Porządki

Teatr Czwarta Scena w Katowicach, #rozczarowanie, reż. Maria Baładżanow

Polski teatr czeka jeszcze na swoje #Me Too. Co nie znaczy, że czeka bezczynnie. Trudno sobie zresztą wyobrazić skuteczne opowiadanie o rzeczywistości z pominięciem perspektywy feministycznej – nie tylko w kontekście historycznym, ale przede wszystkim bieżącym. Zwłaszcza że Polki dostarczają artystkom i artystom znakomitych znaków teatralnych, czego przykładem choćby emblematyczne czarne parasolki. Czerń dominuje także w kostiumach #rozczarowania, przedstawienia łączącego świeży temat z kontekstem historycznym i lokalnym. Tekst Zuzanny Bojdy, wystawiony przez działający na mocy stowarzyszenia katowicki Teatr Czwarta Scena, wyreżyserowała Maria Baładżanow, zapraszając do współpracy cztery aktorki. Kobiety o kobietach, ale czy kobietom? Nie tylko.


Metateatralna rama castingu do przedstawienia o śląskich heksach, stanowiąca podstawę konstrukcyjną, może wydawać się ryzykowna, bo hermetyczna – co jak co, ale dowcipy z życia polskiego teatru opowiadane na scenach tegoż śmieszą chyba tylko opowiadających. Na szczęście opowieść o śląskich czarownicach nie jest pretekstem do środowiskowych heheszków, a do refleksji nad miejscem kobiety w dzisiejszym społeczeństwie. Jest poddaniem krytycznemu namysłowi tego, co przywykliśmy nazywać wolnością i równością, a także nad pytaniem, skąd się ta ostatnia wzięła i jak daleko mamy do czasów, w których kobiety palono na stosach?

Na niewielkiej przestrzeni Teatru Bez Sceny, mając do dyspozycji zaledwie cztery pufy-kostki, bohaterki walczą o najlepszą rolę we wspomnianym przedstawieniu, ale od pierwszych scen tej batalii mają świadomość arbitralnych reguł gry i przewagi nieobecnego Reżysera. Jego figura jest tutaj kluczowa, ale wartościujących zmiennych znajdziemy więcej. Liczy się choćby pochodzenie. Rzecz ma opowiadać o czarownicach na Śląsku, czy zatem byle gorolka czort wie skąd ma jakiekolwiek prawo do podejmowania takiej roli? Zarzuty te spadają na Scarlet (Anna Wysocka-Jaworska), która usiłuje bronić się argumentami o zbawiennym dystansie i szerszej perspektywie. Znamy ten konflikt. Albo jesteś swój, albo zostaje ci przepraszające dorabianie ideologii do własnej obcości. Problem w tym, że dziś nikogo nie interesuje rekonstrukcja losu prawdziwych spalonych na stosach Ślązaczek. Żyjemy w świecie, w którym czarownica jest jeszcze jednym znakiem popkultury, eksploatowanym tak intensywnie, że nie sposób wskazać jakiegokolwiek pewnego i czystego źródła; w świecie nieustannych i łatwych przeprowadzek, w którym regionalne antagonizmy maleją do rozmiarów lokalnych ciekawostek. Oczywiście nie da się zlekceważyć wyrazistości Śląska. Jednakowoż nie da się też ukryć, że dzisiejszy jego obraz, determinowany przez industrialno-kopalniane skojarzenia, nie ma związku z XVII wiekiem – czasem nasilonych procesów o czarostwo. Katowickie artystki mają tego świadomość i przewrotnie igrają z oczekiwaniami, czego przykładem jedyna hanyska, imieniem Floryda. Bohaterka w tekście nosi miano Brzydkiej Starszej, tymczasem na scenie widzimy ani nie brzydką, ani nie starą, a na dodatek bardzo energiczną Annę Bączek-Lieber, mówiącą po śląsku. Jest ona w swych wypowiedziach fest babą, co w pierwszej chwili nie przystaje do dziewczęcego raczej emploi. Kontrast znakomicie ujawnia konieczność zmierzenia się z fantazmatami. Oraz – co równie istotne – budzi sympatyczny śmiech. Baładżanow, reżyserując przedstawienie, stara się wyzyskać jego humorystyczną potencję. Skuteczność tej strategii potwierdzają nieco słabsze sceny, w których artystki starają się grać w ciemniejszej tonacji – przykładem sabatowy krąg klęczących i (raczej konwencjonalnie, a nie ekstatycznie) machających włosami bohaterek, oddających się jakiemuś para-rytuałowi. Na mielizny wpada #rozczarowanie również w chwilach, gdy aktorki stykają się z ekstremalnymi tematami – molestowaniem seksualnym przez Reżysera oraz ojcobójstwem. Wątki te kiepsko korespondują z dominującym komediowym tonem, również jeśli potraktujemy je jako celowe jego rozbicie.


