do najważniejszych przedsięwzięć fundacji należy bez wątpienia projekt „Teatr na Nowe Czasy”, prowadzony od 2014 roku i obejmujący warsztaty, prezentacje przedstawień teatralnych oraz otwarte debaty z udziałem twórców, odbiorców oraz krytyków kultury. Do tej pory w ramach tych działań na trójmiejskich scenach przedstawiono spektakle Teatru Krzyk, Teatru Boto, Teatru Ósmego Dnia, Sopockiego Teatru Tańca, Komuny//Warszawa czy Teatru Improwizowanego Klancyk. Równie ważnym projektem fundacji jest wortal internetowy Pomorze Kultury, zbierający i opisujący (także w kontekście krytycznoartystycznym) wszystkie wydarzenia kulturalne regionu.


W 2014 roku Fundacja Pomysłodalnia przedstawiła swój pierwszy spektakl teatralny. This is not a love song pokazano premierowo podczas 35. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu; później spektakl znalazł się w repertuarze gdyńskiego Teatru Muzycznego. Przedstawienie wyreżyserowane przez Magdalenę Olszewską, Piotra Wyszomirskiego i Renię Gosławską, która gra w spektaklu z Krzysztofem Wojciechowskim, można poniekąd ująć jako rodzaj prezentacji strategii twórczej fundacji, która w tym i w przestrzeni kolejnych przedstawień łączy doświadczenia teatru offowego i „mainstreamowego”. This is not a love song… i kolejne projekty teatralne Pomysłodalni – Być jak Charlie Chaplin z 2014 roku z Mateuszem Deskiewiczem i Arturem Guzą, Ostatnia wieczerza z 2016, zaprezentowana premierowo w Teatrze Ósmego Dnia, Prawdziwa historia śmiechu, także z 2016, czy wreszcie tegoroczny Baczyński. Apokalipsa – tworzone są wraz z aktorami, którzy działają głównie w przestrzeni teatru instytucjonalnego (Teatru Muzycznego w Gdyni czy Teatru Miniatura w Gdańsku), projekty Pomysłodalni stanowią zaś dla nich zaproszenie do wejścia w ramy teatru nieco odmiennego – kameralnego, ujmującego sztukę rozrywkową w sposób mniej oczywisty, bardziej przewrotny. Efekt tych działań jest różny. Bywa naprawdę interesujący i świeży, jak w przypadku This is not a love song… czy Być jak Charlie Chaplin, czasem jednak rozczarowuje – jak w przypadku chaotycznego narracyjnie i znaczeniowo przedstawienia Prawdziwa historia śmiechu. Ostatni spektakl Pomysłodalni, z udziałem Edyty Janusz-Ehrlich, aktorki gdańskiej Miniatury, na szczęście sytuuje się po stronie przedsięwzięć udanych, a nawet, w kontekście dotychczasowej twórczości Fundacji Pomysłodalnia, można go śmiało określić mianem najlepszego.


W najnowszym przedstawieniu Pomysłodalni sceniczna rzeczywistość wyłania się z całkowitej ciemności. Inicjują ją głosy z offu, które odczytują szereg ułożonych w porządku chronologicznym wypowiedzi – otwierają go słowa generała Władysława Andersa, kończy zaś cytat z Piotra Zychowicza. Słowa odczytywane przez młodych mężczyzn, nieaktorów, jak dość łatwo się orientujemy, dotyczą wojny, powstania warszawskiego, walki. Jedne mają wymiar afirmujący, inne wyraźnie deprecjonujący. Opiniują, nawołują, skarżą. Z ich wspólnego dźwięku wyłania się obraz sprzeczny, ale nade wszystko porażający – brutalnością, bezwzględnością, ostatecznością.


Kiedy cichnie ostatni głos, scenę rozświetla powoli ukazująca się w jej głębi wizualizacja (Łukasz Boros). Jasne punkty mnożą się i po chwili rozpoznajemy w nich obraz kosmosu z wyłaniającą się powoli planetą. Blask ekranu oświetla niewielki stół na wysokich nogach, na którym leży postać zwinięta w pozycji embrionalnej, tyłem do widowni. Po chwili dochodzi do nas jej głos, kobiecy głos. „Synku…” – rozpoczyna swój monolog Stefania Baczyńska (Edyta Janusz-Ehrlich).

