Bezczelność Nikiforki

Teatr Zamiast z Łodzi, Curko moja, ogłoś to – rytmizowany biuletyn z wystawy Marii Wnęk, reż. Magda Drab

Swoje prace często podpisywała „Maria Wnęk, malarka słynna po całym śfiecie”. Bezczelność? Być może. Dziś jednak, kiedy obrazy Nikiforki, jak sama siebie nazywała, znajdziemy zarówno w American Visionary Art Museum w Baltimore, jak i w Collection de l’Art Brut w Lozannie, podobna sygnatura nie wydaje się już wielkim nadużyciem. W każdym razie, jak próbuje dowodzić tego monodram Magdy Drab Curko Moja Ogłoś To, zdecydowanie mylili się ci, którzy za życia Marii odmawiali jej miana artystki.

Dziś krytycy sztuki zdołali już zaliczyć „polską świętą” w poczet „malarek naiwnych”, stosując wobec jej twórczości określenie art brut, które, swoją drogą, należy uznać za trafne, co rzadko się zdarza w wypadku etykiet. Nawet tych wymyślonych przez akademickie głowy. Chociaż, rzecz jasna, i tu musimy uwzględnić wielość możliwych kontekstów, aspektów i niuansów oraz zaznaczyć, że mądre, okrągłe formułki zawsze pozostaną jedynie mądrymi, okrągłymi formułkami, szarymi w obliczu zieleni złotego drzewa życia. Nie wiem, czy Maria trzymała kiedykolwiek w rękach dzieła Goethego, lecz, jak mniemam, ta słynna uwaga Mefistofelesa z Fausta przypadłaby jej do gustu.

Twórczość artystki z Olszanki świetnie wpisuje się w nurt malarzy niewykształconych, „naiwnych”, borykających się z odrzuceniem i problemami psychicznymi. W tym wypadku też nie da się oddzielić twórczości od osoby twórczyni. Maria ukończyła jedynie cztery klasy szkoły podstawowej. Pochodząc z wielodzietnej rodziny chłopskiej, pracowała od małego, swoje pierwsze zatrudnienie znalazłszy przy regulacji Dunajca. Potem była mleczarnia i urząd pocztowy. I oczywiście cały czas był On, czyli Bóg. Jej religijna gorliwość już wtedy budziła szczery podziw, ale i, jak to często bywa, niezrozumienie. Zasłużyła sobie na przezwisko „maniok”, ale nie przeszkodziło jej to, gdy miała szesnaście lat, złożyć ślubów czystości. Po wypadku w pracy przeszła na rentę inwalidzką. Pierwsze próby twórczości podjęła w pracowni plastycznej Domu Kolejarza w wieku czterdziestu lat. Tam odnalazła ołówki, kredy i farby. A może to one ją wreszcie odnalazły?

Jedną z osobliwości jej prac było to, że obraz przechodził w tekst, niekiedy zamieszczony na odwrocie kartki-płótna, innym razem wprost stanowiąc tło dla licznych postaci świętych, aniołów, ale też demonów i grzeszników. Najczęściej były to wezwania do jak najszybszej naprawy moralnej. Przytoczę jeden tylko, lecz bardzo charakterystyczny fragment, który zamieszczony został w notce programowej spektaklu: „Nagląca wiadomość przez Pana Jezusa. Pan Jezus Prosi Curko Moja Ogłoś To posłannictwo całemu światu. Nie bój się żadnego pośmiewiska ani żadnej nogi kogokolwiek. Bo ja cię obronię dzisiaj, szybko i to bardzo szybko aż się wszyscy dowiedzą, Będą Cię nienawidzieć i będą się z Tobą źle obchodzili, ale to nie szkodzi gdyż Cię miłuję”. Zaiste, tej osobliwej retoryce można by poświęcić niejeden akapit. Tu jedynie zaznaczę, że oprócz minitraktatów teologicznych i kazań w imieniu Najwyższego na obrazach znajdziemy też mnóstwo opisów „niecodziennej codzienności” artystki.

