Off to…?

Czterem twórcom teatru niezależnego zaczepnie przykleiliśmy jedną z łatek kojarzonych powszechnie z offem. Czy off to dla nich idea, misja, zabawa czy może eksperyment? A może nie da się jednoznacznie określić powodów, dla których zajmują się takim teatrem? W naszej ankiecie głos zabrali: Tomasz Rodowicz z Teatru Chorea, Dariusz Skibiński z Teatru A3, Grzegorz Laszuk z Komuny//Warszawa i Justyna Sobczyk z Teatru 21.

Off to idea

TOMASZ RODOWICZ

Aktor, muzyk, reżyser. W 1975 roku ukończył Wydział Historii Filozofii warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej. Przez wiele lat był aktorem w zespole Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice. Jest współzałożycielem i szefem Stowarzyszenia Teatralnego Chorea oraz dyrektorem artystycznym Fabryki Sztuki w Łodzi.

Przede wszystkim nie jestem pewien, na ile to, co robię ja czy moja grupa, mogę definitywnie określić jako off. Myślę, że tak, ale pytając o to, czym jest off, muszę sobie zadać szersze pytanie – o to, jak ja czytam i rozpoznaję ten nurt. Otóż ja myślę o ruchu teatru niezależnego jako o pewnej idei. Z tym się najbardziej utożsamiam. Na pierwszym spotkaniu Ogólnopolskiej Offensywy Teatralnej pytałem, czy my mamy dalej związek z tymi, którzy zaczynali tzw. off, czyli Akademią Ruchu, Teatrem Ósmego Dnia, Teatrem 44, Teatrem STU? Czy ta tradycja nas dotyczy i czy jesteśmy w stanie się z nią utożsamić? Co nas łączy, a co dzieli? Nie historycznie. Dla mnie ważne jest to, czy coś z ich działań przeszło do naszego myślenia o teatrze i w ogóle o życiu. Okazuje się, że jednak nie ma takiej ciągłości. Zupełnie inaczej pojmuje się dziś niezależność. A moim zdaniem, szukając dziś teatru offowego, trzeba szukać takiego teatru, który cechuje właśnie niezależność myślenia, niezależność idei. To oznacza również niezależność od głównych trendów w teatrze – np. od maniery negacji, maniery, która polega na rozbijaniu wszelkich wartości w taki sposób, że ten wiodący teatr aż dławi się swoim nihilizmem. A z drugiej strony też niezależność od skorup, w jakich tkwi czasami teatr instytucjonalny – gdzie jednak obowiązują granice wychylania się, gdzie trzeba docierać do pewnej publiczności, która jest bardzo określona i zdefiniowana.


Na Kongresie Kultury w Warszawie widziałem ostatnio ludzi, którzy decydują o kulturze – ubranych elegancko, chodzących na co dzień do Teatru 6. Piętro. Traktują to jako zwieńczenie swojego wieczoru – wyjście na komedię z udziałem znanych aktorów. I wtedy zrozumiałem, że są tacy ludzie. I dla nich po to właśnie jest teatr. Dla mnie zupełnie nie. Nie chciałbym raczej uprawiać teatru dla takiej publiczności. Wolę robić teatr dla ludzi, którym się coś nie zgadza, którzy przychodzą ze mną o czymś porozmawiać. To są dwie różne idee i chyba nie da się ich połączyć. Próby łączenia tych sfer – przekradania się aktorów teatrów instytucjonalnych do teatrów niezależnych i na odwrót, te różne mezalianse i romanse – czasem nawet zgrabnie wychodzą i to nie jest coś zdrożnego, ale na dłuższą metę to bardzo trudne. Chyba że pojawi się jakaś nowa formacja ludzi myślących niezależnie, których będzie łączył nie repertuar, ale idee właśnie. Ale pytanie, czy off łączą jakieś idee? Ze spotkań Ogólnopolskiej Offensywy Teatralnej, o których wspomniałem, wynikło na przykład, że wielu ludzi jedynie bawi się teatrem. Zmartwiło mnie, że niektórzy z obecnych zadeklarowali, że nie wiedzą, co ze sobą zrobić, więc robią teatr. Dobrze, jeśli jednocześnie przez to chcą się dowiedzieć czegoś o sobie, zapytać o siebie czy zwyczajnie się wyrwać z pseudokultury, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi wartościami. Czasami punkty wyjścia do robienia teatru są zdumiewająco różne. Ale te pytania, na które próbuje się poprzez sztukę odpowiedzieć, są zawsze najważniejsze.


