Nadmorska refleksja o niepodległości

Ogólnopolski Festiwal Teatru Gdynia Główna – Pociąg do Miasta. Stacja Niepodległa w Gdyni, 2018

Ogólnopolski Festiwal Teatru Gdynia Główna „Pociąg do Miasta” to festiwal interwencyjny z kilku powodów. Pierwszym z nich jest widoczna ingerencja w przestrzeń miejską, „zawłaszczanie” jej na potrzeby spektakli. Miejsca takie jak kino Polonia czy taras Muzeum Miasta Gdyni mogą kojarzyć się z szeroko rozumianą sztuką, jednak dziedziniec Urzędu Miasta, Plaża Miejska, Skatepark i Automobilklub Morski to przestrzenie dla teatru nieoczywiste. Mimo to wszystkie one stały się tymczasowymi scenami, na których wystąpili artyści z całej Polski. Festiwal jest także interwencyjny za sprawą tegorocznego tematu przewodniego – Stacja Niepodległa. Setna roczna odzyskania przez Polskę niepodległości zainspirowała wiele projektów kulturalnych odbywających się w 2018 roku. Organizatorzy Pociągu do Miasta wykorzystali tytułowy motyw do podjęcia dyskusji o problemach, z którymi w tym niepodległym państwie wciąż się mierzymy, i skrupulatnie wybrali spektakle odwołujące się do tego, co niewygodne.


Spektakle były pokazywane w setach dobranych tematycznie. Pierwszy z nich dotyczył szeroko rozumianej tematyki żydowskiej.


Album Karla Höckera to spektakl warszawskiego Teatru Trans-Atlantyk w reżyserii Paula Bargetto. Bargetto, założyciel i dyrektor artystyczny teatru, jest amerykańskim reżyserem, który od lat wystawia sztuki polskich autorów na scenach amerykańskich i europejskich. Tytułowy Karl Höcker był adiutantem kilku komendantów obozów koncentracyjnych, m.in. w Auschwitz i Majdanku. Jako zbrodniarz wojenny odsiedział dwa wyroki sądowe, które łącznie wyniosły… siedem lat. Po zakończeniu II wojny światowej amerykański żołnierz znalazł jego prywatny album fotograficzny i w 2007 roku przekazał Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. 116 czarno-białych zdjęć znajdujących się w albumie przedstawia Höckera, innych oficerów SS oraz stenografki i stenotypistki z korpusu SS. Fotografie zostały zrobione głównie w Międzybrodziu Bialskim, 20 km od Auschwitz, gdzie personel obozowy relaksował się i odpoczywał. Na podstawie pojedynczych i seryjnych fotografii twórcy spektaklu opowiedzieli kilka historii konkretnych osób. Próbowali pokazać, jak mogły wyglądać rozterki miłosne, kłopoty zdrowotne czy rodzinne poszczególnych ludzi. Spektakl jest paradokumentalny, bo opiera się na materiałach archiwalnych, narracja jest już jednak fabularyzowana. Aktorzy próbują odtworzyć stany emocjonalne i dialogi postaci z fotografii, ustawiając się w pozycjach niemalże identycznych do pierwowzorów ze zdjęć. Największą siłą spektaklu jest to, że ani razu nie padają w nim słowa „Holokaust”, „Zagłada”, „Żydzi” czy „ostateczne rozwiązanie”. Nie znaczy to jednak, że temat ten został przemilczany albo zmarginalizowany. Okropieństwa, jakich dopuścili się naziści podczas II wojny światowej, przejawiają się w niuansach – specyficznym, nerwowym śmiechu, spojrzeniach, tikach nerwowych, a przede wszystkim w scenach ze zwierzętami. Tresowanie psa, wydawanie dźwięków zbliżonych do krzyku orła czy dumne pozowanie z upolowaną zwierzyną są dużo bardziej sugestywne, niż byłyby bezpośrednie próby odnoszenia się do sytuacji Żydów w czasie wojny. Album… nie jest jednak spektaklem o Holokauście, a o ludziach, którzy stali po drugiej stronie, o oprawcach z niepokojącą, bo przeciętną twarzą. Duże uznanie dla aktorów – Marty Król-Gajko, Heleny Chorzelskiej, Krzysztofa Polkowskiego, Grzegorza Sierzputowskiego i Tomasza Sobczaka, którzy wcielając się w coraz to nowe postacie z fotografii, podjęli się trudu nieszablonowego podejścia do tego przerobionego już na wszystkie możliwe sposoby tematu.