Kiedy światło rozświetla scenę na dobre, przyglądamy się skromnej scenografii (Kajetan Kajtoch). Czarne deski niewielkiej sceny okala biała, gruba linia kredy. Przy proscenium linię przecina krótka, cieńsza kreska, dzięki której w kredowym rysunku rozpoznajemy architektoniczny plan pokoju. W jego wnętrzu znajdują się tylko dwa elementy – mały stolik na wysokich nogach, z szarą serwetą i lampką, oraz niewielki stołek, przy którym stoją zniszczone czarne pantofle. Bohaterka kojącym głosem opisuje dziecięce istnienie. „Kochane maleństwo” – mówi czule, jakby przez sen. Odwraca się somnambulicznym ruchem w stronę widowni, gasi i zapala lampkę, która oświetla na krótkie momenty jej twarz. Rysuje się na niej błogość, szczęście. Miłość.


Nad sceną rozbłyska ostre światło, kobieta nieruchomieje. Dostrzegamy jej strój – błękitną bluzkę, beżową plisowaną spódnicę, białe skarpetki. Sen się kończy, marzenie znika. Bohaterka schodzi ze sceny. Kilka drobnych ruchów rąk, potargane włosy i zmęczona twarz układają się w obraz postaci siłą przywróconej do realności, wyrwanej z błogości fantazmatu. Kobieta łapie za ułożoną w rogu sceny kredę i szybkim, niemal kompulsywnym gestem poprawia kredową linię, przypieczętowując niejako własne zamknięcie, którego właściwie domyślamy się od pierwszych fragmentów spektaklu.


Stefania Baczyńska umarła w zakładzie opiekuńczym na Służewie. Owa przestrzeń, umownie ustanowiona przez minimalistyczną scenografię, jest w spektaklu Olszewskiej podbudową dla światów, po których krąży nieustannie bohaterka. Domu, który dzieliła z ukochanym synem. Domu, z którego ukochany syn odszedł. Domu, do którego nigdy nie powrócił.

Fragmenty poezji Baczyńskiego, jego listów do matki konstruują w spektaklu te światy. Bohaterka Olszewskiej nie potrafi widzieć rzeczywistości inaczej niż przez pryzmat postaci ukochanego dziecka, nie potrafi opisywać jej w sposób inny niż poprzez słowa syna. Jej narracja bucha emocjami. Jest w niej wszystko, cały kalejdoskop uczuć. Miłość, czułość, radość, żal, nienawiść i bezbrzeżna rozpacz.
Szybkimi, niemal mechanicznymi gestami bohaterka wkłada stopy w podniszczone pantofle, czesze i związuje włosy, zakłada błękitny sweter. Równie mechanicznie rozkłada na stole biały obrus, który szybko rozprostowuje dłońmi. Obserwując jej nawykowe, beznamiętne ruchy, odnosimy wrażenie obcowania z wypłukanym z emocji manekinem, zmęczonym mechanizmem, który dzięki ostatnim pokładom energii wykonuje zaprogramowane czynności. Tę porażającą w swojej banalności automatyczność działania przerywa żółte światło, które układa się w głębi sceny w kształt prostokąta. Kobieta zamiera. Maskowatość twarzy znika pod naporem rodzącego się uczucia. Bohaterka wyczekująco spogląda w kierunku, który kredowa linia na scenie oznaczyła jako wejście do pokoju. Syn powrócił.


Kobieta rozkłada na stole chleb, kroi go, zachęca syna do wspólnego posiłku. Rozpoczyna opowieść o nierozerwalnym połączeniu dwóch istnień, o dorastaniu, dojrzewaniu, o świecie. Z monologu bohaterki Olszewskiej wyłaniają się mapy poszczególnych, choć zespolonych ściśle biografii – Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, jego matki, ale i obraz ówczesnego czasu wojny. Postać Stefanii Baczyńskiej opowiada o doświadczeniach macierzyństwa, które przesiąknięte są przekonaniem o wyjątkowości jedynego syna. Z jej narracji wyłania się sielski obraz rodzinnego domu – czystego, jasnego „jak strumienie słońca”, pachnącego chlebem. Z ojcem stanowiącym rodzicielski wzór i ukochaną ponad wszystko matką. Z serdecznymi kolegami w sąsiedztwie i solidną szkołą.


Olszewska subtelnie, lecz stanowczo układa w przedstawieniu rysopis matki nadopiekuńczej, obsesyjnie niemal skupionej na synu. Baczyńską rozpiera duma i radość, kiedy opowiada o sukcesach dorastającego chłopca, ale jej opowieść o wchodzeniu syna w dorosłość znaczy także zazdrość. O samodzielność, autonomię. O miłość do kobiety. Innej kobiety.