Czy dana grupa przez jakiś określony czas, dłuższy czy krótszy, chce poszukać własnego języka i zakorzenić się w jakimś miejscu? Czy inni, którzy są wokół, będą się jakoś z tą grupą liczyć jako z pewną formacją artystyczną, która coś sobą reprezentuje? Jeśli taka grupa przetrwa, to nagle się okazuje, że ma ona coś do powiedzenia – coś ważnego. I wtedy ludziom zmieniają się życia. Nie dlatego, że zrobili jakąś poważną rewolucję, tylko że zaczynają podejmować samodzielne decyzje. Zaczynają dookreślać pewne wartości, którymi kierują się w życiu. Dążą do tego, żeby nie być narzędziem w czyichś rękach. Naprawdę łatwo odróżnić tych ludzi, którzy sami podejmują decyzje, od tych, którzy pozwalają, aby te decyzje były podejmowane za nich – przez rodzinę, miasto, przyjaciół, grupę nacisku itd. To nie znaczy, że jedni i drudzy są gorsi czy lepsi. Wszyscy muszą dokonywać w życiu kompromisów, a czasem też złych czy dramatycznych wyborów – ale są w tym świadomi. Teatr offowy ma dla mnie wartość o tyle, o ile będzie zawsze zadawaniem niewygodnych pytań sobie i innym. Nawet jeśli będą to proste czy naiwne pytania, to gdy przetransponuje się je na sztukę, na jakiś rodzaj znaku czy komunikatu, zyskują one wartość same w sobie i stanowią podstawowy sens nurtu offowego.


Nie możemy też zakładać, że teatr niezależny jest po to niezależny, żeby stać się w przyszłości zależnym – żeby się skomercjalizować czy zinstytucjonalizować, jak to się stało w przypadku Teatru Ósmego Dnia czy Teatru Provisorium. To jest pewna cena, jaką zapłacili jego twórcy. Jeszcze innym wydaje się, że żadnej ceny nie zapłacili i się z tego „zinstytucjonalizowania” wywinęli. Ale ta zależność jest: od miejsca, od dotacji, od całej masy czynników. Nie ma czegoś takiego jak pełna niezależność. Trzeba odróżniać off od bycia poza mainstreamem. Są przecież formalnie zorganizowane, usankcjonowane w jakiejś określonej formule, niezależne instytucje artystyczne czy twórcze. Tak też wyglądała droga naszego teatru. Myślę, że jest to możliwe, żeby zachować niezależność w myśleniu, przyjmując równocześnie zależność w funkcjonowaniu. Zachować niezależność programową czy ideową w wytyczaniu własnych celów.


Kolejna ważna dla mnie sprawa: mówiąc o idei oraz zastanawiając się, czym powinien zajmować się teatr, dochodzę do wniosku, że są takie teatry – rozpoznaję je dość łatwo i takie są mi bliskie – które na swój własny sposób, bardzo różnorodny, próbują określać swoje miejsce w rzeczywistości. Mogą odkryć lub odnaleźć drogę, która potrafi człowieka wzbogacić i rozwinąć, a nie go zmarginalizować czy zmanipulować. Oczywiście w latach 60. i 70. było dość jasne, w jaki sposób trzeba się przeciwstawić – i tu nie chodzi tylko o politykę, ale też o małą stabilizację, o fałszywe myślenie, kłamstwo itd. Wszystko było klarowne. Teraz już nie jest. Poprzez rozbicie postmodernistyczne wartością w sztuce jest sama ciekawość – w jaki sposób mam pozaplątywać te wszystkie małe cząsteczki znaków i obrazów, które do tej pory były nierozkładalne? Taka zabawa tworzy jednak mgłę wieloznaczności, która powoduje pewien kłopot. Są bowiem ludzie, którzy chcą wiedzieć, jak żyć. Sięgają do teatru ze sprzeciwu wobec tego, co ich spotyka. I teraz jeśli z robienia teatru bezpośrednio nie wynika pytanie o wartości, o to, czym jest to nasze życie, wtedy teatr robi się tylko przyjemną zabawą i spotkaniem – takim jak każde inne. To mnie nie interesuje. Wolę, jeśli miałoby to być chociażby nieudolnie zrobione, pomyłkowo czy nietrafnie artystycznie przeprowadzone, jednak poważnie postawione pytanie.


