Przestrzenie sztuki – doświadczenia lubelskiego pilotażu

Ryszard Kalinowski, fot. z arch. Lubelskiego Teatru Tańca

Rozmowa z Ryszardem Kalinowskim

Joanna Sarnecka: Jak kształtowała się idea Przestrzeni Sztuki?

Ryszard Kalinowski: Z mojej prywatnej perspektywy początki myślenia o podobnym projekcie pojawiły się już w latach 90., kiedy my wszyscy, twórcy tańca, działaliśmy głównie w ruchu studenckim. W Lublinie byliśmy skupieni wokół Hanny Strzemieckiej. To ona próbowała tutaj animować nowy ruch, stworzyła grupę taneczną, festiwal, organizowała wymiany artystyczne. Przyświecała jej też idea tworzenia centrów choreograficznych. Takie wzorce istniały we Francji i były bardzo chwalone. Zazdrościliśmy tak świetnie zorganizowanego systemu wsparcia i promocji szeroko pojętego tańca: baletu, tańca współczesnego czy hip-hopu. To był dla nas wspaniały i niedościgniony wzór. Nie tylko w Lublinie zresztą; podobnie myślano w Warszawie, Gdańsku, Kaliszu czy Bytomiu. We wszystkich tych niezwykle aktywnych miastach – a można wymienić jeszcze wiele innych – pojawiały się dążenia do stworzenia silnego ośrodka, centrum, ważnego miejsca, które będzie oddziaływać zarówno lokalnie czy regionalnie, jak i promieniować na całą Polskę. Chodziło też o zsieciowanie środowiska tańca współczesnego i wzajemne wsparcie. Taniec klasyczny był oczywiście zorganizowany wokół wyspecjalizowanych instytucji, ludowy też miał swoją sieć i strukturę formacji.

Czyli od dawna w środowisku dojrzewała myśl o potrzebie centrów tańca?

Zwykłe przeniesienie modelu francuskiego nie wchodziło w grę, bo tam są zupełnie inne pieniądze, organizacja i inna tradycja, ale ta idée fixe ciągle w nas była. W latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych powstawały różne koncepcje tworzone m.in. przez Edytę Kozak w Warszawie, Joannę Leśnierowską w Poznaniu, Jacka Łumińskiego w Bytomiu. Rozmawialiśmy o tym podczas I Kongresu Tańca w 2011 roku. Natomiast w Lublinie Hanna Strzemiecka opracowała w roku 1997 projekt pod nazwą Ośrodek Tańca Współczesnego na Europę Środkowo-Wschodnią, z racji tego, że w naszym mieście wiele środowisk twórczych nawiązywało kontakty ze Wschodem i sam Lublin jest mocno zorientowany na kraje Partnerstwa Wschodniego. Pomysłów pojawiało się wiele, ale stworzenie centrum choreograficznego na wzór francuski się nie udawało. Każdy z regionalnych liderów szedł więc w inną stronę, ale cały czas myśleliśmy o czymś na kształt sieci centrów choreograficznych, czasem nazwanych też centrami sztuki tańca lub domami tańca.

Ostateczny, realizowany obecnie projekt powstał w wyniku konsultacji rozpoczętych w 2018 roku przez cztery podmioty: Kielecki Teatr Tańca Elżbiety i Grzegorza Pańtaków, Jacka Owczarka i Sonę Nieśpiałowską-Owczarek, prowadzących teraz Fundację „Materia”, Jacka Łumińskiego związanego obecnie z Akademią Muzyczną w Katowicach i współpracującego z instytucją Katowice Miasto Ogrodów, oraz ośrodek lubelski związany z Lubelskim Teatrem Tańca i Centrum Kultury w Lublinie, który mam zaszczyt reprezentować. Zwróciliśmy się wtedy z naszą inicjatywą do Aleksandry Dziurosz, zastępcy dyrektora Instytutu Muzyki i Tańca, aby projekt mógł wpisać się w plany IMiT. Trudno sobie przecież wyobrazić, aby tego typu przedsięwzięcie zaistniało bez udziału, patronatu i wsparcia IMiT oraz MKiDN. I rzeczywiście oba te podmioty okazały ogromne zainteresowanie nasza inicjatywą, która, jak się później okazało, wychodziła naprzeciw planom ministerstwa względem środowisk artystycznych zarówno w dziedzinie tańca, jak i teatru.