Taki intymny dziennik jej wielce osobliwych stosunków z otoczeniem. Zresztą niech mówią same tytuły: Maria Wnęk karmi zwierzęta, Pochód pierwszomajowy, Wydziorstwo sklepowe i oszukaństwo, Tu mnie bije Jan Olchawa, Szymek chce zgwałcić panienkę czy właśnie Curko Moja Ogłoś To. Z licznych fragmentów tych wyjątkowych wyznań skorzystała Magdalena Drab, tworząc tekst swojej najnowszej sztuki.

Najnowszej po Słabych. Ilustrowanym banale teatralnym, który to dramat, poświęcony współczesnym kobietom, samotności i trudom macierzyństwa, rok temu zdobył zarówno główną nagrodę kapituły konkursu Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, jak i wyróżnienie społecznego jury. W przedmowie do tego tekstu, w którym rolę didaskaliów przejmują ilustracje, Drab napisze: „Ten banał teatralny można drukować na stosownym do niego papierze makulaturowym. Bohaterowie się nie obrażą, ponieważ nie są bohaterscy, a właśnie banalni i słabi. Smacznego”. Myślę, że to dotyczy bodajże większości bohaterów jej sztuk, a w dorobku artystki, która nie ma trzydziestki, jest ich już dziewięć. Dwa lata temu na przykład do półfinału gdyńskiego konkursu dotarł jej dramat Trup. W nim niedorozwinięty umysłowo Bernard wykradł z pracy – a pracował w zakładzie pogrzebowym – młodą, piękną dziewczynę. To znaczy jej trupa, który, mimo że był trupem, ciągle płakał. Cały fortel dramaturgiczny polega jednak na tym, że ów samotny nieszczęśnik nie zostaje potępiony – to małe miasteczko, które w martwej próbuje zyskać sobie nową „świętą”, okazuje się bandą prawdziwych hipokrytów i zboczeńców.

W sztukach Drab, skoro już mówimy o skomplikowanych stosunkach z transcendencją, znajdziemy kolędy, rozważania nad fenomenem polskiej religijności, odwołania do Boga i paradoksów naszych wyobrażeń o Nim. Jest w nich lekka kpina z doktrynerstwa i liczne związane z tym zabawy językowe, do których dramatopisarka niewątpliwie ma ucho. W Dramacie dwóch starych ludzi i kota, który popełnił samobójstwo jeden z chłopców, imieniem Lesiu, przy „grze w Boga” mówi: „Ktoś jest Panem Bogiem i może innych albo ochlapać deszczem, albo pokazać: ty nie żyjesz. Można go też przekupywać surowym mięsem i mówić, co by się chciało, albo poskarżyć mu na kogoś. I przyszłość też on zna”. A na pytanie małej Klary: „Czemu się nic nie odzywałeś, jak cię wtedy przy zabawie w Boga pytałam o męża?” odpowie: „Bo Bóg nie mówi. Bóg napycha”. Do Marii Wnęk Bóg też nie mówił lub nie tylko mówił; on ją właśnie napychał.

Podwójnej nagrody z Gdyni Magda Drab osobiście odebrać nie mogła, albowiem tego samego wieczoru grała na scenie łódzkiego Teatru Nowego w spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata. Grała gościnnie, gdyż od czterech lat związana jest z Teatrem Modrzejewskiej w Legnicy, do którego trafiła, kiedy jej talent zauważył i docenił reżyser wspomnianego spektaklu i wieloletni dyrektor teatru Jacek Głomb. Od tego czasu Drab zdążyła zagrać w Legnicy kilkanaście ról. Między innymi w Biesach, Carze Samozwańcu, Mojej Bośni, Człowieku na moście w reżyserii Jacka Głomba, Ożenku Piotra Cieplaka i Zanim chłodem powieje dzień Pawła Kamzy. Jednak aktywny związek z Łodzią artystka wciąż utrzymuje. Tu ukończyła Wydział Aktorski PWSFTviT im. L. Schillera, na której to uczelni w obecnej chwili pracuje nad doktoratem. W Łodzi wraz z przyjaciółmi założyła Teatr Zamiast. Wyreżyserowała w nim Targowisko, czyli dzieje rozkładu pana H. na postawie własnego dramatu oraz Miasto Ł. według powieści Tomasza Piątka. A w zeszłym roku zaprezentowała monodram Curko Moja Ogłoś To, do którego muzykę, podobnie jak do dwóch poprzednich spektakli, skomponował Albert Pyśk, inny absolwent PWSFTViT i członek zespołu aktorskiego, w którym gra Magda.