Z wybranych przez Magdalenę Olszewską fragmentów twórczości Baczyńskiego, do których reżyserka dopisała własne teksty, wyziera porażający obraz świata ogarniętego wojną. Edyta Janusz-Ehrlich recytuje opis budowy broni. Ów opis kontrapunktuje poetyckie frazy Baczyńskiego, a jednocześnie rozdziera niejako narrację samej bohaterki. Wyrzucane szybko i niemal beznamiętnie wyrazy zlewają się w opis mechanizmu wojennego, którego zaistnienie przerwało trwanie świata i ukonstytuowało go na nowych warunkach – bezlitosnych i nieodwracalnych. Monolog bohaterki zaczyna gubić swój rytm. Opowieść o synu i świecie, o niej samej w swoisty sposób się redukuje. Frazy kurczą się, przyspieszają. Przestrzeń w spektaklu ciemnieje, na wizualizacji w głębi sceny obserwujemy bruk ginący pod kroplami deszczu, wśród których pojawia się krew i odbijające się obrazy płomieni. Baczyńska „recenzuje” świat wojny krótko, zwięźle, jej słowom towarzyszy echo egzystencjalnej klęski. Historia wojny zamienia się w przejmującą skargę, w pieśń. Edyta Janusz-Ehrlich melorecytuje przy akompaniamencie elektronicznej, niepokojąco ostrej muzyki, jej bohaterka zaś, dotychczas z rozrzewnieniem przemierzająca światy dzieciństwa i młodości syna, zdaje się biec. By jak najszybciej przemierzyć przestrzeń, w której jej syn z

niknął nagle i w której nigdy go już nie odnalazła. Jej błyskawiczna eksploracja konającej Warszawy staje się opisem nierównej walki, kobieta z gorzką ironią wymienia liczbę posiadanej przez pobratymców jej syna sztuk broni.


„Dzień był pogodny” – kończy opis śmierci syna Stefania Baczyńska. Krzysztof Kamil Baczyński został zabity czwartego dnia powstania, o godzinie jedenastej. Opis jego śmierci pojawia się w spektaklu jakby mimochodem. Sprawia poniekąd wrażenie fragmentu zupełnie przypadkowo zaimprowizowanego, zagranego w innym zupełnie rejestrze niż wszystkie wcześniejsze sceny przedstawienia. Bohaterka porażająco konkretyzuje topografię pochówku syna, po czym z przepojonym rezygnacją spokojem wymienia, co składa się na jego artystyczną spuściznę. Ponownie zaczyna krzątać się mechanicznie wokół stołu. Owija szyję apaszką, wyciąga torebkę, maluje usta. Zabiera zawinięty w ściereczkę chleb. Gotowa do drogi staje przed widownią i z uśmiechem kieruje do niej fragmenty dzieła syna: „Bo przecież trzeba znów pokochać. […] Bo przecież trzeba znów miłować. […] Bo przecież trzeba czas przemienić”. Podchodzi do zaznaczonych kredą drzwi, zmazuje linię. Odchodzi, wręczając przypadkowemu widzowi pakunek z chlebem.


„Jestem bardzo samotna i tak bardzo nieszczęśliwa”. Wpisany w przedstawienie fragment listu Stefanii Baczyńskiej, napisanego już po śmierci syna, ustanawia nadrzędny temat spektaklu Olszewskiej. Bo Baczyński. Apokalipsa mówi przede wszystkim o samotności, choć ujmuje ją z różnych perspektyw, przede wszystkim kobiecej i rodzicielskiej, opowiada też o niej różnym tonem i w rozmaitym natężeniu. Dzięki tak zaakcentowanej problematyce spektakl nabiera przejmująco uniwersalnego charakteru. Będąc opowieścią o konkretnych, historycznie rzeczywistych losach, staje się jednocześnie symbolicznie-realną historią pokoleń wojennych, świata czasów wojny w jego najbardziej uniwersalnym wymiarze. W swoim spektaklu Olszewska używa środków bardzo wymownych znaczeniowo, ale nie przekombinowanych, chwilami niezwykle subtelnych, a jednocześnie rażących bagażem sensów i emocji. Z wprawą konstruuje świat, właściwie szereg równoległych światów, poprzez które przechodzi, przedziera się bądź też przebiega jej bohaterka. Tego spektaklu w takiej jakości nie byłoby jednak bez Edyty Janusz-Ehrlich, która w roli Stefanii Baczyńskiej znakomicie oddała skomplikowanie kobiety i matki, jej wędrówkę drogą apokalipsy, tak zbiorowej, jak przede wszystkim jednostkowej, skrajnie intymnej.


Fundacja Pomysłodalnia
Baczyński. Apokalipsa
scenariusz i reżyseria: Magdalena Olszewska
muzyka: Bartosz Hervy
wizualizacje: Łukasz Boros
scenografia: Konstanty Kajtoch
obsada: Edyta Janusz-Ehrlich
głosy: Konstanty Kajtoch, Aleksander Kluza, Patryk Bitel, Konstancja Martin, Alessandro Kollar
premiera: 4.11.2017