Jako operatorzy regionalni Programu zobowiązani zostaliśmy do zapewnienia lokalnego wsparcia, finansowego, infrastrukturalnego i eksperckiego. Wiadomo było, że to nie ma być jednorazowe czy krótkoterminowe zdarzenie, ale długofalowy projekt, który będzie się rozrastał i otwierał na kolejne ośrodki w przyszłości. Czasami słyszę pytanie: dlaczego tylko te cztery miasta? Odpowiedź jest prosta: jest to oddolna inicjatywa znających się doskonale partnerów, od lat zaangażowanych w promocję tańca w Polsce, którzy postanowili zawrzeć porozumienie w oparciu o własne doświadczenie, solidną pozycję w środowisku lokalnym i szerokie kompetencje. W przyszłości projekt rozszerzy się o kolejne centra, aby zmapować cały kraj siecią Przestrzeni Sztuki.

Jak więc finansowany jest projekt, poza lokalną bazą lokalową?

Obecnie realizujemy półroczny projekt pilotażowy, na który przeznaczone są środki z dotacji podmiotowej Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego skierowane do IMiT-u, a stamtąd do poszczególnych operatorów. W kolejnych latach ma być kontynuowany na tych samych zasadach. W przyszłości będziemy planować nasze działania w dłuższej perspektywie, minimum 3-letniej, ale obecnie skupiamy się na realizacji pilotażu, który zakłada produkcje spektakli, warsztaty dla różnych grup i o różnym zasięgu, kino tańca czy projekty interdyscyplinarne. Każdy z operatorów proponuje w programie to, w czym czuje się w swoim ośrodku najbardziej kompetentny. Chcieliśmy też zrealizować jedną, dużą produkcję, wspólnie finansowaną i organizowaną, ale pokonał nas krótki czas trwania pilotażu i pandemia.
Tak więc IMiT otrzymuje cztery oddzielne harmonogramy, które oczywiście ze sobą konsultujemy, zachowując pełną autonomię przy podejmowaniu ostatecznych decyzji. Ale chcę podkreślić, że bardzo nam zależy – i Instytut także zwraca na to uwagę – aby otwierać się na odbiorców, uczestników i beneficjentów spoza lokalnego zasięgu. W Lublinie mieliśmy już pięć rezydencji dla młodych artystów z całej Polski. W Kielcach odbył się duży spektakl społeczno-artystyczny pt. Pożegnanie Króla: Verdi z udziałem amatorów (seniorów) i profesjonalistów oraz wielu grup artystycznych (tancerzy, śpiewaków, muzyków). W Łodzi jest bardzo ciekawe środowisko profesjonalnych tancerzy, dlatego tam położono nacisk na pogłębioną praktykę i szkolenie właśnie dla nich. Domeną Katowic jest młody kolektyw artystyczny, który poza premierami organizuje też szereg warsztatów dla środowiska lokalnego, m.in. seniorów. Rok 2020 to działania od lipca do połowy grudnia, ale mamy plany na dalsze lata – pomimo że pandemia trzyma nas wszystkich w szachu.

W założeniach podkreślono działania interdyscyplinarne. Czy w tym czasie udało się zrealizować tego typu projekty?

Działanie zrealizowane przez Kielecki Teatr Tańca, o którym wspomniałem, było działaniem interdyscyplinarnym: pojawiła się opera, chór, tancerze. U nas w Lublinie od czerwca pracowaliśmy nad organizacją wydarzenia planowanego na listopad wraz z artystką, Moniką Sosnowską, która zaprezentowała w Galerii Labirynt lubelskiej publiczności rzeźbę pod nazwą Fasada. Lokalni tancerze zainspirowali się tym obiektem i włączyli się w majowy wernisaż: powstały trzy solowe prace, które nakładały się na siebie, tworząc oryginalny spektakl ruchowy. Chcemy to rozwinąć, zaangażować więcej osób i podczas finisażu zaprezentować ponownie w Galerii Labirynt. Planujemy też zająć się problemem pisania o tańcu. Z kolei w Kielcach jesienią został ogłoszony nabór na warsztaty filmowania tańca.

Najbliżej nam do twórców wizualnych i do muzyków. W Łodzi jest świetne środowisko improwizatorów i tam odbywają się ciekawe działania łączące muzykę i taniec na żywo w postaci jamów, sesji taneczno-muzycznych. To jest ich specjalność.