Nie wiem, jak ten spektakl wygląda w półfabrycznej przestrzeni przy alei Piłsudskiego w Łodzi, ale Scena na Strychu w Teatrze Modrzejewskiej w Legnicy, na której go obejrzałem, z pewnością dodaje mu swoistego uroku. Właściwie to nie jest nawet scena. W każdym razie więcej w niej ze strychu niż ze sceny. Dlatego ma swój szczególny klimat przestrzeni nie do końca oswojonej, wymagającej, stawiającej własne warunki, grawitującej wokół znajdującej się pośrodku białej ściany, która przypomina ogromny wiejski piec i służy za naturalny parawan oddzielający zascenie od (nie)sceny. Widzowie zaś, gromadząc się dookoła tego „pieca”, zamykają niewielkie pole gry.
Magda wychodzi do nas w pięknej czarnej wieczorowej sukni, w pełnym makijażu i z włosami splecionymi w kok. Stoi przy mikrofonie z lampką wina. Rozgrzewa się. Wydaje kilka nieartykułowanych dźwięków. Płucze gardło i wypluwa napój na podłogę. Słyszymy jakiś wielogłos. Urywki poszczególnych zdań. Fragmenty rozmów, których mozaika układa się powoli w mglisty obraz świeckiego rautu, przyjęcia czy, zważywszy na kontekst, otwarcia wystawy, na którym gada się o markach elitarnych alkoholowych napojów, zagranicznych podróżach i co rusz przechodzi się na pseudo-francuski.

Taki krótki performans wywyższania się i dystynkcji społecznej. Z tej polifonii zadufania wyłania się wreszcie głos pojedynczy. Niejaka Pani Profesor występuje z prelekcją. W ręce trzyma pulpit do nut, który trzęsie się niemiłosiernie. Jej głos drży równie mocno, jakby była nieprzygotowanym uczniem nagle wezwanym do tablicy. Jąka się. Wypełnia przestrzeń długimi „a-a-a” i „y-y-y”. A jednak i z takiej urywanej relacji dowiadujemy się podstawowych „szczegółów biograficznych” z życia Marii Wnęk. Mniej więcej to, o czym zdążyłem już wspomnieć. Dodaje się chyba tylko słowa o szpitalach psychiatrycznych, w który leczyła się bohaterka wieczoru.

Druga wypowiedź jest już bliska kanonom reportażu. Słyszymy głos kolekcjonerki prac Marii, która znała ją osobiście i teraz chętnie dzieli się wspomnieniami jako wyjątkowym materiałem dziennikarskim: „Ona miała ponad sześćdziesiąt lat i nadal czesała włosy w dwa warkoczyki, w płaszczu nosiła całą korespondencję, przez co wydawało się, że ma bardzo duży biust, a nie miała. Znajomi jej kiedyś zaproponowali mieszkanie, żeby przestała się tułać po dworcach, ale ona powiedziała, że za małe. To był tylko pokój z kuchnią, a ona chciała czteropokojowe mieszkanie przy kościele, z osobnym pomieszczeniem na pracownię, następnym na sypialnię, kolejnym na salon i ostatnim na poczekalnię dla gości, którzy przyjdą oglądać jej obrazy”. Ta sama historia w ustach Marii będzie brzmieć i wyglądać doprawdy arcykomicznie, ponieważ Drab, obskubując bułkę, zacznie mierzyć wyimaginowane metry kwadratowe długimi krokami, znikając i pojawiając się zza „pieca-parawanu”.

