Pod nieznośnym przymusem tworzenia…

Autoetnograficzne refleksje o procesie twórczym w Teatrze Krzyk

Proces zmian, jakie zaszły w Polsce na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat, dla osoby urodzonej w okolicach milenium mógłby się wydawać czymś nieznacznym, wręcz niezauważalnym. Jednak dla kogoś urodzonego przed rokiem 1990, szczególnie na początku lat osiemdziesiątych i jeszcze wcześniej, jest to ciąg wydarzeń prowadzący do czegoś na kształt lądowania człowieka na Księżycu. I jak dla pierwszych jest to mały krok, tak dla drugich jest wielkim skokiem ku… No właśnie, ku czemu? Ku czemu ten świat zmierza, a ściślej – dokąd zmierzamy my jako społeczeństwo, naród, kraj? (Niby) wszystko wygląda dobrze na papierze – wzrost ekonomiczno-gospodarczy, poprawa warunków życia (dla kogo?), nowe inwestycje. Czy jednak rzeczywiście w Polsce jest tak dobrze, jak mówią ci z jednej strony (barykady), czy może tak źle, jak mówią ci po przeciwnej stronie? I znowu dajemy się zaszufladkować, wciągnąć w dualizm – jedyny i niepodważalny. Nie opowiadasz się po którejś ze stron – nie liczysz się… Ale nie o tym miał być mój wywód.


Teatr Krzyk powstał jesienią 2002 roku w Maszewie – liczącym około trzech tysięcy mieszkańców popegeerowskim miasteczku w województwie zachodniopomorskim, znanym jedynie co niektórym smakoszom produkowanej tam musztardy. Trwałoby to tak dalej, gdyby nie Głosy, pierwszy stworzony przez Krzyk spektakl, którego premiera miała miejsce w marcu 2004 roku. Skład zespołu stanowili wówczas: Bartek Ciosek, Małgorzata Dorenda, Anna Giniewska, Paweł Kotwicki i piszący te słowa Marcin Pławski vel Prymas; za reżyserię odpowiadał, co się do dnia dzisiejszego w spektaklach Teatru Krzyk nie zmieniło, Marek Kościółek. Mimo życzliwego przyjęcia ze strony publiczności, spektakl spotkał się z niechęcią czynników bardziej „oficjalnych”. Na przykład na przeglądzie w Nowogardzie dostaliśmy owację na stojąco, ale jury uznało, że spektakl przepełniony jest zbyt brutalnym językiem, dlatego nie dostaniemy żadnej nagrody. Po kilku graniach postanowiliśmy zatem poszukać innej drogi, zaczynając pracę nad nowym spektaklem jesienią 2004 roku. W owym czasie dołączył do nas Michał Kropa. Zapewne – tego się nigdy nie dowiemy – doszłoby do kolejnej premiery i, zdani na łaskę i niełaskę jury, dalej próbowalibyśmy swoich szans w lokalnych konkursach o Laur Pana Wójta lub Palemkę Pani Burmistrz. Na szczęście stało się coś mniej oczekiwanego – na jednej z prób spektaklu Głosy, która odbywała się na początku 2005 roku w Goleniowskim Domu Kultury, zmieniliśmy lekko formę spektaklu, dodając między innymi blackouty jako „przecinki” między poszczególnymi scenami. I wtedy coś „zatrybiło” – teatralna maszyna ruszyła i już nikt nie był w stanie jej zatrzymać. Zaczęliśmy wygrywać festiwal za festiwalem – zaczynając od zdobycia pierwszej nagrody: Grand Prix i Złotej Lampy na Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym „Naświetlania” w Warszawie, poprzez I miejsce na Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym Barbórki 2005 – Poszukiwanie alternatywy w Skierniewicach, które było przepustką na Łódzkie Spotkania Teatralne, gdzie zajęliśmy drugie miejsce. To tam zaczęto się dopytywać, gdzie leży Maszewo. „Ach, Zachodniopomorskie, pięćdziesiąt kilometrów od Szczecina, trzy tysiące mieszkańców?”. Staliśmy się znani przede wszystkim w świecie teatru alternatywnego, offowego, a spektakl Głosy został uznany przez krytyków za „autentyczną wypowiedź pokoleniową”. W numerze 31 „Przekroju” z roku 2006 można było o nas przeczytać: „Spektakl Głosy ma wszystkie cechy zapisu świadomości pokolenia, które właściwie nie wie, jakie jest. Zasłużenie zgarnął wszystkie możliwe nagrody teatralnego offu. Dawno nie widziałem tak autentycznej wypowiedzi pokoleniowej, wściekłości na siebie i świat”. Spektakl zagraliśmy ponad sto trzydzieści razy w Polsce i za granicą, ostatni raz w Łodzi w 2010 roku.


