Daj, ać ja powróżę, a ty przeżywaj

Living Space Theatre i Centrum Sztuki Mościce w Tarnowie, Kaj dzias, reż. Jakub Margosiak

Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W rozmowach z artystami często usłyszeć można inny wariant tego powiedzenia: ograniczenia są stymulujące. Living Space Theatre napisali o sobie: „brak siedziby traktujemy jako atut”. Wydaje się, że w tym przypadku nie jest to robienie dobrej miny do rzeczywistości, a element przemyślanej strategii.

Kaj dzias to pierwszy spektakl grupy powstałej w 2016 roku. Reżyserią zajął się Jakub Margosiak, choreografię artyści opracowali kolektywnie. Ich główną inspiracją jest międzynarodowa i transgraniczna kultura Romów. Inaczej wyglądają dziś tabory, zwłaszcza jeśli podróżują nimi cyganie z artystycznych cyganerii, ale jedna rzecz w wędrowaniu pozostaje niezmienna – siła pytania Kaj dzias – Gdzie idziesz? Living Space Theatre w poszukiwaniu odpowiedzi korzysta z uniwersalnego i wszędzie zrozumiałego języka – tańca. Wędrowanie wędrowaniem, ale adres – przekleństwo przymusowo osiedlonych Cyganów – musi być. Przyzwyczajeni jesteśmy bowiem do innego pytania: skąd jesteś? Kod pocztowy odsyła do Katowic. Living Space Theatre powołali do życia absolwenci bytomskiego Wydziału Teatru Tańca krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. W składzie znajdziemy również osoby po aktorskim wydziale tej uczelni.

Spektakl Kaj dzias nie powstał jednak w Katowicach, a w Tarnowie. Historia tego miasta związana jest z losem Romów, którzy nadal w nim mieszkają. Jedną z form ich działalności jest Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Romów, najstarsza nieprzerwanie działająca instytucja tego typu w Polsce. W tarnowskim Muzeum Etnograficznym znajduje się też pierwsza i jedyna w kraju muzealna kolekcja cyganologiczna. Pracujący w owym muzeum cyganolog Adam Bartosz służył artystom za konsultanta merytorycznego. Wydawać by się mogło, że historia Tarnowa to wyczerpująca odpowiedź na pytanie, dlaczego Living Space Theatre na swoją pierwszą wędrówkę wyruszyli do tego miasta. Tymczasem jest jeszcze jeden powód. Dwoje z trójki założycieli teatru i stowarzyszenia, czyli Jakub Margosiak i Anna Mikuła, pochodzą z Tarnowa i okolic. Powrót na rodzinną ziemię sprawia, że tytułowe pytanie o cel wędrówki nabiera większej mocy oraz budzi refleksję na temat dokonanych już wyborów.

W finalnej scenie spektaklu czworo performerów stoi plecami do publiczności. Kolejno odwracają się, podnoszą mikrofon i wygłaszają krótkie, osobiste komunikaty. Na przykład o tym, czego się boją. Natalia Dinges mówi o lęku przed utratą miłości. Grzegorz Łabuda o tym, że najbardziej przerażający jest fakt, iż nie wszyscy mają cel w swoim życiu. W trakcie konfesji artyści zaczynają tańczyć – cały czas plecami do widowni – coraz intensywniej, tak jakby uciekali od publiczności. Wykrzykują tytułowe pytanie, po romsku i po polsku. Idą stąd, ale dokąd? I czy my idziemy za nimi? A może widzą przed sobą, kogoś kto wędruje z naprzeciwka i idzie w naszą – widzów – stronę. Kto to może być?
kiedyś to było