Do powyższych cech należy dodać jeszcze płomienne włosy Ginger, granej przez Katarzynę Dudek, oraz demonstracyjnie arystokratyczno-poetyckie usposobienie Jessabel (Aleksandra Fielek). Atrybuty fizyczne i charakterologiczne, choć stanowią pretekst do gry stereotypami, składają się przede wszystkim na tzw. „warunki”, które mogą pomóc bądź przeszkodzić w osiągnięciu castingowego sukcesu. Obsada pozostaje jednak niepewna, a Reżyser zaginął. Nieobecność hierarchii jest nieznośna. Wywołana nią rosnąca irytacja bohaterek zdaje się rdzeniem i motorem napędowym całej historii. Wskazuje na niezbywalność struktur społecznych. Czyżbyśmy nie mogli istnieć w świecie pozbawionym rywalizacji? Jest w tym jakaś gra ze stereotypem kobiety, w której szczególną zawiść wzbudzają inne kobiety, ale przecież zjawisko to jest absolutnie uniwersalne, niedeterminowane przez płeć. Pojawia się pytanie, jak ową hierarchię zbudować? Odpowiedź jest niebezpieczna – poprzez poddanie się ocenie innych, to jest publiczności. Wyraz aprobacie widzowie dają oklaskami. Aktorki wychodzą ku nim jak modelki na wybiegu, wdzięcząc się i przekonując do swoich kandydatur. Interesujące jest ukryte w tle pytanie dotyczące demokratyzacji przestrzeni artystycznych: czy wielogłowy widz-selekcjoner różni się czymś od tego jednego – patriarchalnego, który gdzieś zaginął? Pewnie tak, ale czy różni się czymkolwiek od głosującej telefonami i pilotami telewizyjnej hydry, żywiącej się kolejnymi mutacjami talent show? Pytania pojawiają się mimochodem. Tymczasem odpowiedzi na nie wydają się kluczowe w kontekście zjawisk, które obserwujemy na współczesnej scenie teatralnej, będących próbą zmiany paradygmatu. Jej rezultatem miałby być kres dotychczasowej hierarchii i wiktoria kolektywu. Czy można wpisać spektakl Teatru Czwarta Scena w szereg dzieł wojujących artystek i artystów kojarzonych raczej ze środowiskiem skupionym wokół kilku miejskich ośrodków, ze wskazaniem na Warszawę? To zależy od przyjętego kryterium. Ze sceny dobiega nas głos w tej samej – równościowej – sprawie, ale nie słychać w nim drapieżnych, rewolucyjnych bez mała tonów. Formalnie katowickie przedstawienie sięga raczej do klasycznych teatralnych wzorców, nie sili się na awangardowe poszukiwania. Tradycyjnie wygląda też lista płac. Okazuje się, że o problemach hierarchii można skutecznie opowiadać bez rozmontowywania wszystkich jej przejawów.


Historia czterech dziewczyn, które biorą udział w castingu do spektaklu o czarownicach, a w efekcie same wokół czarnoksięstwa krążą, znajduje spełnienie w (opowiedzianym) morderstwie Reżysera, który był inkarnacją XVII-wiecznego mistrza tortur. Symboliczne pozbycie się męskiej władzy odbywa się za sprawą wspólnego wysiłku, umiejętnego zarządzania energią, która wcześniej zasilała wewnętrzne konflikty. (Nie)opłakany los Reżysera wymusza na bohaterkach postawę obronno-zaczepną. Tłumaczą się, jak gdyby unikały odpowiedzialności i próbowały wyplątać się ze strasznej przecież historii. Tymczasem ich usprawiedliwienia zamieniają się w litanię zarzutów wobec świata. Powraca konwencja wybiegu. Bohaterki zmuszone są do tłumaczenia się z własnej niewinności – ale nikt nie bije już braw. Oklaski byłyby wyrokiem, a wyrok w procesach o czarostwo mógł być tylko jeden – śmierć. Musimy sobie zadać pytanie, czym w takim razie było bicie braw przy wyborach miss czarownic? Czy nie jest tak, że wywołując (wyczarowując?) oklaskami pewne wzorce postępowania, także zasiadamy w jakimś ponurym gremium, które, posługując się okrutnym i niesprawiedliwym prawem, decyduje o czyimś być albo nie być?

#rozczarowanie sprowadza się koniec końców do próby odczarowania, nie czarownic jednak, a kobiet w ogóle. Odczarowanie obejmuje szkodliwe praktyki i niepokojąco głęboko zakorzenione stereotypy, które – zdają się sugerować artystki – nadal są w nas żywe, choć uśpione. Przykładem jest przytaczana w spektaklu historia pomnika w Czeladzi, który przedstawia kobietę na miotle. Ma on upamiętniać oraz rehabilitować Katarzynę Włodyczkową, którą w XVIII wieku w tym mieście dekapitowano, a później spalono na stosie. Losy rzeźby wypełnione są kontrowersjami, biorącymi się z reakcji lokalnych władz świeckich i duchownych, ale i interpretacji prawa. Legislacyjne deliberacje nad tym, czy mamy do czynienia z rzeźbą, czy z pomnikiem, brzmią śmiesznie. Historia, do której odnosi się dzieło Jacka Kicińskiego, rozgrywała się przecież w majestacie kodeksów. Można spojrzeć na czeladzki przykład z politowaniem, można z zażenowaniem, ale i z fascynacją, jak silny jest symbol kobiety siedzącej na miotle. Jak wieloznaczny i niebezpieczny. Być może jest tak skuteczny w straszeniu mężczyzn, ponieważ dobitnie pokazuje, że kobiety nie potrzebują żadnych specjalnych narzędzi i atrybutów, które pozwolą im korzystać ze swojej szczególnej mocy. Wystarczy miotła, na której można latać, ale którą można także zrobić porządek.


Teatr Czwarta Scena, Katowice
Zuzanna Bojda
#rozczarowanie
reżyseria:
Maria Baładżanow
reżyseria światła i realizacja dźwięku: Wojciech Boruszka
obsada: Aleksandra Fielek, Katarzyna Dudek, Anna Bączek-Lieber, Anna Kończal/ Anna Wysocka-Jaworska
premiera: 30.10.2018