Drugim spektaklem dotyczącym historii żydowskiej był Burmistrz według tekstu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Ewy Ignaczak z Teatru Gdynia Główna, czyli sceny-gospodarza. Historia dotyczy pewnego miasteczka w Polsce, w którym odkryto jakąś ewidentnie niewygodną „prawdę”. Tytułowy Burmistrz (Błażej Tachasiuk) próbuje zapobiec przedostaniu się informacji o „prawdzie” do mediów i świadomości mieszkańców. Sprawa jest poważna, bo dotyczy mordów na lokalnej społeczności żydowskiej. Widzowie, mianowani mieszkańcami miasteczka, obserwują żałosne próby ukrycia informacji przez władze, a także istną paradę karykaturalnych postaci: Miss Piękności z Nowego Jorku momentami ujawniającą się jako Matka Boska (Małgorzata Polakowska), Szansonistkę (Ida Bocian) i Mieszkańca Miasta (Radosław Smużny). Szkoda, że twórcy nie spróbowali sprawić, żeby odbiorca poczuł się w jakiejś mierze odpowiedzialny i związany z miasteczkiem, wtedy można by się zastanowić nad mechanizmami mierzenia się z niewygodną przeszłością. Niestety, nie czując żadnego związku z przedstawianą historią, widz nie ma dostępu do ambiwalentnych uczuć, które spektakl miał potencjalnie wywołać. Najważniejszym elementem tej historii jest postać Niemca na pokucie, zagrana fenomenalnie przez Marka Sadowskiego. Urzeczywistnił on i zmaterializował polskiego kozła ofiarnego, którego nie trzeba już oskarżać, bo sam obwinia się o całe zło. „Światu nie wolno zapomnieć, jak zabija Niemiec!” – wykrzykuje Mieszkaniec Miasta. Burmistrz stara się jednak przypomnieć o tym, że Polakom nie wolno zapominać, jak i kogo zabijał Polak.


Kolejny zestaw spektakli dotyczył pojęcia władzy. Matka Courage krzyczy wrocławskiego Układu Formalnego w reżyserii Grzegorza Grecasa to zdecydowanie najlepszy spektakl festiwalu. Paweł Palcat wraz z reżyserem zaadaptował klasyczny już tekst Brechta, dodając fragmenty reportaży, relacji oraz wywiadów z mieszkańcami Liberii i dostosowując go do realiów afrykańskich. Liberia jest najstarszą republiką w Afryce. To tutaj wyzwoleni niewolnicy z USA mieli się osiedlać i żyć w zgodzie z osiemnastoma plemionami tubylczymi. Historia kraju obfituje w konflikty między kolonistami z Ameryki a rdzennymi plemionami, których członkowie przez wiele lat stanowili tanią siłę roboczą dla nowo przybyłych. Trawiona wojnami domowymi od końca lat osiemdziesiątych do 2003 roku, Liberia stała się jednym z najsłabiej rozwiniętych państw świata. Tytułowa Matka Courage (fenomenalna i na długo zapadająca w pamięć rola Joanny Gonschorek) wraz z głuchą córką (Katarzyna Kłaczek) i dwoma synami (Przemysław Furdak i Piotr Bublewicz) mieszka w liberyjskich slumsach, niedaleko plaży. Spektakl zaczyna się symbolicznym „naznaczeniem” tytułowej matki i jej dzieci nutellą – czarną mazią, która jest symbolem rasowego podziału, a zarazem narzucającego go świata wartości kolonizatorskiego kapitalizmu. Cały spektakl przepełniony jest odniesieniami do popkultury amerykańskiej, a za wzór bohatera służą Batman i Superman. Obaj synowie Courage są nie tylko fizycznymi, ale być może przede wszystkim ideologicznymi ofiarami wojny. Kobieta ze wszystkich sił stara się ochronić córkę, która porozumiewa się ze światem polskim językiem migowym (!). Matka sprzedaje swoje ciało i za wszelką cenę stara się zapewnić bezpieczeństwo dzieciom, a kiedy się to nie udaje, przyłącza się do protestu liberyjskich kobiet. Warto wspomnieć tutaj rolę Pawła Palcata, który jest przewodnikiem po spektaklu, a także uosabia wszystkich oprawców wpływających na życie rodziny. Od początku wybija on widza z wygodnej pozycji obserwatora.