Do tego czasu powstały Szepty (2007) i Wydech (2008) oraz plenerowy Nord Stream (2009) – równie pozytywnie przyjęte przez publiczność i krytyków. W 2006 roku zorganizowaliśmy pierwszą Ogólnopolską Biesiadę Teatralną „Wejrzenia”, rok później mieliśmy już status prawny jako Stowarzyszenie Teatr Krzyk. W tym samym roku, w sierpniu wyjechaliśmy do Starej Studnicy pracować nad kolejnym spektaklem. Siedmioosobowa ekipa działająca czynnie plus osoby towarzyszące. Dołączył do nas Mateusz Zadala. Temat przewodni – historia Grzegorza Luksa, dziewiętnastolatka skatowanego w 1986 roku na komendzie milicji w Goleniowie. Ostatecznie praca nad spektaklem i sam temat pozostają w zawieszeniu.


W roku 2008 pierwsza zagraniczna wyprawa teatralna (do Rumunii i na Ukrainę), która ma być zaczynem do pracy nad kolejnym spektaklem. Jeszcze po powrocie robimy próby, wyjeżdżamy na wieś. Próby. Kolejne zawieszenie działań. Co nam z tego zostaje? Od tamtej wyprawy Ukraina będzie częstym kierunkiem naszych teatralnych podróży.


Rok 2009 to start z pierwszymi Ogólnopolskimi Spotkaniami Młodego Teatru „Krzykowisko”. O obu festiwalach staje się głośno w Polsce. Dla nas jest to istny maraton organizacyjny – z „Krzykowiskiem” startujemy na początku marca, by miesiąc później przygotowywać się do „Wejrzeń”, przypadających na ostatni weekend kwietnia. Festiwale były również dla nas świętem – opanowywaliśmy przestrzeń Maszewa, tym samym zapraszając mieszkańców do uczestnictwa: oglądania spektakli we wnętrzach i w plenerze, do udziału w dyskusjach wieczornych, koncertach, różnego rodzaju warsztatach, meczu piłki nożnej czy sztafecie kajakowej na maszewskim jeziorze. Jakby krzyk-komunikat z głębin wszechświata do mieszkańców Maszewa-Ziemi: My, Teatr Krzyk, jesteśmy tu, działamy aktywnie i budujemy tu przestrzeń dialogu, edukacji i kultury (dla nas i dla was)! Budowanie widowni z ponad trzystu palet typu euro, rozbieranie, budowanie i znowu rozbieranie. Okotarowanie sali, aby zbudować teatralny klimat, zdejmowanie kotar, wieszanie, zdejmowanie. Niekończące się montaże i demontaże. A do tego życie „osobiste” – żyć przecież też trzeba! Prowadzenie warsztatów w Polsce i za granicą, realizowanie własnych projektów, udział w projektach realizowanych przez innych pasjonatów sztuki, teatru… Granie spektakli. Wyjazdy, przyjazdy. Życie na walizkach. A przecież żyć też trzeba. Powroty, bo przecież żyć też trzeba! Tylko gdzie jest to życie, prawdziwe życie, właściwe…? „Nauczyłaś mnie żyć ideami, jak robić teatr. A nie powiedziałaś mi, jak mam żyć” – powiedział do swojej reżyser były aktor pewnego teatru, który wyjechał w celach zarobkowych za granicę.


