TOP3 Dariusza Kosińskiego


Nie jestem przeciwny klasyfikacjom i nawet je lubię, ale strasznie trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie, „jakie trzy niezależne (stworzone w offie, poza instytucją, niekoniecznie polskie) spektakle/wydarzenia teatralne ustawiłbym na swoim prywatnym podium”. Trudność wynika też z tego, że redakcja „Nietak!tu”, deklaruje w zaproszeniu, że celem tej ankiety jest „przede wszystkim promowanie niezależnego nurtu teatralnego i wymiana teatralnych doświadczeń, które często nie miały szansy zaistnieć szerzej w świadomości publicznej, w mediach”. A mnie do głowy przychodzą głównie spektakle, których nie ma co promować, bo są już historyczne. Cóż, wiek ma swoje prawa…


Trochę muszę też naciągnąć i prosić o ograniczenie tego „prywatnego podium” do przedstawień polskich. Gdybym uwzględnił też niepolskie, byłoby już naprawdę bardzo, bardzo ciężko, bo nie jestem w stanie rozstrzygnąć, co było dla mnie przeżyciem silniejszym: Action Workcenter of Jerzy Grotowski and Thomas Richards czy Itsi bitsi Odin Teatret z niewiarygodną Iben Nagel Rasmussen.


Te trzy polskie też pozwolę sobie wymienić bez podania miejsc – w kolejności, w jakiej je oglądałem. Zatem na początek OPT „Gardzienice” i Carmina burana. Obejrzana późno, już bez Grzegorza Brala, a co dziwniejsze – najpierw obejrzana w wersji telewizyjnej. Spośród wszystkich przedstawień gardzienickich, które były dla mnie bardzo ważne, od Guseł (widzianych tylko na filmie, nigdy na żywo, a mimo to zawsze niesłychanie silnie działających) po Metamorfozy, Carmina… zawsze wywoływała najsilniejsze wrażenie. Jak myślę, nie wynikało ono ani z ogromnej pracy badawczej zespołu i erudycyjnego zaplecza tego w końcu krótkiego, ale bardzo gęstego spektaklu, ani nie ze wspaniałości wcielonej i udramatyzowanej muzyki czy warsztatu aktorów. To wszystko oczywiście ma znaczenie, ale najważniejsze w tym przedstawieniu było dla mnie coś niezwykle ludzkiego i intymnego, zakorzenionego w osobistym doświadczeniu aktorek i aktorów, co nieodmiennie wywołuje we mnie silne wibracje. Głosu Mariany Sadowskiej kończącej samotnie finałowy hymn w wersji telewizyjnej niemal nie jestem w stanie słuchać.


Podobnie jest trochę z Kronikami obyczajem lamentacyjnym Teatru Pieśń Kozła. Podobnie, bo to też jeden z kilku ich spektakli, jakie były dla mnie ważne. Podobnie, bo przecież to też „teatr z ducha muzyczności”, a muzyczność teatru, jak widać, silnie na mnie działa. Ale jest też zasadnicza różnica, związana z niemal niewiarygodną sceną tańca nad poległym Enkidu, który poprzez ten taniec budzony jest z martwoty. Niezwykła lekkość i świetlistość tej sceny wciąż mi towarzyszy jako dowód na to, że teatr może otwierać perspektywę przekroczenia śmierci bez zapominania o jej nieuchronności. I są też dla mnie Kroniki… jednym z najbardziej przekonujących dowodów na to, że literatura i znaczenia nie są jedynym filarem teatru, że dramaturgia muzyczna, budowana przez organizację brzmień, przez kompozycję, może być kolumną jeszcze mocniejszą.


Wreszcie zobaczone chyba najpóźniej, ale też najdłużej oglądane Ewangelie dzieciństwa – pierwsza część późniejszego tryptyku Teatru Zar. Nie jestem w stanie obliczyć, ile razy byłem na tym przedstawieniu. Myślę, że kilkanaście (być może było to najwięcej razy obejrzane przeze mnie przedstawienie teatralne). Widziałem je w różnych wersjach, w różnych miejscach, a to doświadczenie ostatecznie przekonało mnie o potrzebie porzucenia dogmatu o jedności spektaklu jako „dzieła”. Ewangelie dzieciństwa w Brzezince i na scenie Laboratorium przy wrocławskim Rynku to zupełnie inne spektakle. Moimi – co już kiedyś napisałem – pozostały te w Brzezince, z ogniem w kominku, otwieraniem drzwi na zapach jesiennego lasu i wychodzeniem przez nie, gdy wszystko się dokonało i zostały tylko ślady Zmartwychwstania, które nie było teatralne, bo nie było widziane, ale przecież było, bo na własne uszy słyszeliśmy śpiew i dzwony. Brzmienie Zaru w ciemności, „gdybyś tu był…” Kamili Klamut i Ditte Berkeley, „ja nie chcę wtedy wołać” Przemka Błaszczaka – słyszę wciąż te głosy. I widzę Jarka, jak intonuje „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie…”. W jakiś sposób to przedstawienie żyje dla mnie jako kwintesencja teatralnej niezależności, idącej tam, gdzie gna potrzeba, bez kalkulacji i oglądania się na oceny, domniemane wpływy – swoistego bycia zawsze na początku i głodu, by jednym rzutem zdobyć wszystko.