To jest niezwykle istotne, szczególnie dla młodych ludzi, którzy wciąż pytają: „Jak żyć?”. Nie daje im się czasu i środków na to, żeby sobie odpowiedzieli. Mają coraz węższe wybory. Muszą przede wszystkim zarabiać – im wcześniej zaczniesz, tym lepiej, tym szybciej będziesz dojrzały. A te głupoty, które wyrabiasz po drodze, taki teatr na przykład… One nic ci w życiu nie dadzą. I ci, którzy mają odwagę się przeciwstawić tej presji, oni właśnie są ziarnem. Nie będą robić tego samego, co wszyscy dookoła, tylko będą mieć swój punkt widzenia, ale też ważne punkty odniesienia. Teatr offowy musi rysować i tworzyć wyraźne osobowości, rysować wyraźne, indywidualne drogi. Żeby idea nie kojarzyła się z ideologizacją czy manipulacją.


Nie chcę tworzyć żadnej definicji, ale jeśli teatr offowy ma mieć sens czy raczej ma mieć sens dla mnie – i tu próbuję uchwycić własną deklarację – będzie teatrem zadającym pytania. Będzie tworzył dla ludzi perspektywę wyboru. Jasno precyzował komunikaty dla odbiorców – że istnieją ludzie, którzy potrafią sami się definiować, określać, budować i tworzyć swoje życie. I nie będzie opierał się presji ekonomicznej. Presji komercji i powierzchowności. Nie chcę idealizować i ideologizować sytuacji – mówię po prostu, że dla mnie zawsze teatr niezależny, który będę chciał wspomagać, jest tworzony przez ludzi, którzy traktują to jako swoją drogę życiową, jako swój własny rozwój, pracę nad sobą, której nie ma nigdzie indziej. Nie chodzi o pracę, dzięki której można się dobrze sprzedać. To praca, z której wynika coś, co pozwala mi wierzyć, że nie zmarnowałem tego życia.


Off to zabawa

DARIUSZ SKIBIŃSKI

Aktor, reżyser i pedagog, autor projektów edukacyjnych i staży aktorskich. Jako współzałożyciel i aktor od 1992 roku związany z Teatrem Cinema. Założył Stowarzyszenie Kulturalne „Pocztówka”, w którym tworzy autorskie projekty edukacyjne i spektakle teatralne. W roku 2007 powołał nową formację teatralną A3Teatr Kolekcjonerzy Wzruszeń. W roku 2009 zainicjował Międzynarodowy festiwal Teatralny „Wertep”, którego jest dyrektorem artystycznym.

Gdyby tak było, że off jest zabawą, byłaby to najbardziej fenomenalna rzecz na świecie! Z mojej perspektywy oglądu świata najwięcej inspirujących rzeczy – i nie chodzi tu o kategoryzowanie, dobrych czy złych – wywodzi się z zabawy. Zabawa potrafi wydobyć z człowieka absolutnie wszystko – może wydobyć anioły i potwory. Potrafi sprowokować do rzeczy obrzydliwych, ale i do absolutnie genialnych. Jest jedną z najbardziej szlachetnych form kontaktu ludzi ze sobą. I nie mówię tu o zabawie rozumianej jako przyglądanie się głupkowatym spektaklom czy zabawie w formie spędzania miło czasu, ale o zabawie rozumianej jako wspólne ustalanie, o czym myślimy w kontekście świata. Zabawa ma też tę jedną szlachetną cechę – dystans do problemu. Dystans pozwala zobaczyć sprawę z wielu perspektyw, daje więc możliwość rozmowy, zawiązuje dialog. W innym wypadku jest doktrynerstwo, jednostronność, jakaś płaska sytuacja albo cholernie prymitywna demagogia, której nikt nie znosi, bo jest powtarzaniem banałów.