Wreszcie nadchodzi czas, żeby oddać głos samej Marii. Aktorka zapowiada to wprost słowami: „Teraz przemówi Maria Wnęk”. Przewiązuje się w pasie sznurkiem. Wkłada stare zielone palto. Natomiast buty w kolorach złotym i srebrnym, jak się okazuje, ma już na sobie. Są ogromne. Sama je sobie tak ufarbowała. Tym przeobrażeniem Drab zaprasza nas w świat wyobrażeń malarki, dla której wszystko to, co przywykliśmy nazywać fantazją artysty, wcale fantazją nie jest. Jest rzeczywistością wyższego rzędu. Znacznie bardziej rzeczywistą rzeczywistością. Tylko że przez nią jedną postrzeganą i możliwą do zakomunikowania innym, chociaż w okrojonym bardzo zakresie, jedynie za pomocą sztuki

Zaprezentować obrazy malarki w spektaklu można by było na wiele różnych sposobów. Rozwiązaniem byłaby też rezygnacja z ich pokazywania. Ale Drab znalazła własne, pośrednie poniekąd rozwiązanie. Jednym z nielicznych elementów bardzo minimalistycznej scenografii uczyniła obramowane płótno. Biały prostokąt, a tak naprawdę ekran, na który będą padać cienie krążących na winylowych płytach ludzików, wyciętych z kolorowego papieru i plastiku. Są to bohaterowie obrazów Marii Wnęk. Aniołowie i demony. Każdy z krążków to osobny, zapętlony i skazany na wieczne powtórzenie mikrokosmos. Każdemu też towarzyszy inny nastrój. Drab, omawiając, a raczej przeżywając je po kolei, urządza istny karnawał konwencji i gatunków. Pierwszy tekst o Panu Jezusie czyta, jakby występowała na manifestacji pierwszomajowej, cały czas nerwowo potrząsając białą chorągiewką. Kary, które grożą grzesznikom, wylicza z protokolarnym pośpiechem, jakby sprawa została już rozstrzygnięta i żadnych odwołań nie było. Kolejny krążek-obraz i aktorka z łatwością, w ciągu kilku sekund, wchodzi w nowy gatunek. Przestrzeń zalewa czerwone światło i już zaczyna się seans filmu grozy, który po niedługim czasie ustąpi DJ-owskiemu rzucaniu haseł do roztańczonej publiczności.

O szczególnej roli fonosfery w spektaklu świadczy zarówno podtytuł (rytmizowany biuletyn z wystawy Marii Wnęk), jak i znajdujący się w notce programowej apel:

„Prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, nie można tego spektaklu nagrywać, nie można mu robić zdjęć, można za to zamknąć oczy, można się odwrócić, można obejrzeć spektakl z różnych stron, ale proszę spektaklu nie dotykać. Ten spektakl to eksponat do słuchania. Nie dotykać!”.

Ten komunikat zostanie powtórzony przed rozpoczęciem przedstawienia. A mimo to, z całym szacunkiem dla pracy Alberta Pyśka, który za pomocą dźwięków ożywił prace Nikiforki, radziłbym oglądać, a nie tylko słuchać.

Oglądając zaś, zobaczymy bohaterkę, która bywa śmieszna, groźna, wzruszająca, naiwna i przenikliwa. Bywa bardzo różna. Od opowieści o Duchu Świętym, którego niemal co dnia spotyka w ogródku, z łatwością przechodzi do relacjonowania kłótni z sąsiadami. Jak już pisałem, to zupełnie inny sposób obcowania ze światem. To wyjątkowy stan, kiedy to, co uznajemy zazwyczaj za alegorie i metafory, ma wyraźne kształty, kolory, ubrania, twarze, dłonie, głosy. „Malarka naiwna” przypomina dziecko, które wszystko potrafi zinterpretować, i każdy cud z łatwością wplata w tkankę własnego świata. Sporo jest w tym też z poetyki snu, gdzie oczywiste swobodnie miesza się z nieprawdopodobnym. „Nie maluję ukrzyżowanego ani krzyżów, bo ja mam krzyżów, tak mam krzyżów, że się od płaczu wstrzymać nie mogę” – napisze o sobie, żeby w innym miejscu przyznać: „Wszyscy kaszleli, a Ja nie kaszlała! Maria Wnęk! Wszystko chorowało, a Ja całe czasy była zdrowa”. Bezczelnie? Być może.


Teatr Zamiast, Łódź
Curko moja, ogłoś to – rytmizowany biuletyn z wystawy Marii Wnęk
scenariusz i reżyseria: Magda Drab
muzyka i konsultacja reżyserska: Albert Pyśk
inspicjent/sufler: Mariusz Sikorski
premiera: 2/3.09.2017

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *