Przeczuwać bunt


Na poszukiwania buntu w środowisku offowych twórców wyruszyłam pełna zapału. Celem mojej podróży był Kamieniec Ząbkowicki, gdzie odbywał się festiwal „Mezalians”, organizowany przez uczestników Akademii Teatru Alternatywnego. ATA jest miejscem spotkań mistrzów działającym poza teatralnym mainstreamem i instytucją oraz młodych twórców i animatorów szukających swojego miejsca w społeczno-artystycznej rzeczywistości.
W trakcie pobytu oglądałam ich spektakle, przyglądałam się sposobom organizacji wydarzenia, ale przede wszystkim rozmawiałam z artystami. W ten sposób chciałabym ich także przedstawić w tym tekście – jako poszukujących lub już świadomych siebie artystów, choć pewnie nikt z nich by siebie tak – przez skromność – nie nazwał. Oddam więc głos liderom Akademii Teatru Alternatywnego oraz ich przyjaciołom odpowiedzialnym za ferment w Kamieńcu. Bo w końcu bunt należy do świata tych, którzy wciąż poszukują.


DAMIAN BOROWIEC

Kompozytor i muzyk współpracujący
z teatrami offowymi

Szukam źródeł obecnego sprzeciwu młodych. Wydaje mi się, że bunt dotyczy jakiegoś społecznego porządku.


Dzisiejszej społecznej struktury nie nazwałbym porządkiem. To chaotyczny, niezharmonizowany świat, w którym część uczestników gry czerpie korzyści z dysharmonii i trwania problemów. Jest to iluzja porządku, w kraju szybko rozwijającym się – coraz bardziej kolorowa, słodka. Ale to gruby, nadmuchany lizak na cieniutkim patyku. Niedaleko toczą się konflikty zbrojne. Wiemy, co się tam dzieje. Nie dotyczy to nas? Ktoś najczęściej rozgrywa konflikty, przelewając nie własną krew i wprowadzając nowy tzw. porządek. Ile z obecnego ładu jest efektem takich wielowiekowych gier? Nasze wrażenie porządku buduje wszechobecna obrazkowa informacja: obrazek postępu pod postacią nowszego i bardziej dostępnego produktu. Ale jeśli mierzyć postęp nie tempem wchodzenia na rynek i dostępnością nowych modeli aut, telefonów czy rakiet, ale jakością relacji międzyludzkich i stopniem rozwiązania globalnych konfliktów, oczywiste jest, że go nie dokonujemy. On się realizuje w jednostkach poprzez wzrost świadomości i w niewielkich jeszcze społecznościach i środowiskach. Tych, które na bazie wzajemnego szacunku i zrozumienia współpracują, biorą swój los we własne ręce. Potem otworzą się na inne grupy i zmiany. Tu jestem optymistą. Zaś nie mam zaufania do kolosalnych projektów o pięknych hasłach. Myślę, że potrzeba dużo oddolnej determinacji, także błądzenia po dziewiczym gruncie, upadania, wybaczania sobie i wstawania. Takie tematy w teatrze czy w muzyce oczywiście mogą odstręczać patosem. I po to mamy cały wachlarz stylistyk, motywów i emocji, by też pośmiać się i płakać, i wstrzymać oddech. Ale gdy już uda się zwabić uwagę widza, nie boję się poruszyć tematów wysokich, ważkich, wywracających mu świat na lewą stronę, demaskowania zniewolenia, prób odchylania kurtyny ludzkiego poznania czy przecinania węzłów gordyjskich na scenie. Ironiczny chichot, lekarstwo na lęk i bezradność, jest zawsze do chwilowego użycia, ale stąd już można mierzyć tylko wzwyż.


DAMIAN DROSZCZ

Teatr „Jestem” z Torunia

Pracujesz z osobami wykluczonymi. To teatr daje ci narzędzia do tego, by przywrócić im widoczność, zacząć z nimi rozmawiać. A co budzi twój sprzeciw?


Sprzeciwiam się obecnemu porządkowi świata. A moimi problemem jest to, że często mówię o tym zbyt głośno. Dlatego nie wszyscy się ze mną zgadzają i nie chcą się bratać. Cieszę się, że w swoim zespole mam osoby równie odważne i równie niebezpieczne co ja. Są weganie-faszyści wobec osób, które jedzą mięso. Mam osoby wierzące, niewierzące, seniorów, ludzi po uzależnieniach. Ta różnorodność w nas działa i bunt tworzy się w grupie.


Chcę uświadamiać ludziom, że osoba niepełnosprawna jest taka jak my, tylko że porusza się inaczej, wolniej, inaczej dochodzi do pewnych rzeczy. Przeraża mnie jedna rzecz – że próbujemy się litować nad tymi osobami. One nie oczekują litości, a zrozumienia. Mogą potrzebować pomocy – ale same po nią zawołają. To dla mnie jest ważne. Mój zespół nauczył mnie braku litości i za to im bardzo dziękuję. Mogę robić to, co kocham, czyli teatr, ale nie muszę uważać na to, co mówię i jak to mówię.