Ważne jest jednak też to, że zabawa to nie jest płochość. W jakimś ogólnym społecznym kontekście zabawa oznaczałaby dość płoche relacje w obrębie rzeczywistości. Uważam, że zupełnie nie taka jest funkcja i rola zabawy. Chłopcy bawili się bombą atomową i – choć nie można wymyślić większego draństwa – to też był rodzaj zabawy. Zabawy w Boga. Ale znowu Einstein nigdy nie podchodził do rzeczywistości inaczej, jak tylko próbując zmienić ją w sobie w zabawę. Bawił się konstruowaniem różnych rzeczy niemożliwych. Jeśli tak traktuje się zabawę, to będzie ona motorem, który budzi w głowie aktywność i nie pozwala gnuśnieć. Taka zabawa jest najodpowiedniejszym mechanizmem – do edukacji, rozwoju, sprowokowania pewnych stanów emocjonalnych.


Każda mądra korporacja wpuszcza ludzi w zabawę. Warner Bros najlepsze swoje filmy i kreskówki stworzył, angażując ludzi w stan zabawy. Na przykład do jednego pomieszczenia wprowadzało się sześćdziesiąt osób, które miały pisać, i sześćdziesiąt, które miały improwizować. Dawano im żarcie i alkohol. Ustawiano mikrofony i kamery i z tego, co wyprawiali przez miesiąc, robiono setkę filmów. Nikt nie mówił im, co mają robić. Po prostu mieli się upijać, prowokować i tworzyć. To jest dziś niepopularne. Z powodu zidiociałej popularności, którą przesiąknęła Europa, odeszliśmy od czasów bezwzględności. Zaczynamy się hamować, używamy życia delikatnie, palimy od czasu do czasu itd. Staliśmy się jak takie matoły, które żeby mieć ogląd rzeczywistości, uśredniają wszystko. I to jest straszne. Z tej perspektywy brak zabawy w ludziach powoduje, że zatracamy żywotność. Nasza witalność i dewiacje są spójnym i naturalnym elementem rzeczywistości. Jeśli będziemy udawać, że tego nie ma, to bardzo szybko przejdziemy w demagogię. W obecnym czasie, z powodu najobrzydliwszego obrazu mieszczańskiej głowy, która jest związana zakazami i obwarowaniami, zgubiliśmy po drodze bezwzględność. A zabawa potrzebuje ludzi bezwzględnych – otwartych i zdecydowanych, o jasno sprecyzowanych poglądach.


Dlatego myślę, że gdyby off wrócił wreszcie do tego, co jest istotą człowieka – prawa do wypowiedzi w obrębie absolutnie bezwzględnej i drastycznej świadomości, bez względu na to, jaka ona jest, to będzie szansa, że wreszcie zacznie on działać. To nie jest tak, że on nie działa z powodu braku pieniędzy. Historia i mądrzy ludzie uczą, że rozwój to jest ograniczenie. Rozwój to jest pójście w jeden temat, jedną sytuacje, to są decyzje i rezygnacje. Rozwojem nie jest dotykanie miliona rzeczy, tak jak się to wydaje młodym ludziom w tej chwili. Milion rzeczy dotkniętych pobieżnie jest katastrofą dla głowy, która sobie ubzdurała, że coś wie na podstawie tych pozornych smyrnięć. I potem, kiedy dochodzi do weryfikacji – kiedy trzeba wziąć kawałek drewna i go porąbać, okazuje się, że nie wie się nic.


Każdy powinien robić to, co robi najlepiej – niech szewc robi buty, aktor gra, reżyser reżyseruje. Przykładem jest Kantor czy Grotowski. Oni się nie rozdrabniali na tysiące rzeczy, nie mieli potrzeby uczestniczenia we wszystkim. Kantor mówił, że on nie będzie chodził na inne spektakle, bo go to rozprasza. I to nie była arogancja, tylko przejaw absolutnego rozsądku. Dlaczego mam oglądać tysiące spektakli, kiedy nie mam czasu realizować własnych pomysłów? To był przejaw geniuszu – rezygnować z atrakcji, mówić „nie” i „po co mi to”. Jest to pewne ograniczenie, ale i zabawa. Jest to też gra z samym sobą. Ja również z chłopakami w Cinemie ukonstytuowałem swój światopogląd artystyczny i również nie wchodzę w inne tematy. I nie był to wynik natchnienia, ale konsekwencja doświadczeń pracy w teatrze przez wiele lat i później pracy nad techniką, która umożliwiła mi robienie teatru w taki sposób, w jaki chciałem go uprawiać.


