Arcyludzki jubileusz

Dziesięć lat – dużo to czy mało? Jak wiadomo, zależy od tego, o czym mówimy. Natura zjawiska determinuje skalę, za pomocą której próbujemy je ocenić. Jedna dla przemian geologicznych, druga dla procesów historycznych, trzecia… dla żywota fundacji. W tym wypadku, jestem przekonany, pełna dekada to pod każdym względem data piękna i okrągła. Nie epoka (bez przesady!), lecz pewien etap czy odcinek. Szczególnie jak na dość surowe pod tym „fundacyjnym” względem, niemalże darwinowskie warunki polskie. Szczególnie gdy mówimy o kulturze. Tym sposobem weekend na początku lata, dokładnie między 14 a 16 czerwca, stał się wydarzeniem podwójnym. Podwójnym świętem, żeby użyć słowa, którym należy posługiwać się oględnie, lecz bez zbędnych obaw.


W dawnym budynku piekarni garnizonowej przy ul. Księcia Witolda, a od niedawna jeszcze jednej przestrzeni Instytutu im. Jerzego Grotowskiego, miała miejsce uroczysta gala wręczenia nagród Konkursu na Najlepszy Spektakl Teatru Niezależnego „The Best Off”. Nowe miejsce na mapie teatralnej Wrocławia wygląda świetnie. Swobodnie łączy surowe postindustrialne klimaty ze współczesnym wyestetyzowanym minimalizmem. Przestrzenna sala, w której już zdążył wystąpić zespół Petera Brooka, z łatwością zmieściła zaproszonych gości.


Wyjątkową atmosferę galowego wieczoru wykreował czy w tym wypadku należałoby raczej powiedzieć wyczarował spektakl Podróże przez sny. I powroty w reżyserii Lecha Raczaka z nim samym na scenie w roli narratora (pomagał mu Tadeusz Ratuszniak z Wrocławskiego Teatru Współczesnego). Wraz z Triem Targanescu (Arnold Dąbrowski, Katarzyna Klebba i Paweł Paluch) w oryginalny sposób skrzyżował formę koncertu z kolażem ułożonym ze wspomnień o własnych podróżach w królestwie Morfeusza. Wyszło lekko, chwilami bardzo zabawnie, w innych fragmentach przejmująco intymnie, wszędzie bardzo poetycko. Wspaniałą muzykę i oniryczne pejzaże przyprawiono rozważaniami o życiu, przemijaniu i sztuce.


Na głównego mówcę pięcioosobowe jury Konkursu wybrało Dariusza Kosińskiego. Najprawdopodobniej dlatego, że profesor, co nie stanowi żadnej tajemnicy, ma prawdziwy dar syntetycznego ujmowania spraw, co udowodnił po raz kolejny. „Polski off żyje i pracuje bardzo intensywnie” – stanowczo stwierdził na sam koniec, podsumowując zarówno liczbę zgłoszonych spektakli (mimo że druga edycja obejmowała przedstawienia mające swoją premierę między listopadem 2017 i grudniem 2018, było to ponad 140 tytułów), jak i napawający optymizmem poziom artystyczny kandydatów. Żadnej więc taryfy ulgowej i żadnego pobłażliwego tonu. Prawdziwe starcie mnóstwa silnych, wyrazistych i ważnych propozycji.


Główna nagroda trafiła do Dominiki Feiglewicz i zespołu spektaklu Wojna w niebie, który dzięki zwycięstwu dostał szansę, by, mówiąc najprościej, pojeździć po Polsce. Pokazów możemy oczekiwać w Lublinie, Legnicy, Wrocławiu, Katowicach, Krakowie, Gdańsku oraz Szczecinie. Bardzo mnie ta decyzja cieszy. Po pierwsze uważam, że przedstawienie jak najlepiej spełnia opisaną w regulaminie główną ideę całego przedsięwzięcia: „W sposób szczególny Konkurs jest skierowany do grup i artystów prowadzących poszukiwania artystyczne o charakterze eksperymentalnym i innowacyjnym, a także wpisujących swoją działalność w kontekst społeczny, w którym funkcjonują”. Dokładnie tak postrzegam dzieło Feiglewicz. Po drugie skromny, lecz przemyślany w każdym detalu i wzruszający spektakl z osobami niesłyszącymi, niedosłyszącymi i słyszącymi jest dobitnym przykładem innej, wielce zastanawiającej tezy Kosińskiego. W poprzedniej edycji, jeżeli pamiętacie, cechą charakterystyczną, o ile o czymś takim w ogóle dało się mówić, stał się mocny i zdecydowany głos kobiet. Tym razem uwagę członków jury zwróciła na siebie wyraźna tendencja do przełamywania granic między teatrem, tańcem i operą. Granic – wystarczy otworzyć jakikolwiek podręcznik historii teatru – będących dość sztuczną kreacją myśli i praktyki performatywnej Zachodu.