Do czego jeszcze dążysz?


Chcę ludziom otwierać oczy. Chcę, żeby osoby niepełnosprawne mogły być takimi samymi aktorami jak osoby pełnosprawne. Iza Grześko na przykład ma przepiękną mimikę twarzy. To, ile potrafi wyrazić emocji twarzą – jest dla mnie mistrzostwem. A może grać tylko twarzą, bo jest sparaliżowana od piersi w dół. Marzę czasami o tym, żeby stanęła do aktorskiego egzaminu eksternistycznego. Nie mówię, żeby zdała, ale by przystąpiła. To byłby wielki wysiłek.


O jakich tematach przedstawień myślisz?


Siedzi we mnie spektakl Niepełno(s)prawna miłość. Nie wiem, czy wiesz, ale związek dwóch osób niepełnosprawnych, zwłaszcza intelektualnie, jest w Polsce niemożliwy. Ja na coś takiego się nie godzę. Na przykład w Holandii znaleziono na to rozwiązanie. Jest tzw. opiekun małżeństwa, który sprawdza czy sobie radzą, czy wszystko jest w porządku. U nas to jest prawnie obostrzone.


PAWEŁ JAGUŚ

Teatr Bełchatowskich Uciekinierów,
Teatr Kingdom of Curvy Fork z Goleniowa

Jak sprawić, by teatralny głos miał siłę?


Wszystko jest kwestią tego, czy potrafisz rozmawiać z ludźmi, których spotykasz. Ci, którzy mogą coś dla ciebie zrobić, mają ku temu możliwości – są blisko. Gdy mijasz ich na korytarzu, możesz nie zdawać sobie sprawy, że mogą okazać się dla ciebie ważni. To się dzieje tutaj na bieżąco, tylko trzeba mieć odwagę, żeby wejść w to na sto procent. Jak ktoś chce robić teatr, to musi na sto procent, bo inaczej się nie da. Słyszalność zaczyna się, gdy to sto procent przekroczysz.


HUBERT KOŻUCHOWSKI

Teatr Porywacze Ciał z Poznania, Teatr Ba-Q, z Poznania
Interdyscyplinarna Grupa Teatralna Asocjacja 2006
z Poznania, Studio Teatralne Blum z Poznania

Jesteś już osobą dojrzałą, sztuka to twój sposób na życie, na zarabianie pieniędzy. Czy wiąże się ona jeszcze z buntem?


Mój bunt objawia się pracą organiczną. Nie robię rozpierdolu wokół siebie, a raczej próbuję organizować miejsce, w którym żyję. Kiedy przestrzeń jest zła – wpływa na zachowanie ludzi. Na przykład moja dzielnica ma złe rozwiązanie dotyczące organizacji ruchu samochodowego, rowerowego i pieszego. Nadal nie możemy doprosić się o płatną strefę parkowania, ale wciąż o to walczymy.


Mówisz jednak w tym wypadku o rozwiązaniach administracyjnych. A mnie chodzi o to, czy sztuka może sprowokować zmiany.


Dzięki ATA udaje mi się łączyć sztukę z pracą organizacyjną. Interesuje mnie angażowanie ludzi w akcje performatywne, dzięki którym lepiej identyfikowaliby się z przestrzenią, w której żyją. Dziać się to może dzięki robieniu fajnych rzeczy z grupą, która też tam żyje. Wtedy przestrzeń zaczyna kojarzyć się z czymś przyjemnym i dzięki temu ludzie lepiej się tam zachowują.


Na otwarcie mojego Festiwalu „Wilda W Ruchu” robimy instalację artystyczną, kolaż ze zdjęć zaniedbanej ulicy Roboczej w Poznaniu. Artystka, która to robi, chce opowiedzieć o swoich przeżyciach związanych z tym miejscem. Na ulicy widziała ludzkie zwłoki, wędrującego między samochodami lisa. Ludzie zazwyczaj przechodzą przez tę ulicę. A ja chcę, żeby się zatrzymali.


Wyobraź sobie taką sytuację: bawię się dzieciakami na skwerku. Kiedy później zobaczę, jak kogoś biją w tym samym miejscu – będę miał większą motywację, żeby zadzwonić na policję. Gdybym nie lubił tej przestrzeni, mógłbym zignorować to zajście, pomyśleć, że pewnie musiał nabroić, skoro go biją, lepiej nie będę się wtrącał, bo też mi coś zrobią.


Pracowałeś kiedyś w korporacji. Tam wszystko jest bardzo dokładnie zorganizowane. Zastanawiam się, jaki poziom organizacji życia zaczyna być krępujący, ograniczający wolność.