Robię teatr i nie mam potrzeby go nazywać. To inni z boku odczuwają taką potrzebę. Jestem facetem, który ma imię i nazwisko, od zawsze robił to i to, mój światopogląd jest dość określony i raczej się nie zmienia. Nie wyobrażam sobie jednak, żebym robił inny teatr – w tym, który tworzę, zabawa jest najważniejsza i ma ona dla mnie znaczenie podstawowe.


Off to eksperyment

GRZEGORZ LASZUK

Grafik, aktywista miejski, reżyser. Jeden z założycieli grupy teatralnej Komuna// Warszawa. Właściciel studia graficznego „Książki+Strony”.

Robię teatr przede wszystkim dla przyjemności. Wszystkie inne powody wydają mi się podejrzane.
[Wypowiedź została celowo pozostawiona w zwięzłej formie. W takiej właśnie ma oddawać stosunek autora do konieczności definiowania, czym jest teatralny off.]


Off to misja

JUSTYNA SOBCZYK


Reżyserka, pedagożka, założycielka Teatru 21, jedynej w Polsce grupy teatralnej, której członkami są osoby z zespołem Downa i autyzmem. Laureatka „Kamyka”, nagrody Konstantego Puzyny przyznanej za łączenie twórczej oryginalności z zaangażowaniem w sprawy publiczne.

Jeżeli off miałby być misją, to by znaczyło, że my jesteśmy misjonarzami, a ja nie chciałabym się w takiej roli ustawić. Ale na pewno towarzyszy mu jakieś szczególne zaangażowanie, czyli wszystko ponad to, co normalnie w profesjonalnym środowisku zawodowym byłoby określone umową. Odwołuję się tu do doświadczenia Teatru 21. W tym przypadku czuję, że ta działalność rozwija się dzięki temu, że wiemy, jakie są nasze zadania, ale angażujemy się dużo bardziej i to dotyczy całego zespołu. Kiedy go zakładałam, nie towarzyszyło mi poczucie, że tworzę grupę offową. Faktycznie, gdy byłam w Teatrze Wiczy, bardzo mocno ulokowałam się w tym nurcie. W okresie moich studiów, czyli w latach 1996-2000, to była to dla mnie przestrzeń, która zbudowała moją obecność, moje zaangażowanie i pokazała mi tak naprawdę, co mnie w teatrze pociąga. Potem to się rozbiło albo raczej – skomplikowało. Przestałam bezkrytycznie patrzeć na obszar teatru offowego. Gdzieś około 1997 roku, kiedy studiowałam na zaocznym wydziale Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej, otrzymałam pierwszy mocny, bardzo inspirujący impuls w teatrze zawodowym, a był to spektakl Bzik tropikalny Grzegorza Jarzyny. Widziałam, że to jest coś innego, ale zadziałało równie mocno. Intensywność spektaklu połączyła się z szaleństwem i zabawą formą. W 2002 roku, kiedy wyjechałam do Berlina, zobaczyłam dużo wyraźniej, że przestrzeń instytucji może być również przestrzenią społecznego zaangażowania. Lata 2002-2004 były w ogóle takim cudownym czasem w niemieckich teatrach, mówię tu głównie o Volksbühne, Schaubühne, o teatrze Hebbel am Ufer. Trafiłam na czas Castorfa, Pollescha, Schlingensiefa, Sashy Waltz, Thomasa Ostermeiera czy projektów realizowanych w teatrze Hebbel am Ufer przez grupę Forced Entertainement. W teatrach instytucjonalnych odkryłam pedagogów teatrów pracujących z bezdomnymi, z dzieciakami, młodzieżą, seniorami; odnalazłam teatry, w których osoby z niepełnosprawnościami zatrudnione są na etatach aktorskich. I wtedy ten wcześniej zbudowany dystans do instytucji i moja próba ulokowania się w nurcie offowym zostały, przyznam, mocno podważone.