Jakie lubelskie Przestrzenie Sztuki mają znaczenie dla społeczności Lublina? Czy ten ośrodek tworzy w mieście nową jakość?

Stawiamy sobie takie ambitne zadanie, żeby stać się miejscem, do którego można zwrócić się z własną inicjatywą i potrzebą. To może być artystyczny pomysł, bo mamy scenę, zaplecze techniczne i ludzi. Jeśli to są młodsze osoby, mniej doświadczone, możemy służyć pomocą jako starsi i bardziej doświadczeni kuratorzy wydarzeń. Chcemy być takim miejscem, gdzie można zwrócić się po środki finansowe. Kolejna rzecz: chcemy być ośrodkiem szkoleniowym. Nie w wąskim sensie, wedle jednego pomysłu. Będziemy zwracać się z ofertą na przykład do ludzi, którzy specjalizują się w tańcu klasycznym, zaproponujemy sprowadzenie na nasz koszt nauczyciela czy pedagoga, o którym marzą. Osobom ze świata freestyle’u, hip-hopu możemy zaproponować coś podobnego. Będziemy to realizować już w tym roku.

Chcemy też wychodzić w region. Jest sporo grup i nie mówię tu tylko o takich zwykłych zajęciach na czas wolny, ale o takich, które mają większe artystyczne ambicje i działają konsekwentnie od wielu lat. Chcemy tych ludzi wspierać też na miejscu, zawieźć tam pedagogów, pojechać samemu, zobaczyć spektakl, zespół i służyć konsultacją.

Zależy nam również na zdobyciu nowych odbiorców i stąd pomysł, aby prezentować kino tańca, zarówno w Lublinie, jak i w regionie. We współpracy z lokalnymi kinami (np. Włodawa, Chełm) prezentujemy znakomite tytuły, takie jak Mr. Gaga – obraz o Ohadzie Naharinie, przez prawie 30 lat dyrektorze artystycznym słynnej Batsheva Dance Company, czy Cunningham. Choreograf współczesności, film o amerykańskim reformatorze tańca.

A jakie stawiacie sobie państwo cele w wymiarze ogólnopolskim?

Najważniejsze są dla nas rezydencje. Chcemy udostępniać Centrum Kultury, w którym mamy sześć sal warsztatowych, dwie sceny i dysponujemy miejscami hotelowymi.

Czy rezydenci dostają też finansowe wsparcie?

Różnie z tym bywa. Wszystko zależy od potrzeb. Jedni mówią: „Mam pieniądze, ale nie mam gdzie ćwiczyć, nie mam sali, nie mam gdzie się zatrzymać”, inni odwrotnie: „Nie mam środków finansowych, bo muszę zapłacić autorom”. Obie formy są dopuszczalne. My chętnie oferujemy rezydencje, ponieważ w ich ramach organizujemy warsztaty – rezydent ma obowiązek poprowadzić warsztaty dla społeczności lokalnej oraz musi pokazać pracę w procesie. Możliwość zobaczenia „kuchni” tego procesu, zadania pytania – to jest bardzo ważna rzecz. Te dwa elementy zawsze łączymy z rezydencją. W ramach działań ogólnopolskich chcemy też organizować coachingi, czyli dłuższe, pogłębione warsztaty, sesje szkoleniowe z wybranym pedagogiem dla odbiorców zaawansowanych. W tym roku celujemy akurat w zagranicznych twórców, bo mamy sygnały, że młodzi artyści są nimi bardzo zainteresowani i jeżdżą do ośrodków za granicą; pomyśleliśmy więc, że tym razem może przyjadą do nas. Oczywiście nie jesteśmy zamknięci na twórców polskich, na osoby prowadzące ciekawą praktykę choreograficzną.

Będziemy też w miarę możliwości otwierać się na warsztaty dramaturgiczne – tego bardzo brakuje i tu prawdopodobnie będziemy sięgać po ludzi z teatru. Myślimy też o warsztatach reżyserskich. Charakterystyczne dla środowiska tańca współczesnego jest to, że tancerz wchodzi z czasem w rolę choreografa, inscenizatora. To jest bardzo typowe, chcemy więc odpowiedzieć na potrzeby z tym związane. Myślimy też o innych formach doskonalenia, jak np. master class, prowadzonych przez tancerzy współpracujących ze słynnymi artystami, jak Anne Teresą de Keersmaeker, Alvinem Aileyem czy Wayne’em McGregorem, których technika i styl budzą zainteresowanie szczególnie wśród młodych tancerzy.