Dokądś trzeba wracać, do kogoś… Mieć piękny dom z widokiem… 22 sierpnia 2009 roku wziąłem ślub z Eweliną, którą poznałem na IX Triadzie Teatralnej w Dębnie w 2005 roku. Ona była współorganizatorką, ja aktorem działającym w Teatrze Krzyk. A przyjechałem tam „tylko” zagrać Głosy – tak się kończą nieraz pewne „tylko”. Podobnie było przecież z moimi początkami w Maszewie. Jakoś pod koniec października 2003 roku przyjechałem tam z oddalonego o jakieś dwadzieścia kilometrów Stargardu (skąd pochodzę) na warsztaty z Markiem Kościółkiem, „tylko” by podszkolić swój warsztat techniczny. Zamierzałem w przyszłości startować do łódzkiej Filmówki na wydział aktorski. Zresztą gdyby nie moja determinacja – słowo klucz wielu działań – nawet bym nie dojechał. Na dworcu PKS wsiadłem nie w ten autobus, co trzeba. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, musiałem wysiąść w szczerym polu, iść kilka kilometrów piechotą i prosić kolegę z technikum o podwózkę.


Z Eweliną zamieszkaliśmy najpierw w Szczecinie (okres studiów), potem w Dębnie, znowu Szczecin – dwa lata, i teraz znowu Dębno – od blisko dwóch lat. Podróże teatralne, te rzeczywiste i te bardziej metaforyczne, nie znały granic. Wszystko dla idei i dla teatru, w imię teatru. Życie w pociągu. Życie na walizkach… Wyjazdy spektaklowe, wyprawy, projekty… W lipcu 2010 roku wyruszamy w teatralną podróż na Bałkany. Ma to być zaczyn do spektaklu eksPLoracja. Z mozołem, z determinacją wspinamy się na Golem Korab – najwyższy szczyt Macedonii.


Po powrocie kontynuujemy próby, szczególnie te wieczorno-nocne – słowo klucz w procesie tworzenia spektaklu w Teatrze Krzyk. Przed próbą przeważnie bieg, trening partnerski. Lekko zmęczeni, ale i pobudzeni przystępujemy do próby właściwej, to znaczy – na scenie, czy to w „naszej” Kotłoffni, czy w Domu Kultury. Powtórzenia scen, improwizacja, dużo improwizacji. Powtórzenia. Przerwa na trening partnerski, by odpocząć. Próby, powtórzenia, szukanie w sobie, w partnerze. Przerwa – gramy w piłkę, często przed, pomiędzy, czasem i po graliśmy w piłkę nożną – kolejne słowa klucze. Rzekłbym, że każda gra w piłkę była jak jednorazowy, unikatowy spektakl, w zależności od przestrzeni gry, składu drużyn, atmosfery w grupie. Rzekłbym, że moglibyśmy tak grać, a na pewno ja, prawie że w nieskończoność. Działanie aż do zmęczenia ciała, które nie ma już siły „oszukiwać”, które po prostu płynie w rytmie, w emocji, czułe na impuls z zewnątrz, odpowiednio nastrojone. A to dopiero początek…


Meta! Ania! Prymas! Michał! Marcin! – różne wersje gry w Anioła Stróża. Na stołach, krzesłach, w parterze, lewo, prawo, góra, dół, z zamkniętymi oczyma (?) – na złamanie karku – nie próbujcie tego w domach. Liczenie do stu, trzystu. Gdy spada piłka lub jakikolwiek przedmiot, który między sobą rzucamy – zaczynamy od nowa. W pewnym momencie, by nie było zbyt łatwo, wkracza Marek – przeszkadza. Uważność na siebie i partnera. I na to, co dookoła. Ruchome krzesła, ławki. Uważność i pełna gotowość. Po wszystkim herbata, rozmowy, planowanie następnego dnia.


Kierunkiem, który często obieraliśmy, chcąc spędzić na próbach kilka dni i nocy, był Nastazin – wioska położona dziesięć kilometrów od Maszewa. To tam w świetlicy robiliśmy próby, spaliśmy i jedliśmy. Robiąc biegi wieczorne czy poranne, zapuszczaliśmy się nie tylko w głąb wioski, ale i o wiele dalej. Niedaleko było boisko, więc i gra w piłkę nożną, nierzadko z miejscową młodzieżą, była codziennym punktem naszych działań.