Pamiętam, że gdy przyjechałam z Berlina i rozpoczęłam pracę w Instytucie Teatralnym, natychmiast założyłam tzw. Klub Gry – miał to być po prostu teatr tworzony z młodzieżą. Spotykaliśmy się co tydzień i tworzyliśmy spektakl, który graliśmy w podziemiach Instytutu Teatralnego. Spektakl miał tytuł Substytut, miał mówić o Polsce i o młodych w Polsce. W trakcie pracy odkrywałam – i byłam tym zaskoczona – że młodzi z Klubu Gry byli w tamtym momencie raczej zadowoleni ze swojego życia, nie byli przedstawicielami młodych zbuntowanych. To było dla mnie bardzo zaskakujące, ważne doświadczenie – w związku z tym, że w Klubie Gry spotkałam ludzi raczej pogodnych, otwartych, nie mogłam zastosować metod pracy, które czerpały, rozwijały się ze zbuntowanych, wrzących emocji, z jakiegoś wewnętrznego sprzeciwu, co nie zmieniało faktu, że była to wspaniała grupa ludzi, która spotkała się po to, żeby rozmawiać w teatrze o sobie i o świecie. Pamiętam, jak pojechaliśmy do Łodzi, na Łódzkie Spotkania Teatralne. To był rok 2007. Pokazaliśmy tam nasz spektakl, oglądaliśmy inne przedstawienia i wtedy poczułam, że to nie jest już moje miejsce, a raczej że to nie mój język i nie moja estetyka. W rozmowach z młodymi aktorami, z którymi przyjechałam, odniosłam również wrażenie, że i oni nie odnajdują się w tym klimacie. Bardzo wyraźnie poczułam, że jestem w innym miejscu, chociaż jeszcze nie wiedziałam w jakim… Niedługo po powrocie z Łodzi zrezygnowałam z prowadzenia Klubu Gry na rzecz pracy z osobami z niepełnosprawnościami w szkole Dać Szansę. Chyba potrzebowałam wyjść poza wszelkie zbiory, też poza off.


Dla mnie to szczególne zaangażowanie, o którym wspomniałam na początku, jest najważniejsze. By stworzył się zespół, potrzebne jest szczególne zaangażowanie, skupienie, praca i uważność. Zespół to skomplikowana konstrukcja i dodatkowo – bardzo delikatna, łatwa do zniszczenia. Zrozumiałam to szczególnie, kiedy robiłam spektakl Ojczyzna w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie uświadomiłam sobie, że ja nie muszę namawiać, przekonywać aktorów do idei spektaklu, bo ich obowiązkiem zapisanym w umowie jest granie. Ta profesjonalna sytuacja w pewnym sensie była dla mnie trudna, bo aktorzy po prostu przyszli i nie potrzebowali budowania wokół tego spektaklu idei. To po prostu spektakl, oni zagrają najlepiej jak mogą. I tyle. A ja kiedy pracuję, to czuję, że muszę aktora przekonać i podzielić się moim stanowiskiem, a on podzieli się ze mną swoim, zawsze kiedy pracuję z ludźmi, szukam porozumienia, które nas połączy i pozwoli nam stworzyć coś, w czym zbiorowo się wypowiemy. To zależy też chyba od osobowości – po prostu staram się, żeby wszyscy byli włączeni w proces tworzenia i rozmowy. A tu okazało się, że można odłożyć na bok pewne idee i po prostu zrobić spektakl, ja jestem odpowiedzialna za reżyserię, a aktorzy za granie. Prosty, czysty układ. Wtedy odczułam, że teatr to dla mnie coś więcej, że ja pracując, chcę rozmawiać, nie chcę mówić, co masz grać, chcę z tobą rozmawiać. Chyba podchodzę do teatru ze szczególnym zaangażowaniem (śmiech), trochę może za poważnie… Mnie chyba nie chodzi tylko o stawianie spektakli i nigdy nie chodziło tylko o granie.


Off jest dla mnie taką przestrzenią teatru poza teatrem, w centrum „przestrzeni off” są dla mnie ludzie, w przypadku teatru 21 – aktorzy. Off jest przestrzenią pełną relacji, napięć, żywej energii, zmęczenia, jest przestrzenią, w której ludzie ryzykują, działają wspólnie, doświadczają bliskości. W takim sensie Teatr 21 jest dla mnie offowy albo raczej czerpie z offu.