Niezwykłości dodawała spektaklowi przestrzeń, w której był grany. Plaża, gdzie rytm wyznaczał szum morskich fal, a w oddali majaczyło centrum Gdyni – z rozświetlonym diabelskim młynem i Sea Towers – sprawiła, że spektakl zyskał wyjątkowe znaczenie. Ta cywilizacja, symboliczna Ameryka, kraj wolności, który był tak blisko, z minuty na minutę stawał się coraz bardziej niedostępny. Zostawał tylko miarowy szum wody.


Epitafium dla władzy to druga propozycja w tym bloku tematycznym, a także kolejny spektakl gospodarzy. Nawiązuje on do Cesarza Ryszarda Kapuścińskiego i, podobnie jak książka, jest studium władzy i jej absurdów. Pokaz odbył się na tarasie Muzeum Miasta, z którego można było obserwować część Gdyni i podświadomie nakładać przedstawiane sytuacje na rzeczywiste elementy codziennego życia. Dość luźna forma przedstawienia sprawiła, że poza salwami śmiechu i krótkimi momentami refleksji nie wydarzyło się wiele więcej. Tron-szalet jako oznaka najwyższej władzy jest zabawny, ale zbyt dosłowny jak na motyw przewodni spektaklu. Najważniejszym elementem Epitafium był jednak kontakt twórców z widzami. Energiczni młodzi aktorzy (Łukasz Dobrowolski, Wojciech Jaworski i Piotr Srebrowski) wykreowali charakterystyczne i ciekawie skonstruowane postaci, dzięki czemu szybko udało im się nawiązać relację z publicznością.


Spoiwem kolejnej serii spektakli było polskie wesele. W gdyńskim skateparku Teatr Wiczy z Torunia zaprezentował spektakl Dobroć nasza dobroć w reżyserii i według tekstu Romualda Wiczy-Pokojskiego. W opisie spektaklu widnieje: „Akcja Dobroci… rozgrywa się na weselu, na ósmym piętrze wieżowca. Podczas uroczystości jedna z ciotek zostaje wyrzucona przez okno, bo żydówka. Nim przyjedzie policja, biesiadnicy, których odwiedzają koledzy Pana Młodego, toczą dysputy o marzeniach i przywarach, śpiewają pieśni, recytują wieszczów, oglądają telewizję. Impreza jak impreza, rozkręca się…”. Przyznam szczerze, że gdybym nie przeczytała opisu przed obejrzeniem spektaklu, nie wiedziałabym, czego on właściwie dotyczy. W ogólnym bałaganie na scenie, który jeszcze mogę uznać za celowy zabieg artystyczny, nie sposób odnaleźć puenty i celu spektaklu. Akcja dzieje się w salonie, a my, patrząc na niego, obserwujemy przemoc w relacjach młodego małżeństwa, jazdę półnagiego pana młodego (Radosław Smużny) na elektronicznej deskorolce, włączany i wyłączany telewizor (Radosław Garncarek), który nadaje tylko „sport, sport, politykę, wiadomości, sport, politykę, politykę”, śpiewającą ciężarną pannę młodą (Zofia Nather) i niewybredne żarty wujka (Krystian Wieczyński). W pewnym momencie pojawia się też stado baranów. Pomysł na portretowanie Polaków przywar własnych jest zawsze dobrym pomysłem – nigdy bowiem za wiele samokrytyki. Rzeczywiście, gdzieś tam pojawiają się tematy „obcych”, nacjonalizmu i patriarchatu, ale nie nikt niczego nie puentuje, dlatego rozmywają się one we wszechobecnym chaosie.


