Miejskie bajeczki

Kolektyw Mololo, Czerwony Kapturek w gotik stajlu, reż. Magdalena Płaneta

Z daleka gdański falowiec przypomina budowlę z dziecięcych klocków. Pastelowe prostokąciki upstrzone plamkami anten, doniczek z pelargoniami, rozwieszonego na sznurkach prania. Budynek wijący się przy Obrońców Wybrzeża ma 860 metrów długości i mieści w sobie małe miasteczko. I tym też właściwie jest – miastem w mieście, przestrzenią przynależną miejskim bezkresom, ale jednocześnie uparcie niezależną i od zawsze odrębną. Ze swoim mikroklimatem, ze swoją dziwaczną samowystarczalnością, ze swoim własnym rytmem wyznaczanym przez stukot butów „na galeriach”, trzask zamykanych i otwieranych drzwi.


Falowiec, jeden z najdłuższych budynków w Europie, architektoniczne kuriozum z poprzedniej epoki, nieraz oczywiście zapraszany był na artystyczne „salony”, bo też nietrudno zauważyć w nim potencjał uruchamiania rozmaitych narracji. Ów potencjał dostrzegła ostatnio Monika Milewska (powieść Latawiec z betonu wydana w 2018 roku), u której falowiec stał się macierzą realistyczno-magicznych opowieści o mieszkańcach gdańskiego Przymorza. Narracyjne możliwości falowca zauważyła również Salcia Hałas, która dwa lata przed Milewską wydała Pieczeń dla Amfy. W uhonorowanej Nagrodą Literacką Gdynia 2017 powieści również jest realistyczno-magicznie, z tą jednak różnicą, że realizm Hałas przytłacza brutalną beznadzieją, a magia – pokraczna i jakby „z drugiej ręki” – tylko ten dół pogłębia. U Salci Hałas falowiec jest symbolem zamrożenia. Utknięcia w wybrakowanym, byle jakim żywocie, który mierzi, ale jednak nie na tyle, żeby próbować go radykalnie zmienić. „Falowiec i to, co wyrosło wokół, wystarcza nam do życia” – deklarują bezczelnie pogrążeni w egzystencjalnej stagnacji bohaterowie Pieczeni….


Ten obraz życiowego bezruchu, wzmocniony fizyczną wędrówką po wiecznie tych samych trasach, otwiera przedstawienie Kolektywu Mololo, którego scenariusz Salcia Hałas stworzyła na podstawie swojej debiutanckiej powieści. Czerwony Kapturek w gotik stajlu, zdefiniowany przez jego twórców jako „extravaganza uliczna”, miał swoją premierę 23 czerwca 2018 roku i grany był w otwartej przestrzeni (sopocki Plac Zdrojowy) oraz na scenie „tradycyjnej” (sopocki Teatr na Plaży). Tę mobilność przedstawienia ułatwia bez wątpienia scenografia – kilka drewnianych palet oraz plastikowe skrzynki, czerwone i żółte, na tle których zespół uruchamia sceniczną rzeczywistość. Głównymi bohaterkami Salcia Hałas uczyniła Marię (Joanna Żuraw) i Elwirkę (Agata Mieniuk), mieszkanki miasta w mieście, które trudy codziennej egzystencji omawiają na tyłach „Żabki” i w oparach jeszcze nie zakazanych przez Unię „mentoli”. Maria jest kwiaciarką w zakładzie pogrzebowym i wdową, która w spadku po „byłym”, wielbicielu metamfetaminy, otrzymała długi i dziecko. „No nie brzmi to za dobrze. Ten śmierci w obecności Marii nadmiar”, bohaterka sama jednak tłumaczy swój wątpliwej jakości los trudnym dzieciństwem tłumnie zaludnionym przez niewłaściwe wzorce, które uczuciowy radar Marii ustawiły na odbiór wyłącznie i bez wyjątku niegodziwych partnerów. Ale dzięki tej skłonności do kiepskich wyborów miłosnych Maria ma Elwirkę, kobiety poznały się bowiem na terapii „dla kobiet, które wiążą się z niewłaściwymi mężczyznami”. Terapia skutków nie odniosła, ale jej pobocznym rezultatem stała się przyjaźń.


Świat Czerwonego Kapturka… ustanawia się początkowo poprzez dźwięk i ruch. Kulwas i Czerwiński uruchamiają przywołujące na myśl alarm elektroniczne dźwięki, na sygnał których wkraczają na scenę bohaterowie. Początkowo wydają się być względem siebie osobni. Rysują topografię swojego świata swoiście zautomatyzowanym gestem, szybkim, powtarzalnym i układającym ciała w zgeometryzowane kształty. Po chwili osobność zaczyna transformować w stronę wspólnotowości – postaci łączą się w duety, które jednak, choć odbijające od siebie synchronicznie te same gesty, emanują jeszcze przypadkowością i incydentalnością. Ale gdy dźwięki przechodzą z ostrych w bardziej miękkie, pulsujące, cała piątka ustawia się dwóch równych szeregach, nie pozostawiając już wątpliwości, że mamy do czynienia z zespoloną wewnętrznie społecznością, chociaż charakter owej więzi wciąż pozostaje niejasny. Ramiona bohaterów splatają się, dłonie chwytają powietrze i odpychają jej gwałtownie, nogi gną się w tym samym rytmie.


„Czarownice mają oczy z cienkiego szkła” – oznajmiają usadowione na szczycie konstrukcji z palet i plastikowych skrzynek Maria i Elwirka. Ubrane w dresy i sportowe buty Żuraw i Mieniuk melorecytują naprzemiennie do mikrofonów, a ruch tancerzy staje się coraz bardziej gwałtowny. Kiedy dwugłosowa narracja milknie na moment – czworo spośród piątki postaci upada gwałtownie na scenę. Maria i Elwirka podnoszą się ze swojego „tronu” i kołysząc ciałami zaczynają rapować o swoim świecie, a dźwięk ich opowieści nadaje imię tej spośród bezimiennego tłumu, która jako jedyna nie zamarła w bezruchu na ziemi.


Dziewczynka Zombi (Kamila Maik), bo o niej mowa, powoli zbliża się do leżących bezwładnie ciał, zbliża dłoń do ziemi. Po chwili zaciśniętą pięść zbliża do swojego oka, spogląda w nią niczym dziecko zaglądające w zabawkowy kalejdoskop. Maria i Elwirka wyjaśniają tymczasem fundamenty swojej narracji. Bajka ma pomóc „wygrać w życie”, więc Maria i Elwirka snują miejską bajeczkę o życiu w falowcu.


Dziewczynka Zombi powoli zbliża się do bohaterek i swoje emanujące bezbronnością, skulone ciało tuli do Marii. Pogmatwaną biografię Marii rapuje tymczasem bujająca się na paletach Elwirka. Z tej miejskiej bajeczki dowiadujemy się o długach, pracy w zakładzie pogrzebowym, dziecku snującym się za Marią „niczym upiór”. Elwirka śpiewa o białej bulterierce Amfie, wreszcie – o Czarku, kolejnym partnerze Marii, który wyjechał do islandzkiej stoczni „przemyśleć sobie”. Skulona Dziewczynka Zombi po chwili czułości ze strony Marii wraca do kręgu utworzonego przez nieruchome, powalone na ziemię ciała. Zalękniona bada przestrzeń, co rusz, niczym małe dziecko, bawiąc się swoimi stopami. Na hasło „Czarek” zastygłe ciała zaczynają drgać, a przestraszona Dziewczynka ucieka ponownie w objęcia Marii. Ale po chwili wraca na uprzednie miejsce, bo w tym świecie wszyscy (mimo wszystko), wracają uparcie do tego co znane, choć nieznośne. Czwórka postaci wciąga Dziewczynkę w ruchowy wir, który początkowo nosi znamiona próby nawiązania porozumienia, utworzenia płaszczyzny komunikacyjnej. Szybka, pełna akcentujących fizyczną moc ciała choreografia sytuuję Dziewczynkę w centrum. Dość szybko jednak to, co wydawało się gestem porozumienia, zaczyna emanować agresją. Wspólny ruch czwórki postaci chwyta Dziewczynkę w opresyjne kleszcze, gesty stają się prześmiewcze, wręcz szydercze. Dziewczynka, przerzucana niczym szmaciana lalka, ucieka ponownie w objęcia Marii.


W powieści Salci Hałas Dziewczynka Zombi jest bodaj najbardziej enigmatyczną, dwuznaczną postacią. Podobnie jest w spektaklu Mololo. Słowną narrację wiodą tu Maria i Elwira, rytm tej ruchowej wyznacza czwórka nienazwanych przez większą część przedstawienia postaci. Ale w centrum całej opowieści zdaje się być od początku do końca właśnie Dziewczynka. Bajeczki narratorek nadają jej osobie różne proweniencje. Dziewczynka bywa niechcianym (?) dzieckiem Marii, tym, które podąża za nią niczym upiór. Ale najbardziej trafnym rozpoznaniem tej figury wydaje się chyba określenie jej mianem swoistego alter ego Marii. Ale też i alter ego Elwirki i wszystkich innych postaci zaludniających ten świat. Dziewczynka Zombi, dziwnie wybrakowana, egzystująca w rozkroku między różnymi światami, oddaje bardzo mocno i czytelnie kształt rzeczywistości, o której opowiada spektakl Mololo. Rzeczywistości, w której każdy zdaje się wieść jedynie połowiczny żywot, jedynie pobieżne życie, skupione na nieciekawym teraz, życie niespoglądające ani w przeszłość, ani w przyszłość. Dziewczynka, jak dowiadujemy się z narracji Marii i Elwirki, snuje się bez wyraźnego celu po falowcowymi zaułkach, dłubie w szczelinach między chodnikowymi kaflami. Czasem zje cukierka. Postać wydaje się przerysowanym w pewnej mierze, lecz adekwatnym wcieleniem kwintesencji świata w/przy falowcu. Świata, w którym decyzje podejmuje się z przypadku, sytuacjom poddaje się z urzędu, stan wszystkiego przyjmuje się z bólem, ale bez refleksji prowokującej do egzystencjalnych zmian.


Konstrukcyjnie spektakl Mololo przez cały czas (krótki, bo około półgodzinny) swojego trwania nie wychodzi poza nakreśloną w pierwszych scenach formę. Maria i Elwirka snują bajeczkę za bajeczką, na pierwszym planie wirują w ciągłym ruchu mieszkańcy falowca. Z czasem bezimienny tłum zyskuje imiona, status i biografię. Wyłania się z niego Czarek (Rafał Alchimowicz), narratorki objaśniają jego miejsce w biografii Marii. Mężczyznę, podobnie, jak każdego w tym świecie znamionuje rodzaj życiowego zamrożenia, bardzo dobrze podkreślony w przypadku tej postaci choreografią. Grany przez Alchimowicza Czarek, w chwili, gdy zostaje określony i nazwany, z trudem porusza się o własnych siłach. Tłum go prowadzi, popycha jego ciało do ruchu, wiedzie go przez scenę.


Historia relacji Marii i Czarka stanowi większą część spektaklu Mololo, w nią wpisany jest emocjonalny ciężar przedstawienia. Skomplikowana love story stanowi obraz społecznego i relacyjnego niedostosowania, niedojrzałości, pogubienia w świecie. Choreografia tej partii przedstawienia bardzo dobrze oddaje uwikłanie bohaterów w rzeczywistość, którą nie do końca rozumieją, a na którą – w swoim przekonaniu – są nieodwołalnie skazani. Rapująca fraza miesza język potoczny, często wulgarny, z poetyckimi obrazami tej egzystencji. Pulsująca muzyka świetnie komentuje identyczność „przygód” bohaterów tej bajeczki, ich dreptanie w miejscu, automatyczność zdarzeń, emocji, decyzji.


Maria opowiada o sobie, ale – zgodnie z nakazami nauk z zajęć terapeutycznych – dystansuje się wobec własnej biografii. Swoje losy nakazuje odgrywać Dziewczynce Zombi, która, niczym soczewka, skupia tu i oddaje wszystkie stany istnienia. Kiedy najważniejsza bajeczka falowcowych opowieści się kończy– Maria zmienia nieoczekiwanie swój status. Wrażenie pozytywnej przemiany niknie jednak wraz z oznajmieniem przez Marię swojego egzystencjalnego wyboru. Bohaterka staje się Alicją, postacią z kolejnej bajeczki, ponownie, jak wszystkie inne, ciemnej i niejasnej, a zarazem przejmująco przewidywalnej.


Krótki spektakl Kolektywu Mololo bardzo udanie łączy kilka dwie narracyjne płaszczyzny – słowo i ruch. Choreografia, choć złożona w dużej mierze z powtarzalnych sekwencji, dobrze oddaje charakter nakreślonego tu świata. Właśnie – nakreślonego. Bo scenariusz Hałas celowo ślizga się po powierzchni rzeczywistości, którą podejmuje w swoich ramach. Bajeczki Marii i Elwirki to rodzaj strzępów, wyimków, czasem nawet anegdot. Bardzo mocno jednak, w całej swej fabularnej pobieżności, dotykających sedna poruszanych w spektaklu problemów społecznych. Przedstawienie Mololo, jak literacki oryginał, na podstawie którego stworzony został scenariusz Czerwonego Kapturka…, spójnie łączy brutalny realizm z przerysowaną, przepuszczoną przez kalki taniej popkultury baśniowością, nie popadając dzięki temu w banalny dokumentalizm. Siłą tego przedstawienia jest jego formalny i narracyjny „luz”, dystans, jaki twórcy zastosowali tu wobec wszystkich właściwie składników swojego dzieła.


Kolektyw Mololo
Czerwony Kapturek w gotik stajlu
reżyseria: Magdalena Płaneta
scenariusz: Salcia Hałas (na motywach własnej powieści Pieczeń dla Amfy)
choreografia: Kurusz Wojeński
muzyka na żywo: Jan Elf Czerwiński – beatbox, loopy, Marcin Kulwas – syntezator
obsada: Joanna Żóraw, Agata Mieniuk, Rafał Alchimowicz, Kamila Maik, Aleksandra Foltman, Kalina Porazińska/ Magdalena Laudańska, Adrian Kulesza
premiera: 23.06.2018