Jestem amatorką, kocham to, co robię. Jesteśmy amatorami, bo kochamy to, co robimy. Ale bardzo interesuje mnie stwarzanie warunków dla rozwoju zespołu; idziemy w kierunku profesjonalizacji.


Aktorzy zarabiają, coraz więcej gramy, robimy coraz odważniejsze projekty, pokazujemy się w miejscach, na festiwalach wcześniej dla nas niedostępnych.


Szalenie mnie to pociąga. Szukanie sposobów na żywe trwanie, na rozwój całego zespołu, ale też widzę, że możliwe jest inspirowanie innych do odważnego kroczenia w świecie. Rozglądam się we wszystkich kierunkach, szukając inspiracji. Inspirację odnalazłam w Szkole Liderów, w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych czy w tym, co robi Stowarzyszenie Ashoka. Bardzo się cieszę, że możemy rozwijać się tym momencie. Dyplomy nie są ważne, ważne jest zaangażowanie, praca i empatia.


Wcześniej przez dłuższy czas nikt na nas nie zwracał uwagi i nie traktował naszej pracy poważnie. Ale to ciche oddalenie pozwoliło nam na rozwój. W tym czasie zbudowaliśmy podstawę do dalszego tworzenia. Chciałabym, żebyśmy pracowali w coraz bardziej profesjonalnych warunkach. Stajemy się partnerami dla podobnych teatrów z zagranicy, ale oni mają swoje miejsca, sceny, robią festiwale. Też tak bym chciała.


I idziemy w tym kierunku. W tym sensie opuszczamy teren off, ale „off” chciałabym utrzymać w sercach. Tak, wiem, że to niebywale trudne. To jak łączenie dwóch żywiołów.


Nie chcę robić z siebie misjonarki czy siłaczki. Oczywiście ta praca jest niebywale angażująca, ale też fascynująca. Praca z grupą przyjaciół to jest niesamowite uczucie, wymarzona sytuacja. Jest wiele rzeczy, wartości, na których mi zależy w świecie, wiele rzeczy mnie w świecie i u siebie zresztą też denerwuje i widzę, że w teatrze można naprawdę sporo zmienić, można dialogować ze światem i z rozmawiać z sobą.


Uważam, że największym zagrożeniem dla siebie w tej pracy jesteśmy my sami. Kiedy skoncentrujemy się na sobie, ale jeśli jesteśmy z ludźmi, rozmawiamy z nimi, nie staramy się traktować innych jako wyrobników dla mojej wizji – powinno być ok.


Moim priorytetem jest wspieranie zaangażowania wszystkich, budowanie wspólnej odpowiedzialności za to, co rozwijamy. Teatr zależy od wielu osób, takie to wspaniałe i takie ryzykowne!!!


Ważne, żeby się otwierać na nowe działania, nie bać się wchodzenia na nowe drogi, dalej rozwijać to szczególne zaangażowanie w relacji ze światem. Choćby nasza ostatnia praca z biznesmenami, która wydawać by się mogła zupełnym szaleństwem. Raczej off i biznes są daleko od siebie, a ja doświadczyłam w projekcie Szkoły Liderów, że można się wzajemnie uczyć od siebie na tej linii. I to nie jest tak, że my, off partnerzy, tylko bierzemy. Naprawdę mamy dużo do zaoferowania, ale też możemy się czegoś nauczyć. Możemy być sobie nawzajem potrzebni. Interesuje mnie szeroka perspektywa. Lubię przyglądać się teatrowi i temu, co robimy, z perspektywy liderów społecznych. W laboratorium Innowacji Liderskich byłam w mojej grupie jedyną osobą od teatru. Ludzie robili przeróżne rzeczy – prowadzili szkoły na wsiach, realizowali projekty w zakładach pracy, tworzyli nowe rozwiązania technologiczne. Wychodząc poza kontekst offu, a nawet poza teatr instytucjonalny, można zobaczyć, ile wspaniałych idei się wokół nas rozwija. Dla mnie spalanie się dla samego teatru, dla realizacji wizji artystycznych jest mało ciekawe. Nie chodzi tylko o teatr!!! Jak to aktorzy Teatru 21 mówią w książce 21 myśli o teatrze: „My nie ściemniamy – gramy, żeby iść dalej”.