Ostatnim przedstawieniem festiwalu było Od Wesela do Wesela Teatru Gdynia Główna w reżyserii Ewy Ignaczak. Z tekstu Wesela Wyspiańskiego, na podstawie którego powstał spektakl, wybrano konkretne wątki i sceny. Jest to wesele nietypowe, bo nieobecni są tutaj państwo młodzi. Cała uroczystość została przeniesiona przed gdyński Automobilklub, który swoją architekturą wpisywał się w wyobrażenie bronowickiego domu. Koncepcja spektaklu opiera się na zrytmizowanych, krępujących spontaniczność ruchach. Miarowe odliczanie „raz, dwa, trzy” wbija się w głowę widza, który także zaczyna wybijać rytm i istnieje niebezpieczeństwo, że wpadnie w pułapkę razem z postaciami. Tutaj to Chochoł dyktuje tempo, układa choreografię; w zasadzie można powiedzieć, że od samego początku przejął kontrolę nad bohaterami. Muszę przyznać, że do złudzenia przypominał mi on samego Wyspiańskiego. Najciekawszym motywem Od Wesela do Wesela jest dla mnie wyraźnie zaznaczona obecność kobiet – Racheli (Ida Bocian), Zosi (Małgorzata Polakowska) i Maryny (Marta Jaszewska). W adaptacji Ignaczak są one dominującymi postaciami. Kolejną grupą, na której skupia się reżyserka, to inteligencja i artyści. Poetę (Piotr Srebrowski) i Dziennikarza (Jakub Mielewczyk) jako przedstawicieli tej grupy cechuje wyraźny egocentryzm, niepozwalający im na podjęcie działań, które mogłyby wyrwać bohaterów z marazmu.


Jeżeli myślimy o undergroundzie teatru polskiego, to Teatr Gdynia Główna, czyli organizator festiwalu, idealnie wpisuje się w to określenie. Dzięki licznym projektom („Teatr nadaje na Witomino”, „Gdynia ReAktywacja”, „paraDAradę. Kultura ReAktywuje dzielnice”, „Spektakl plenerowy Masska”, „Teatr Zajechał na Chylonię”) i Festiwalowi Pociąg do Miasta ci niezależni artyści są niezwykle ważnymi organizatorami życia kulturalnego w mieście i na jego peryferiach. Poznają lokalną tożsamość mieszkańców i starają się zbudować z nimi relacje na podstawie działań skupionych wokół wspólnej sprawy. Za swoją społeczną działalność Teatr Gdynia Główna był wielokrotnie nagradzany i wyróżniany. Warto tutaj podkreślić, że jego założycielkami są dwie kobiety – Ewa Ignaczak i Ida Bocian.


Co udało się osiągnąć twórcom festiwalu? W mojej ocenie bezbłędnie zdiagnozowali oni napięcia pojawiające się w kraju i dobrali spektakle, które o nich mówią. Kłopot z „innym”, ucieczki od rozliczeń z trudną przeszłością, marazm, w jaki wpadamy zamiast podejmować realne działania, to tylko niektóre wątki, które przewijały się w prezentowanych spektaklach.


Najważniejszym elementem pokazów była niezwykle oddana i wierna publiczność, która na pokazach pojawiała się niezawodnie i licznie. Organizatorzy Pociągu do Miasta bardzo dbają o swoich widzów, którzy w większości są mieszkańcami Trójmiasta, szczególnie Gdyni. Plenerowa lokacja wydarzeń festiwalowych była przemyślana, dobrze oznakowana i przyjazna także dla całych rodzin. Widzowie spoza miasta mieli okazję poznać Gdynię od mniej oczywistej, lokalnej strony. Bardzo ważna jest tutaj także idea pełnej dostępności dla każdego odbiorcy – wejścia na wszystkie spektakle są bezpłatne.


Pociąg do Miasta odbył się po raz czwarty i w tym roku stał się festiwalem ogólnopolskim. Poprzednie edycje były przeglądami spektakli samej Gdyni Głównej. Otwarcie się na grupy z całej Polski z pewnością urozmaiciło repertuar i nadało mu zupełnie nową energię. Miejmy nadzieję, że z roku na rok festiwal będzie się rozrastał, a kolejne edycje nie pozbawią jego twórców energii.


Ogólnopolski Festiwal Teatru Gdynia Główna – Pociąg do Miasta. Stacja Niepodległa, Gdynia, 30.07 – 5.08.2018