Zacząć należy od początku, czyli od końca, bo najwięcej o przyczynach wie ten, kto widział skutki. W cygańskiej kulturze starcom należy się szczególne poważanie. Na scenie zjawia się Phuri daj – stara kobieta, matka, grana przez Natalię Dinges. Ubrana w kolorowe szmatki i fatałaszki, ot, Cyganka, co zawiaduje światem. Kapela stojąca z boku sceny (akordeon – Kornel Uriasz, gitara – Miłosz Potoczny, skrzypce – Izabela Płachta) zaczyna grać. Na znak aktorki cichnie, na jej tupnięcie wzlatuje tańczący z nią Margosiak. Cyganka niezrozumiale bełkocze i krzyczy prosto do widzów. Nie rozumiemy jej – stoimy oko w oko z obcym. Po chwili przechodzi na polski i już wiemy – nie tylko pojmujemy, co mówi, ale z łatwością identyfikujemy się z sensem jej słów. To pochwała wolności, wzniosłe i emocjonalnie wyznanie do minionego świata. Być może rzeczywiście ją rozumiemy. Spazmatyczne, radosne i płaczliwe. Ale przecież cygańska arkadia to nie jest prawdziwy początek tej historii. Łabuda cofa nas głębiej w przeszłość i opowiada o stworzeniu świata i o Bogu, który eksperymentując z gliną, poniósł dwie porażki, czego pamiątką są Murzyni i biali, dopiero za trzecim razem wypalił człowieka idealnego – śniadego Roma.

Przez pola snują się wozy, jeden za drugim. Na postojach transformują się w ubrania rozwieszane na sznurku, jak na drodze – zupełnie jak te wiszące z tyłu sceny. Scenografii dopełnia umieszczona pod sufitem lampa z materiałowym, kolorowym abażurem. Całość oświetla najczęściej jednostajne światło. Jego gaśnięcie oddziela poszczególne sceny, w czym pomaga także dobiegające z offu stukanie. Uderzenia są sygnałem zmian, a więc niebezpieczeństwa, tego, co nieuchronne. Ludzie lubią mocować się z nieuniknionym. Przyszłość jest tylko kolejnym przeciwnikiem. Od stworzenia człowieka przechodzimy do wróżenia. Dinges wchodzi między publiczność. Roześmiana i śmiała wzbudza zaufanie – inaczej niż czyhające na dworcach i rynkach Cyganki. I znowu ciemno. I pieśń. Pisała Papusza, a Jerzy Ficowski tłumaczył: „Co robić?/ Trzeba śpiewać pieśni moje/ złym ludziom, którzy chcą wojen”. Chóralny śpiew i gitara. Muzycy i aktorzy blisko siebie. Pieśń nabiera tempa, zasłuchany akordeonista wstaje i dołącza, pojawiają się skrzypce. Coś stuka – pukanie to czy strzały? Łabuda narzuca na Dinges kolejne toboły. Tańczą tułaczkę i ucieczki, których pełno w cygańskiej historii. Przy okazji opowiadają o relacjach damsko-męskich. Przytłoczona pakunkami kobieta nie nadąża za zwinnym i wolnym od przyziemnych zobowiązań mężczyzną. Utrzymywana początkowo synchronizacja tancerzy rozsypuje się. Kobieta raz po raz upada, gubi i zbiera rzeczy. Wszystko to podbite żywiołową muzyką, barwne i widowiskowe. Ta ucieczka jest jednocześnie wędrówką w teraz.

teraz to jest

Ciemno. Elektroniczny bit wprowadza na scenę Annę Mikułę, a właściwie jej rosnący na ścianie cień. Spódnica, koszula, buty na obcasie – cywilizacja, która machając torebką, walczy z własnym cieniem. Czy to ona odpowiada za wszystko, co złe? Za niezrozumienie i walkę? Cygańscy bohaterowie stają się zaczepni wobec publiczności – odpowiada im krzyk: „Jebać Cyganów! Cyganie do gazu! Polska dla Polaków!”. A przecież ludzie są jak kwiaty – słyszymy ze sceny – nie o wszystkich powiemy „szlachetniutkie”, ale każdy ma swoją wartość. Rozkwita i Dinges, zrzuciwszy cygańskie fatałaszki, zostaje w czerwonej sukni. Na scenę wbiega też z widowni tłum tancerzy w różnym wieku, są wśród nich dzieci. A potem wspomniane krzyki. I newsy komunikowane przez rozbawioną prezenterkę, którą gra Mikuła. O tym, jak w słowackiej miejscowości Žiar spalono Cygana, a innych sprzedawano. Warto opowiadać wprost o europejskich niewolnikach. Wiedzą o tym artyści, choćby Radu Jude, reżyser znakomitego filmu Aferim! Twórcy Kaj dzias nie kreują – jak wspomniany filmowiec – westernowej awantury, stawiają na współczesną interwencję. Słuchamy czytanych na zmianę artykułów z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i wołoskiego kodeksu karnego z 1811 roku. Pierwsze zapewniają nam wolność, drugie uprawomocniają niewolnictwo. Nie trzeba zresztą sięgać tak daleko w przeszłość, wystarczy rok 1952 i rządowy nakaz o przymusowym osiedlaniu polskich Cyganów. Jak to się ma do radosnej Dinges, która w każdym widziała dobrego i otwartego człowieka? Otwarta ręka to i dusza otwarta, a poza tym „wszystko jest dobrze, tak ma być”. Każdy chciałby taką wróżbę.

Czy istnieje coś pomiędzy agresją i ksenofobią a urokliwą wróżbiarką, która wdzięcznie pieniążki „wycygania”? No właśnie, język nas zdradza i przy okazji wskazuje na niejasny obszar nie tyle współżycia, ile starcia dwóch kultur. Kaj dzias nie przygląda się tej sferze. Nie musi. Teatr nie jest od sprawiedliwych wyroków i wnikliwych badań socjologiczno-etnograficznych. Przynajmniej nie każdy.

Living Space Theater w swoim pierwszym przedstawieniu daje do zrozumienia, że chciałby być teatrem od zachwytów. Takim, gdzie na widza czeka rzeczywistość w wyższym stężeniu. Tę cygańską historię mogliby przecież po prostu zatańczyć. Cielesna sprawność to znakomita metoda na zrobienie wrażenia. Artystom zależy jednak na czytelności przekazu, nie rezygnują więc ze słowa i środków dramatycznych. I choć taniec oraz muzyka na żywo mogą kojarzyć się z nurtem teatrów pogardzienickich, które takich właśnie narzędzi używały w swoich kontaktach z tradycją i odmiennymi kulturami, to Living Space Theater z innych jest korzeni. Przy czym korzenie to nadal słowo klucz. Artystom z tego nomadycznego kolektywu nie chodzi o zaspokajanie sentymentalnego głodu czy o praktyki mitotwórcze, lecz o zbadanie tego, co bliskie ciału. Zmysłowość jest drogą do doświadczenia, które może – choć nie musi – przerodzić się w intelektualną czy poetycką refleksję. Wskazuje na to kolejne przedstawienie, czyli 43 przypadki szczęścia, opowiadające o górnikach uwięzionych w kopalni „Polska” na terenie Świętochłowic. Właściwie więcej pisać nie trzeba. I choć to zupełnie inna opowieść, to spróbujmy wyobrazić sobie ludzi tkwiących w absolutnych ciemnościach, pod grubą warstwą ziemi, bardzo blisko myśli o tym, co ich czeka, jednym zdaniem – ludzi w Polsce. Udało się? Widzimy to? To teraz pointa – wszystkich uratowano.



Living Space Theatre
Centrum Sztuki Mościce w Tarnowie
Kaj dzias
tekst: Jakub Margosiak oraz wykonawcy
reżyseria: Jakub Margosiak
konsultacja merytoryczna: Adam Bartosz
scenografia i kostiumy: Magdalena Paw, Małgorzata Cichoń, Grzegorz Łabuda
choreografia: zespół
aranżacja muzyczna: Marcin Słonina
muzycy: Izabela Płachta (skrzypce), Kornel Uriasz (akordeon), Miłosz Potoczny (gitara)
obsada: Natalia Dinges, Anna Mikuła, Grzegorz Łabuda, Jakub Margosiak
reżyseria oświetlenia, pomoc techniczna: Paweł Urbanowicz
koordynacja muzyczna: Katarzyna Wrona
premiera: 30.03.2017