Sceniczna niewinność

Gwoli jakiejś tajemnicy, fot. www.pozaokiem.info

Teatr Tetraedr z Raciborza, Gwoli jakiejś tajemnicy, reż. Grażyna Tabor

Publiczność 36. Ogólnopolskich Konfrontacji Teatrów Młodzieżowych w Łodzi chyba bez większego zdziwienia przyjęła werdykt jury, które pierwszą nagrodę przeglądu przyznało spektaklowi Gwoli jakiejś tajemnicy Teatru Tetraedr. Na odbywającym się po spektaklu spotkaniu aktorów z jury i publicznością wielokrotnie zwracano uwagę na dojrzałość zespołu i lekkość wyrazu, pozwalające z dużym powodzeniem mierzyć się aktorom z niełatwą przecież materią tekstu Gombrowicza. Wydawać by się mogło, że Grażyna Tabor – reżyserka spektaklu i założycielka teatru – postawiła przed swoimi wychowankami zadanie ponad siły. Tymczasem młodym aktorom udało się z niezwykłą swobodą mówić Gombrowiczem, nie tracąc przy tym własnego głosu. Tym samym historia dojrzewania Stefana Czarnieckiego wydaje się aktualna i ważna – przede wszystkim dzięki aktorom głęboko wierzącym w to, co mówią i identyfikującym się z bohaterami.

Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że reżyserka spektaklu uważnie przeczytała ze swoimi aktorami opowiadanie Gombrowicza. Wnikliwa lektura tekstu literackiego to zresztą jedna z cech raciborskiego teatru. Powstały w roku 1992 z inicjatywy Grażyny Tabor Tetraedr to teatr, który przede wszystkim wychodzi od literatury. W jednym z wywiadów, pytana o swoje wybory repertuarowe i technikę pracy, Tabor opowiadała, że inspiracją dla zespołu jest przede wszystkim wspólna lektura podrzucanych przez nią młodzieży książek. Nigdy jednak lektura ta nie przekłada się na przesadnie wierne inscenizowanie tekstu. Tabor wraz ze swoimi aktorami raczej wychwytuje pewne myśli i kluczowe zdania, aby potem tkać z nich opowieść, z jednej strony nadal odnoszącą się do tekstu, z drugiej strony pozostającą blisko życia jej zespołu. Literatura dostarcza zespołowi także języka dla opowiadania własnych historii – na nie zostają niejako nałożone teksty literackie.

W ostatnich latach członkowie Tetraedru poszukiwali inspiracji nie tylko u Gombrowicza, ale także u Juliana Tuwima, Brunona Schulza, Gerolda Spätha, Aglai Veteranyi czy Patricka Süskinda. To dość imponująca, a niekiedy także zaskakująca lista lektur. Można się zastanawiać, czy proponowane przez reżyserkę teksty (jak choćby Regał ostatnich tchnień Aglai Veteranyi) są adekwatne do wieku aktorów. Takie wątpliwości budzi zresztą nie tylko poświęcona chorobie i umieraniu, dość mroczna powieść szwajcarsko-rumuńskiej pisarki, ale także opowiadanie Gombrowicza, którego inscenizacja została nagrodzona ostatnio na łódzkich Konfrontacjach.

Pamiętnik Stefana Czarnieckiego to opowieść o dojrzewaniu i szukaniu swojego miejsca, ale także historia napiętnowania i nienawiści wobec jednostki odstającej od grupy. Tytułowy bohater Gombrowicza – Stefan Czarniecki – jest synem antysemity i Żydówki nawróconej na katolicyzm. Jego semickie pochodzenie nie jest dla nikogo tajemnicą – dla nikogo poza samym Stefanem, który nie potrafi pojąć niechęci okazywanej mu przez otoczenie. Oczywiście im większych szykan doświadcza Stefan, tym bardziej zabiega o sympatię kolegów, chcąc stać się częścią jakiejś wspólnoty. To pragnienie będzie towarzyszyć bohaterowi także w dorosłym życiu, gdy kształtując swoją tożsamość, będzie pamiętać o społecznych oczekiwaniach i normach.

Lekcję nienawiści Tetraedr odgrywa już w pierwszej minucie spektaklu, gdy oczom widzów ukazuje się scena szarpaniny między ojcem (Marcin Franaszek) a siedzącą na jego barkach matką Stefana (Agnieszka Rajda). Z początku niezrozumiała scena agresji odsłania konflikt wykraczający daleko poza mury rodzinnego domu. Nienawiść między rodzicami owiana jest pewną niezrozumiałą dla chłopca tajemnicą – jest to tajemnica jego pochodzenia. Jej sens Stefan odkryje dopiero po latach, tymczasem musi mierzyć się ze skutkami narastającego nacjonalizmu, który z tajemnicy czyni skazę. Poszukując akceptacji grupy, Stefan wraz z kolegami recytuje antysemickie wierszyki („Raz, dwa, trzy, wszystkie Żydy psy”) i powtarza obelżywe gesty, nie rozumiejąc ich sensu ani tym bardziej nie mogąc zidentyfikować ich adresata – siebie samego. Rozgrywane z coraz większym natężeniem sceny odtrącenia przez grupę i prześladowania z powodu pochodzenia rażą swoją brutalnością. Tym bardziej szokującą, że sceny prześladowań inicjowane są przez dzieci. Ich okrucieństwo w gruncie rzeczy niewiele różni się od okrucieństwa wojny, w której już wkrótce wezmą udział jako dzielni żołnierze i ofiarne sanitariuszki. To zresztą znamienne, że bohaterowie odgrywają scenę wojny chwilę po tym, jak występują w roli uczniów jednoczących się przeciwko swojemu nauczycielowi (Radosław Wróbel). Granica między dzieciństwem a przedwczesną dojrzałością jest praktycznie niewidoczna, postaci bowiem wkraczają w dorosłość w sposób nienaturalny – wręcz dosłownie zostają wyrzucone z sali lekcyjnej na pole walki, nie do końca rozumiejąc sens zdarzeń. Aktorzy aranżują błyskawicznie przestrzeń za pomocą szkolnych ławek – meble stają się osłoną dla snajperów, zabijających wrogów z nieskrywaną przyjemnością, traktując każdą śmierć niczym trofeum. Zabijanie jest jak wyścig po sławę, a nawet po miłość, bo przecież bohater może lepiej zaimponować ukochanej Jadwisi. Wreszcie udział w wojnie pozwala jakoś się dookreślić dzięki identyfikacji z konkretnymi wartościami i symbolami ważnymi dla otoczenia. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ta walka nosi znamiona zabawy, głupiej strzelanki, będącej jedynie chłopięcym popisem, jakby uczestnicy nie zdawali sobie sprawy z jej konsekwencji.

Zaskakująca jest precyzja, z jaką zespół spaja tę wielowątkową akcję, rozgrywającą się w kilku płaszczyznach czasowych. Kolejne sceny rozpięte między dzieciństwem a dorosłością Stefana odgrywane są w znakomitym tempie i z pomocą bardzo sprawnie wykorzystanych rekwizytów, które co chwila zmieniają swoją funkcję. Ta płynność przechodzenia między kolejnymi wątkami jest szczególnie ciekawa, ponieważ narrację w spektaklu prowadzi zmultiplikowany narrator. Wcielający się w rolę Stefana aktorzy (Łukasz Czogalik i Jakub Tabor) muszą więc z wielką precyzją wprowadzać kolejne wątki, balansując między historiami rozgrywającymi się w różnych okresach życia bohatera. Interesujący wydaje się też zabieg skonfrontowania w tej jednej roli dwóch różnych aktorskich temperamentów. Reżyserka na zasadzie podobnego kontrastu przydziela role pozostałym aktorom, którzy w bardzo krótkim czasie wcielają się w kilka postaci. Aktorzy płynnie przechodzą między tymi rolami, choć zmuszeni są mierzyć się z diametralnie różnymi bohaterami. Ich doskonałe wyczucie tych postaci jest bez wątpienia efektem świadomości własnego ciała i głosu, pozwalającej im czuć się swobodnie chyba w każdej kreowanej przez siebie sytuacji scenicznej. Jednocześnie warsztat aktorski nie przyćmiewa indywidualnych cech i osobowości aktorów.

Tę lekkość gry widać przede wszystkim w scenach muzycznych, gdy aktorzy wykonują patriotyczne i religijne pieśni. Szczególnie wyrazista aktorsko jest scena procesji, na czele której kroczy matka Stefana, dźwigająca mały ołtarzyk Matki Boskiej. Dynamiczny i niezwykle plastyczny pochód powstaje przy minimalnym użyciu środków. Ów minimalizm to zresztą kolejna cecha Tetraedru. Grażyna Tabor każe swoim aktorom grać praktycznie bez dekoracji. Także rekwizyty, jeśli się już pojawiają, są raczej symboliczne i wielofunkcyjne. W Gwoli jakiejś tajemnicy Tabor wykorzystuje jedynie kilka szkolnych ławek, krzeseł i książek, budując przed widzem ascetyczny obraz przywodzący na myśl Kantorowską klasę. Trudno uwolnić się od takiego skojarzenia, zwłaszcza że reżyserka nigdy nie ukrywała swojej fascynacji estetyką teatru śmierci. Aktorzy bez większych problemów odnajdują się w tej wizji.

Przy ascetycznej dekoracji i w skromnym kostiumie (czarne sukienki i garnitury) muszą obronić się sami – swoimi umiejętnościami i swoim głosem. W tej niemalże pustej przestrzeni każdy z ich gestów wydaje się bardzo sugestywny – nawet najdrobniejsza czynność rozpoczyna grę znaczeń.

Zaskakująco aktualnie brzmi historia Stefana Czarnieckiego w wykonaniu Teatru Tetraedr – co oczywiście może także niepokoić. Grażyna Tabor bardzo świadomie podsuwa przecież swoim aktorom młodzieńczy tekst Gombrowicza, widząc, że nie sposób dziś podchodzić do opowiadanej przez Tetraedr historii Stefana z historycznym dystansem. W końcu bohater dojrzewa w czasach przybierającego na sile antysemityzmu i ksenofobii oraz rodzących się nacjonalizmów. Historia bohatera Gombrowicza to nie tylko historia całego pokolenia, ale także historia, która może zatoczyć koło. Ta być może banalna konkluzja jest jednak nie do zniesienia. Ważne, że aktorom udaje się prowadzić swoją opowieść bez patosu. W tej w gruncie rzeczy tragicznej przecież historii nie brak także humoru, pewnego nienachalnego sarkazmu, pozwalającego wielowymiarowo pokazać życie „szczura bez maści” (jak w końcu nazywa siebie Stefan, gdy odkrywa swoje pochodzenie). Skromny w środkach, poetycki spektakl Tetraedru to doskonałe połączenie aktorskiego warsztatu i indywidualności, które pozwalają zespołowi prowadzić pasjonującą, żywą opowieść.


Teatr Tetraedr, Racibórz
Gwoli jakiejś tajemnicy
według Pamiętnika Stefana Czarnieckiego Witolda Gombrowicza
reżyseria: Grażyna Tabor
obsada: Agnieszka Rajda, Oliwia Urbanowska, Paulina Szincel, Jakub Tabor, Łukasz Czogalik, Marcin Franaszek, Radosław Wróbel
premiera: 25.03.2017