Chciałam zapytać jeszcze o aspekt diagnostyczny, który w założeniach miał się pojawiać. Czy udało się tego obszaru dotknąć?

Muszę przyznać, że nie jesteśmy w tym specjalistami, ale mamy kontakty z lokalnymi uczelniami. Sygnalizujemy, że mamy taką możliwość, żeby wesprzeć badania, i już w tym roku współpracujemy z osobą, która realizuje bardzo ciekawy projekt w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej UMCS. Zainteresował ją język, którym operują ludzie tańca, z punktu widzenia lingwistyki: słownictwo, metafory, używanie tych narzędzi podczas warsztatów czy pracy twórczej. Będziemy wspierać cały proces badawczy. W przyszłości chcielibyśmy się bardziej na to otworzyć. Szukamy też artystów, którzy zajmują się nowymi mediami, używają nowych technologii do pracy z ciałem. Dodam, że o ile jakiś pomysł nie jest ściśle związany z danym miejscem, nie ma ograniczeń stawianych przez samego twórcę, to możemy się starać o realizację w dowolnej z czterech Przestrzeni Sztuki. Dzięki temu zamiast odrzucać pomysły, możemy je sobie przekazywać, rekomendować. Działamy jako sieć.

Wracając do diagnozy, na ile interesuje państwa badanie środowiska tańca, ludzi tańca, ich potrzeb, metod edukacyjnych czy innych aspektów ich pracy?

Takie badania musiałyby być opracowywane i realizowane pod kątem każdego z naszych ośrodków. My jako Centrum Kultury w Lublinie robiliśmy badanie publiczności w związku z pandemią w pierwszej połowie 2020 roku. To ważne dla całej instytucji, bo tu funkcjonują różne podmioty. Wielokrotnie zwracaliśmy się do uczelni, do wydziałów, z propozycją współpracy i mamy problem z pozytywną reakcją. Jeśli nie znajdzie się ktoś z zewnątrz, ze środowiska akademickiego, kto chciałby być kuratorem czy liderem takich prac, to będzie ciężko. Ale widzę w tym sens.

A jak pan widzi przyszłość, rozwój idei? Gdyby miał pan sobie wyobrazić lubelskie Przestrzenie Sztuki za dziesięć lat, to co miałoby się tam dziać?

Przede wszystkim wyobrażam sobie, że osiągamy maksymalną stabilność finansową i programową. Wahania zawsze mogą się zdarzać, ale ważne, by móc planować przedsięwzięcia w perspektywie wieloletniej. Wtedy można myśleć kompleksowo, zapewnić ofertę odbiorcom lokalnym i ogólnopolskim. Stabilność i pewność trwania tego programu i jego perspektyw jest bardzo ważna. Myślę, że dla nas tu w Lublinie istotna byłaby też własna siedziba. W tej chwili funkcjonujemy w Centrum Kultury, w świetnych warunkach fantastycznej instytucji. Jednak wszystkie podmioty, które tu działają – teatralne, filmowe, edukacyjne – myślą o rozwoju i to się już może w tym miejscu za jakiś czas nie zmieścić. Więc marzymy o siedzibie dla tańca, w której możemy realizować plany artystyczne, gdzie mamy własną scenę, zaplecze warsztatowe, odpowiednią infrastrukturę. Chciałbym też, żebyśmy tworzyli realną sieć współpracy i mogli się swobodnie poruszać pomiędzy ośrodkami, wymieniać doświadczeniami i inspirować. Tu znów wrócę do świetnie zorganizowanego modelu francuskiego. Tam działa prawie 20 dużych ośrodków związanych z wybitnymi osobowościami i kilkanaście regionalnych centrów – zastanawiam się, czy nam kiedyś uda się zbliżyć do tego modelu. Chciałbym także, żeby każdy przechodzień zapytany na ulicy Lublina, czy wie, gdzie są lubelskie Przestrzenie Sztuki, bez wahania odpowiedział: „Tak, oczywiście, chodzę tam często”. Chciałbym, żeby ludzie traktowali to miejsce jako przestrzeń przyjazną i prozdrowotną, w której można nie tylko kontemplować sztukę, ale też zwyczajnie przyjść, odpocząć, czasem poćwiczyć i zrelaksować się psychicznie i fizycznie. Bez zadęcia i rywalizacji.