Kobieta androidem świata

Krakowskie Centrum Choreograficzne, Jestem miłością, chor. Barbara Bujakowska

Na samym środku pustej sceny dwie jaskraworóżowe plamki. Dwa krzesełka dziecięce, które, w trosce o pociechy klientów, ustawia się ostatnio nawet w tak poważnych instytucjach jak banki. Za chwilę jednak miejsca te zajmą osoby dorosłe. Przynajmniej pod względem wieku, bo postawa i ruchy aktorek, a szczególnie doczepione do czarnych spodni małe, białe, puszyste ogonki, wprost emanują infantylnością. Kobieto-dziewczynki siadają ostrożnie, z niewzruszoną precyzją. Jedna przy drugiej. Rączki, jak należy, na kolanka. Sylwetka prosta. Wzrok przed siebie. Patrząc na to krótkie preludium, w lot wyczuwamy zapowiedź atmosfery zgrywy i parodii. Ale też coś więcej. Jakąś trwogę i niepokojącą sztuczność.


Bohaterki wpatrują się w widzów, jednocześnie jakby ich nie zauważając. Daria Kubisiak rozpływa się w nienaturalnym uśmiechu i zwraca się do wszystkich i do nikogo zarazem: „To jest kobieta”. Barbara Bujakowska wtóruje jej nieco poważniej: „To też jest kobieta”. Wszystko to głosem, jakim zazwyczaj informuje się, który przycisk należy nacisnąć, żeby przekierowano cię do działu reklamacji: „Popatrz na Kobietę Numer Jeden”, „Chcielibyście zobaczyć, jak funkcjonuje Kobieta Numer Dwa?”. Każda fraza coraz bardziej upodabnia je do robotów. Androidów z jakiejś wersji futurystycznego parku rozrywki. Podobna „nieludzka” plastyka oraz sposób mówienia będą obowiązywać do samego końca czterdziestominutowego przedstawienia.


Jeszcze jedną charakterystyczną i ważną dla całego konceptu rysą aktorstwa Kubisiak i Bujakowskiej stanie się wyjątkowa demonstracyjność. Każdy drobny gest będzie się równał wystawieniu siebie na pokaz. Nie z własnej chęci, tylko z jakiegoś obowiązku. Z braku alternatywy. Świetnym tego przykładem jest scena, w której Kobieta Numer Jeden, korzystając z rzemienia doczepionego do noszonych przez bohaterek obroży, wyprowadza/wywozi Kobietę Numer Dwa na scenę. Ta ostatnia stoi nieruchomo na deskorolce niczym odlany z brązu posąg. Stanowi przedmiot do oglądania i oceny. Ewentualnego podziwu czy ewentualnej krytyki. Ale to my, czyli oglądający, będziemy o tym decydować. Podobnie sugestywne, lecz mimo wszystko nie do końca jednoznaczne obrazy będą składać się na galerię alegorii, za pomocą których w Jestem miłością opowiada się o ambiwalentnym położeniu kobiety w społeczeństwie. Mottem tej teatralnej wystawy mogłaby być fraza: „Kobieta jest androidem świata”. Maszyną do patriarchalnego programowania i przeprogramowania, mającą spełniać określone oczekiwania i wyznaczone funkcje.


Tymczasem pytania i podpowiedzi aktorek zaczynają się powtarzać i zapętlać. Dochodzi do zgrzytu „systemu”. Wreszcie następuje chwilowe zawieszenie. Słowa ustępują nieskomplikowanej choreografii – naprzemiennym gestom otwartych rąk i ich krzyżowania na klatce piersiowej. Kolejna krótka instrukcja. Kolejny zgrzyt. Kolejne uwolnienie się w ruchu. Bujakowska robi kilka kroków do przodu i prezentuje, o ile się nie mylę, jakiś element tańca irlandzkiego. Będzie to zaledwie próbka. Fragment, który podchwytuje stojąca obok Kubisiak. Tak samo jak pytanie: „Taniec? Taniec! Czym jest taniec?”.


Za muzykę w spektaklu odpowiada Marcin Janus, artysta dźwiękowy i multimedialny. W przedstawieniu z Krakowskiego Centrum Choreograficznego radykalnych rozwiązań raczej nie usłyszymy. Janus współtworzy spektakl raczej towarzysząc niż przykuwając do siebie widzowską uwagę. Jednocześnie potrafi zdecydowanie pokierować emocjami, zabawić się konwencją czy podkreślić przekaz.