Czystość, poukładanie w moim przypadku to nie cel, ale środek do realizacji rzeczy. Krzątanie mnie nakręca, uwielbiam to robić. Kiedy coś jest rozwalone, to widzę tylko ogrom pracy do zrobienia. Myślę: „nie chce mi się, jutro to zrobię”.


Z korporacji odszedłem dlatego, że tylko w weekendy mogłem realizować artystyczne rzeczy. Praca za biurkiem, za kierownicą niszczyła mi zdrowie. Pomyślałem w którymś momencie, że za chwilę będę zbierał pieniądze na operację, bo nie mam czasu na to, by dbać o moje ciało, które ma mi służyć na scenie.


OLA KNAŚ

Teatr w Przebudowie z Wrocławia

Czy robienie teatru jest buntem?


Można to różnie nazywać. Wychodzę na ulicę i śpiewam, bo czuję, że jest to pewna forma wyrażania wolności.


Co cię ogranicza?


To jest straszne, bo właściwie ograniczamy siebie sami. Struktury organizacyjne, urzędnicze, które były domeną instytucji państwowych, wkroczyły do teatru, niestety. Nie wiem, czy mogę mówić złe rzeczy o ATA, ale nie widzę siebie w pisaniu wniosków i uczestniczeniu w systemie grantowym, gdzie proszę o pieniądze kogoś, z kim się nie zgadzam. Moje poczucie wolności zostaje zaburzone. Przez to, że urzędnicy każą wpisywać nam wszystko w ramki – zaczynamy tak działać. Ale to bardzo subiektywne i możliwe, że wynika z tego, że za bardzo nie znam tych struktur. Czasami w ogóle zastanawiam się, czy teatr to jest to, co chcę robić. Zakładam dla siebie duże pole wolności, dlatego wszędzie mi chyba będzie trochę ciasno. Ale nawet w tych ciasnych miejscach można wydrążyć przecież uliczkę.


MAGDALENA GRENDA

Teatr Granda UAM z Poznania

Zastanawiam się czy kobiety-artystki chcą i potrafią protestować poprzez swoją sztukę. Czy ich głos może mieć siłę? Czy konieczne jest w tym wypadku przedefiniowanie, a właściwie nazwanie, czym jest nowoczesny feminizm?


Oczywiście. Kobiecość to bardzo szeroki temat, obejmujący różne zagadnienia, kwestie, problemy. O kobiecości w teatrze można mówić z przymrużeniem oka, idąc w stronę autoironii (którą bardzo cenię w teatrze) lub potraktować temat bardzo serio. Dla mnie najcenniejsze są te spektakle, które polemizują z współczesnym dyskursem na temat kobiety, napędzanym przez kulturę masową, media. Nie lubię natomiast wypowiedzi, które zbyt trywialnie lub wprost podchodzą do tematu kobiecości, kobiety i jej różnych oblicz, skupiając się na problemie tzw. „złamanego paznokcia”. Do najcenniejszych spektakli stworzonych przez kobiety i o nich opowiadających – z obszaru teatru niezależnego – zaliczam spektakl Katarzyny Pawłowskiej i Agnieszki Kołodyńskiej Ra Re oraz monodram Ewy Kaczmarek Antywestern.


Oczywiście wielu widzów chodzi do nas regularnie. Wielu z nich rozpoznajemy. Niektórzy stają się naszymi przyjaciółmi. Zdarza się, że współpracujemy z nimi w różnych projektach. Jesteśmy jednak wciąż młodym punktem na kulturalnej mapie Trójmiasta, wciąż zdobywamy nowych widzów, szczególnie przy realizacji projektów wykraczających poza tradycyjną działalność repertuarową (grania weekendowe) – w placówkach oświatowych (poprzez Lekcje Teatralne), wśród turystów (poprzez Letni Festiwal Pociąg do Miasta), w oddalonych od centrum dzielnicach Gdyni (przy projekcie Teatr zajechał). Również przez działania performatywne w trolejbusach czy też udostępniając naszą przestrzeń na różnego rodzaju działania kulturalne, docieramy do widzów z różnych grup społecznych i ośrodków kultury.


Ciężko wydać uogólniający sąd. Bo choć w tych rozmowach o buncie pojawiały się pewne tendencje i tematy (brak dialogu międzyludzkiego, systemy biurokratyczne, ograniczenia prawne, obrazy medialne), to jedynym punktem wspólnym jest poczucie rozpadu rzeczywistości i wiara w to, że sztuka pomoże nam ten proces oswoić. Odpowiedź na pytanie, jak to zrobić, okazuje się bardzo trudna. Jeśli kiedyś bunt można było nazwać, tak teraz pozostaje on raczej przeczuciem, doświadczeniem, a nie artystyczną strategią.