Działo się tak w nagrodzonym Bromansie, w którym poznańscy tancerze Dominik Więcek i Michał Przybyła użyli strategii i narzędzi znanych z dyskursu feministycznego do ukazania przemilczanych dotychczas aspektów relacji męsko-męskich. W tych „zapasach z męskością” (określenie samych twórców) fragmenty choreograficzne zaczynały się akurat tam, gdzie słowo jakby zanikało, stawało się czymś zbyt uciążliwym i fałszywym. Mieszało języki sceniczne, sięgając po obrzędy i zabawy jarmarczne, także Warszawskie Towarzystwo Sceniczne i Teatr Chorea w spektaklu Tragedia Jana na motywach Tragedii albo Wizerunku śmierci przeświętego Jana Chrzciciela, przesłańca Bożego Jakuba Gawatowica. Trzeci z laureatów równorzędnej nagrody – stowarzyszenie Sztuka Nowa – w spektaklu Pompa funebris zaserwował widzom „swoiste danse macabre, zamknięte w ciągle wirującym kręgu przyczyn i skutków, brudu, oczyszczenia, winy i wybaczenia”, czyli dość radykalną wypowiedź z pogranicza teatru fizycznego, performansu i tańca.

Uroczysta gala, jak już wspomniałem, połączona została z obchodami dziesięciolecia organizatora Konkursu – Fundacji „Teatr Nie-Taki”, która dla uczczenia tej daty faktycznie zorganizowała coś na kształt minifestiwalu. Oprócz wspomnianych Podróży przez sny. I powrotów pokazano jeszcze dwa świetne i ze wszech miar godne uwagi spektakle: Zegar bije Rodzinnej Orkiestry i Teatru Noiseband w reżyserii Dariusza Skibińskiego oraz Transmigrazione di fermenti d’amore Teatru Dada von Bzdülöw, pomyślaną i zrealizowaną przez Leszka Bzdyla i Katarzynę Chmielewską. Ponadto zorganizowano bezpłatne warsztaty teatralne z Anną Zubrzycki, Katarzyną Chmielewską i Danielem Jacewiczem.


Ukoronowaniem programu mniej formalnego stał się jubileuszowy koncert Teatru Brama i przyjaciół założonej w 2009 roku Fundacji. Tych ostatnich zebrało się naprawdę sporo. Szkoda jedynie, że mogło to być poniekąd spotkanie pożegnalne. Fundacja zastanawia się nad opuszczeniem Wrocławia, miasta, z którym związana była przez wszystkie te lata, i szuka miejsca, gdzie, jak zdradza w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” niezmienna jej prezeska Katarzyna Knychalska: „powstać by mogło coś na kształt Instytutu Teatralnego do spraw offu”. Cóż mogę powiedzieć – jako mieszkaniec stolicy Dolnego Śląska żałuję, że Wrocław nie skorzystał z oferty. Z drugiej strony, jako badacz i recenzent, jestem zachwycony pomysłem. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że teraz (kiedy, jeżeli nie teraz!) przyszedł czas na off. Na nową falę, odsłonę czy jak to zechcecie nazwać. Mimo że podupadają kolejne festiwale (Rybnik, Pszczyna, takli nadal pozostaje problemem palącym, „budujemy rynek, którego nie było”.


Budujemy też wspólnotę, której nie było. Przeglądając poprzednie numery „Nietakt!tu”, znalazłem następującą wypowiedź Ewy Wójciak z Teatru Ósmego Dnia: „Budowanie wspólnotowości jest fundamentalne. Również jako ludzkie doświadczenie, a tego nie można lekceważyć. To nas karmi: poczucie zaufania, posiadanie przyjaciół. Poczucie działania we wspólnej formacji jest cholernie ważne – bez tego będziemy singlami, którym udaje się raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze bez ojczyzny”. Cytat, co ważne, pochodzi z panelu pod znamiennym tytułem (Bez)sens sieciowania, czyli czy naprawdę jesteśmy sobie potrzebni?.


Dla mnie odpowiedź na powyższe pytanie jest równie oczywista, jak i dla Wójciak. Najbardziej lubię off akurat za to, że tak często przypomina mi, jakkolwiek pretensjonalnie i górnolotnie to nie zabrzmi, że teatr jest najbardziej ludzką ze sztuk. Bo nie tyle chodzi tu o podejmowaną tematykę czy sposoby organizacji i finansowania, co o inny poziom szczerości, otwartości i zaangażowania. Czymś innym są w offie poszukiwania, nieporadność czy błąd. Czymś innym spotkanie twórców i publiczności. Inna jest więź między członkami zespołu (jak się nie zgodzić z Puzyną piszącym o ludziach, którzy najpierw zbierali się w grupę, żeby robić teatr, a potem robili teatr, żeby być razem). Inny etos i patos pracy. Tu, czego przykładem są dwie edycji ZWROT-u (jeszcze jedno „dziecko” fundacji), wypowiedzieć swoje racje i wyartykułować ból mogą zarówno więźniowie, z którymi pracuje Fundacja Jubilo, jak i niepełnosprawni z Teatru Ostoja.


Off jest ludzki, arcyludzki. Dlatego nigdy nie będzie dokładnej i wyczerpującej jego definicji. Dlatego właśnie – i nie ma tu tak naprawdę żadnego paradoksu – powinniśmy nieustannie zadawać pytanie o jego istotę. Nie dla sklecenia wygodnej i błyskotliwej formułki, tylko dla swoistego, nazwijmy to, rachunku sumienia. Bo teatr, który kiedyś nazywany był „alternatywnym”, wciąż nim pozostaje. Warto więc raz za razem zastanawiać się, nawet nie tyle wobec czego ma stanowić alternatywę, tylko jaką. Bo przecież wiadomo, że Nie-Taką.