Inną ważną składową Jestem miłością są puszczane na umieszczony z tyłu sceny ekran nagrania wideo. W pierwszym z nich zobaczymy nie byle kogo, tylko samego Pana Boga (zgodnie z popkulturowym kanonem z długą siwą brodą) oraz jego syna Jezusa (w wielkich przeciwsłonecznych okularach i z niemalże całkowicie zarośniętą twarzą), czyli, jak zastanawiają się na głos aktorki, też Boga. To oczywiście czysta zgrywa, bowiem dwójce Wszechmogących (granych, jak nietrudno zgadnąć, przez Kubisiak i Bujakowską) przeszkadza pies, który wdziera się w kadr, szczęśliwie merdając ogonem. Czyni to akurat wtedy, gdy Bóg Ojciec ma się podzielić ze stojącymi po bokach aktorkami jakąś ważną informacją. Zresztą z mozaiki późniejszych urywkowych wypowiedzi można zrekonstruować sens zaginionego przesłaniania. Chodzi o stanowcze i pełne pokory podporządkowanie się boskiej woli.


„Dużym czynnikiem i punktem zapalnym w pracy nad projektem były pytania o poczucie wolności, a także poczucie winy. Dialektyka winy i kary, jej związek z patriarchatem” – czytamy w notce programowej, widzimy też i słyszymy na scenie. Jednym z powracających motywów, uzupełniających stale powtarzany, zautomatyzowany ruch dosłownego i symbolicznego upadania, stanie się wykonanie piosenki religijnej składającej się tylko z jakże wymownego trójwiersza: „Przepraszam Cię Boże skrzywdzony w człowieku,/ Przepraszam dziś wszystkich was,/ Żałuję za wszystko, to moja wina jest”. Co ważne, słowa te puszczane są z offu. Daria Kubisiak jedynie otwiera usta, nadążając za natchnionym skruchą dziecięcym głosem. Okradziono więc ją nawet z tak wątpliwego przywileju, jakim jest składanie podobnych wyznań.


„Celem projektu – czytamy dalej w tejże notce – nie jest jednak obwinianie przysłowiowego Pana Boga za to, że wywołuje w nas poczucie winy, ale przypatrzenie się uwikłanym jednostkom, w tym wypadku kobietom, jakie emocje nimi targają i czy są w ogóle stanie znaleźć jakąkolwiek przestrzeń autonomicznej wolności pozbawionej poczucia winy”. Muszę przyznać, że najlepiej realizować ten cel twórczyniom udaje się akurat w tańcu. W tym, co niewysłowione, nieuchwytne, niedyskursywne. Tu dopiero krytyka socjologiczna nabiera soczystych nutek metafizycznych. Jest oryginalniejsza i, o dziwo, dobitniejsza, niż cytowane w ostatnim z nagrań słowa św. Tomasza z Akwinu o tym, że „dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów”, a „wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”. Dlatego, najprawdopodobniej, odniosłem wrażenie, że w Jestem miłością zbytnio zawierzono słowom.


Nie każdemu też przypadnie do gustu dramaturgia bardzo luźno powiązanych między sobą scen. Chociaż dla innych wolność od sztywnej struktury przyczyn i skutków może stanowić zaletę. Za niezaprzeczalny atut całego przedsięwzięcia należy natomiast uznać powstanie nowego duetu artystycznego. Barbara Bujakowska jest tancerką, choreografką i pedagożką z Krakowa. Ma za sobą studia w Anton Bruckner Privatuniversität für Musik w Linzu w Austrii. Daria Kubisiak pochodzi z nieco innych rejonów. Jest absolwentką polonistyki i performatyki przedstawień Uniwersytetu Jagiellońskiego. Niedługo otrzyma dyplom dramaturga teatru. Razem stanowią świetnie uzupełniający się, nietypowy i bardzo charyzmatyczny team, którego poczynania chce się śledzić. Szczególnie że Jestem miłością, ze względu na krótki czas trwania oraz zobowiązujący tytuł, pozostawia po obejrzeniu wyczuwalny niedosyt.


Trudno się więc dziwić, że projekt ma swoją kontynuację. Jak zapewnia poszerzony o Sebastiana Grygo zestaw wykonawców: „Tytułowe Jestem miłością w pierwszej części stanowiło rodzaj klątwy, która generowała poczucie winy i chrześcijańskie cierpienie. Natomiast druga część jest próbą osiągnięcia miłosnego spełnienia, ale tak, żeby była ona dokonana na własnych warunkach i stała się wolna od tłamszących ludzką wolność schematów patriarchalno-religijnych”. Brzmi intrygująco. Сhcę wierzyć, że miłosne spełnienie rzeczywiście da się oddzielić od patriarchalno-religijnych schematów.


Krakowskie Centrum Choreograficzne
Jestem miłością
choreografia:
Barbara Bujakowska
muzyka: Marcin Janus
koncept: Barbara Bujakowska, Daria Kubisiak
obsada: Barbara Bujakowska, Daria Kubisiak
premiera: 25.03.2018