Premiera eksPLoracji miała miejsce w kwietniu 2011 roku w Maszewie. Zaczynaliśmy w sześcioosobowym składzie. Jeszcze przed premierą wiedzieliśmy, że Marcin wyjedzie w głąb Rosji na studia. Byliśmy na to przygotowani. Jakieś dwa miesiące po premierze Michał nieoczekiwanie oznajmia, że odchodzi z Teatru. Mamy „gotowy” spektakl, rok trwały przygotowania i próby, by wszystko musieć zaczynać od nowa? Co teraz? Czy jest możliwość, by w czwórkę zrobić spektakl przygotowany na sześć osób?


Pełną odpowiedź dał nam wyjazd w sierpniu 2011 roku w Bieszczady, do Wetliny. Wyprawy bieszczadzkimi szlakami. Próby w remizie strażackiej. Niemożliwe staje się możliwe – robimy spektakl na nowo. To tam pada pierwszy raz: „zostało nas tylko tylu”. Tylu to znaczy ilu? Bo Meta jesienią 2017 roku wyjechał do Niemiec do pracy. Tam też mieszka. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej – w czerwcu – graliśmy eksPLorację w „pełnym” składzie. Co jest tym bardziej gorzkie – z perspektywy czasu – że było to podczas obchodów piętnastolecia Teatru.


Co może być jeszcze bardziej gorzkie? Premiera, w grudniu 2016 roku, spektaklu Dobry wieczór winni czarodzieje w składzie: Anna Giniewska, Marcin Pławski, Lena Witkowska, Mateusz Zadala; reżyseria Marek Kościółek. Premiera, która była początkiem i zarazem końcem spektaklu. Końcem procesu tworzenia, który trwał od wyjazdu na wieś, do Strzelewa 12 grudnia do 21 grudnia – dnia premiery. Zapewne jakiegoś składnika zabrakło, by kontynuować kolejne grania, stanowiące drugą część procesu – weryfikacji podjętych decyzji spektaklowych w zderzeniu z publicznością, co zazwyczaj trwało około roku. Brak determinacji. Już prawie rok był grany To Face w składzie z Leną i Metą – spektakl, który zaczynał odnosić spore sukcesy na arenie ogólnopolskiej. Może to im wystarczało, a mnie i Ani nie towarzyszył „nieznośny przymus tworzenia” i chęć grania. Może sprawy codzienne wzięły górę nad tymi bardziej ulotnymi. Chocholi taniec codzienności, z którego nie mogliśmy się wyrwać. Niewątpliwie smak goryczy pozostał na dłużej. Inaczej niż ze spektaklem Osad, który miał premierę w grudniu 2012. Granie przerwał wypadek Mariusza Bolałka w lecie 2014 roku. Mariusz, skacząc do wody, uszkodził kręgosłup i został sparaliżowany od pasa w dół. Jeszcze jakiś czas potem myśleliśmy, że może uda się zrobić zastępstwo, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.


Zatrzymując się na chwilę przy tym spektaklu – mieliśmy dosyć rozbudowaną scenografię i by ją przewieźć, musieliśmy wypożyczać busa z kierowcą. Plus my – siedmioosobowa ekipa. Kilkaset, często sporo ponad tysiąc kilometrów w obie strony. Paliwo, opłacenie kierowcy i inne wydatki spektaklowe. Często z takich grań, a o tym zwykle się nie mówi w przestrzeni teatru alternatywnego, offowego, niezależnego (niezależnego w sensie podejmowanych tematów spektakli i ich realizacji) wychodziliśmy z pustym portfelem. Twoje zaangażowanie, praca nad spektaklem – niezliczone godziny przed i po premierze, doświadczenie, jakość produktu-spektaklu, wreszcie samo granie – w ostatecznym rozrachunku są warte mniej niż zero. Bo dochodzi jeszcze do tego frustracja z wysokości kwoty (lub braku kwoty), jaką dostajesz za zagrany spektakl. To tak, jakby producent betonowych bloczków pod fundament domu czy betonowych płotów dojeżdżał do klienta, a ten mu płacił tylko za paliwo na dojazd.


W Polsce jest naprawdę dobrze, niewątpliwie coraz lepiej! Wzrosty notowań na giełdzie, zwiększanie produkcji, sukcesy na arenach międzynarodowych, gospodarka wręcz szaleje, nieustająca hossa…! Jesteśmy mistrzami świata!


A czy było lepiej…? Czasami, tak mi się wydaje. Bo nie było tyle obowiązków, bo byliśmy jeszcze znośnie młodzi, karmiliśmy się ideami i to nam wystarczało. Naprawdę. Nie ma w tym grama sarkazmu. Bieda była codziennością, była nasza i przede wszystkim mieliśmy siebie.


Zabrakło równowagi między tym, co w drodze, a tym, dokąd chciałoby się wracać. Zabrakło równowagi między tym, co daję poprzez działania teatralne, a tym, co mogę dać najbliższym.


Dziś przemierzam dwieście osiemdziesiąt kilometrów dziennie. Pięć, czasem sześć dni w tygodniu. Kierunek Niemcy. Dzień w dzień. Pierwsza zmiana – zastaje mnie noc. Trzecia w nocy – wstaję. Przyjazd po szesnastej. Mycie, jedzenie, przygotowanie posiłku na następny dzień, spać. Nie bardziej ciekawie wygląda druga zmiana. Przychodzi sobota i jeśli jest wolna, to czas na regenerację, odsypianie mijającego tygodnia. Jak praca, to… szkoda słów. Niedziela, by myśleć o poniedziałku, bo nie zawsze da się nie myśleć.


Dlaczego to wszystko, o tym wszystkim? Czy nie lepiej byłoby w stylu wykładni przedstawić czarno na białym, nazwać rzeczy po imieniu, nie zapominając o pozytywizmie naukowym, tu i ówdzie wtrącając popularne, ale i czasem bardziej niszowe cytaty? Wolę jednak język autoetnografii – język niedopowiedzeń, metafor, podróży między tym, co we mnie, a tym, co mnie otacza. Myślę, że język bliski Teatrowi Krzyk. Bo czy nazwanie czegoś w sposób czysto naukowy przybliża nas bardziej do prawdy niźli liść spadający z drzewa?…


Przyszedł dzień, kiedy spotkaliśmy się z Markiem Kościółkiem, by porozmawiać o pracy nad monodramem. Było to na wiosnę roku 2018. Wtedy Marek wyjął zbiór esejów Henry’ego Thoreau pt. Walden. Co ciekawe – książka ta była na mojej „liście”. Wiedziałem, czego dotyczy, i byłem podekscytowany. W końcu miałem możliwość zrobienia spektaklu. Fakt, jednoosobowego, ale to nie miało większego znaczenia. Zrobić spektakl. I jeździć, jeździć z nim po festiwalach. Być w żywiole! Ikar też myślał, że doleci poza horyzont na skrzydłach. Ikarze, to nie był odpowiedni czas dla ciebie! Potem przekładanie spotkań, spotkań, których nigdy nie było… Prób, które może kiedyś się odbędą.


Proces twórczy pracy nad spektaklem zaczyna się we mnie, ale jest to skorelowane z tym, co mnie otacza. Ważne jest, gdzie żyję, jak żyję. I jeśli nie towarzyszy mi nieznośny przymus tworzenia, to wszystko na nic. Na nic ikarowe wysiłki. Czasem mam wątpliwości, czy jeszcze tli się we mnie ogień, choć mam nadzieję, że tak. Czy to, w co wierzymy, jest ważne, ponadczasowe, warte naszych poświęceń i wyrzeczeń, pozornych zwycięstw i prawdziwych porażek? „Czyżby to, co nazywamy «kulturą», duchem, duszą, pięknem i świętością, było tylko upiorem dawno już nieżywym i tylko przez nas, nielicznych głupców, uważanym za coś, co żyje i jest prawdziwe? A może to wszystko nigdy nie było prawdziwe i żywe? Może to, co my, głupcy, tak bardzo pielęgnujemy, nigdy nie było niczym innym, jak tylko fantomem”. (Hermann Hesse, Wilk stepowy, przeł. J. Wittlin)


Niebawem zaczniemy pracę nad grupowym spektaklem, którego premiera zaplanowana jest na koniec listopada. Będzie to możliwe dzięki wsparciu naszych teatralnych przyjaciół z Teatru Ósmego Dnia. Boję się niewypowiedzianie nie tyle tego procesu, który niewątpliwie już się zaczął, ile momentu, w którym zgasną wszystkie reflektory i opadnie kurz. To wtedy zweryfikują się nasze zamiary o dalszym locie.