Krótka historia prawie wszystkiego

Teatr Dada von Bzdülöw, One, koncept i realizacja: Katarzyna Kania, Katarzyna Ustowska, Patryk Durski i Piotr Stanek

Początek jesieni, gdańska Malarnia, premiera Dada von Bzdülöw. Od paru ładnych lat rozpoczęcie nowego sezonu teatralnego w Trójmieście zawsze oznaczało też nowy spektakl Leszka Bzdyla i Katarzyny Chmielewskiej. Ale ubiegłej jesieni zespół świętował dwudziestopięciolecie swojej pracy, można się więc było spodziewać, że ta jesień, pierwsza jesień nowej „dwudziestki piątki”, będzie inna. I tak też się stało.


W kontekście cezurowo-jubileuszowym już sam angielski tytuł nowego spektaklu Dada jest znamienny. One rozpoczyna. Nie tylko kolejne odliczanie. One z szacunkiem i uznaniem spogląda na to, co było, ale głównie interesuje je to, co będzie, co może być. One bada, eksploruje, przymierza się. I buduje. Choć z równym zaangażowaniem także i niszczy.


One to spektakl różny od wcześniejszych przedstawień Dada już choćby przez swoją lokalizację. Od lat premiery zespołu przedstawiane były w Malarni, jednej z sal Teatru Wybrzeże. Tym razem jest to ponownie Teatr Wybrzeże, ale najmniejsza i najrzadziej eksploatowana jego scena – Czarna Sala. Zmiana niby mało znacząca, a jednak mająca wpływ na fundament spektaklu One, w którym świat jawi się przede wszystkim jako przelewającą się (od)wiecznie magma dryfujących cząsteczek. Osobnych, ale zawsze obok siebie. Czarna Sala zapewniła scenie i widowni bliskość niezbędną do symbolicznego potwierdzenia teorii o drobinach, z których i z ruchu których skonstruowany jest świat. Kolejna zmiana dotyczy układu samego zespołu. Leszka Bzdyla i Katarzyny Chmielewskiej, założycieli i liderów Dada, nie ma w obsadzie spektaklu, nie figurują oni tu także jako reżyserzy czy choreografowie. One został w całości stworzony przez „najmłodsze pokolenie” Dada. Brak Bzdyla i Chmielewskiej stanowi rodzaj novum, nie jest jednak, biorąc pod uwagę filozofię zespołu, niezrozumiały. Od początku właściwie w kwestiach zespołowych Dada charakteryzuje się otwartością i kolektywnym podejściem do (współ)pracy. Spektakl zbudowany przez najmłodszych członków zespołu nie jest więc tak do końca, w moim przekonaniu, wyrazem „przekazania pałeczki”, a jedynie ruchem wynikającym z przyjętego modelu działania – zakładającego równorzędność i nieustanną wymianę twórczej energii.


Inspiracją dla twórców spektaklu One – Katarzyny Kani (koncept, realizacja i dramaturgia), Katarzyny Ustowskiej (koncept, realizacja i obsada), Patryka Durskiego (koncept, realizacja i obsada), Piotra Stanka (koncept, realizacja i obsada), Michała Drabczyka (muzyka) oraz Piotra Kołodzieja (reżyseria świateł) – był Sailor, dyptyk filmowo-literacki Normana Leto. W programie do One zapisano następujący cytat: „Obecny stan naszej wiedzy o tzw. rzeczywistości sugeruje, dość sensownie zresztą, że wszechświat zbudowany jest z bardzo małych cząstek elementarnych oraz tzw. ruchu zachodzącego pomiędzy nimi. Ich ilość jest nieskończona. To znaczy zawsze o jeden więcej. I co. I niektóre cząstki się zlepiają. I wytrzymują tak dłużej. Galaktyki, ludzie, owoce. To mniej lub bardziej złożone grudy cząsteczkowe. Rzadko o sobie tak myślicie, bo macie przed tym wrodzoną blokadę. Myślenie o sobie i o świecie jak o abstrakcyjnym zlepie cząsteczkowym prowadzi do niewygodnych wniosków”.


Początek najnowszego przedstawienia Dada swoiście odtwarza „akt założycielski” tak rozumianej rzeczywistości – podzielonej na nieskończoną liczbę cząstek elementarnych, z których jedne łączą się z innymi (okazjonalnie bądź trwale), drugie zaś zawsze płyną w całkowitej izolacji. One rozpoczyna się od krzyku. Katarzyna Ustowska porusza się powoli po scenicznej przestrzeni, nieustannie krzycząc. Choć może krzyk nie jest najlepszym określeniem wydawanego przez nią dźwięku – to mocne, głębokie, zwielokrotnione „a”, najbardziej pierwotny i pierwszy dźwięk człowieka. Symbol życia i zaistnienia życia, znak Wielkiego Wybuchu w skali makro i mikro. W wykonaniu Ustowskiej nie ma w tym dźwięku strachu czy euforii, jest natomiast oczekiwanie. Jest zainteresowanie, chęć poznania, konfrontacji, przemożna chęć spotkania z Drugim. Ustowska bada tym zwielokrotnionym, głębokim „a” całą przestrzeń czarnego sześcianu, w którym wszyscy się znajdujemy, skanuje nim swoich scenicznych partnerów i nas, widownię. Jej krzyk, podbudowany powolnym, mozolnym wręcz ruchem, zawiera w sobie trud uniwersalnie rozumianego początku.


Prócz dźwięku, którym Ustowska eksploruje sceniczny świat, inicjalne partie spektaklu to także obraz tancerzy przytrzymujących pokaźnych rozmiarów plastikowe tuby, przywodzące na myśl hydrauliczne rury. Skojarzenia z hydrauliką, budową, działaniem pewnego mechanizmu są tu chyba słuszne, bo w całej swej rozciągłości najnowsze przedstawienie Dada opowiada o istnieniu i funkcjonowaniu w ramach danej konstrukcji. Tę intuicję potwierdza również muzyka Michała Drabczyka, kolaż chropowatych dźwięków kojarzący się z przelewaniem, stukotem i trzaskiem trzewi jakiejś skomplikowanej (nie)ludzkiej struktury. Właściwie – każdej struktury. Kosmosu, Ziemi, ludzkiego ciała. Czy teatralnego zespołu, bo One to również rozważania na temat bycia w grupie tworzącej sztukę. Porządkiem każdego z tych istnień, mechanizmów jest rytm poruszających się nieustannie cząsteczek. Rytm przypadkowych spotkań, połączeń, związków. Dynamika ich trwania, ich wewnętrzne skomplikowanie.


Uniwersalna opowieść o istnieniu, którą prezentuje w One Dada, rozpisana jest na choreografię daleką od tego, z czym zazwyczaj kojarzymy taniec współczesny. Nie ma tu efektownych, naznaczonych lekkością układów, nie ma epatowania możliwościami wyćwiczonego ciała. Cielesność i ruch oddają tu przede wszystkim podstawowy, chemiczno-fizyczny aspekt istnienia, z wpisanym w niego trudem, metodycznością, przypadkowością, czasem – nieudolnością. Tak jest chociażby w jednej z pierwszych scen, w której tancerze raz za razem upadają na sceniczne deski. Padające niemal bezwładnie ciało, które zaraz po upadku wstaje ponownie, nie ma w sobie gracji, wdzięku, oddaje natomiast w pełni mozół konstytuowania się świata, tak w skali makro, jak i w jego najbardziej mikroskopijnym wymiarze.


W kolejnych partiach spektaklu powtórzona zostaje surowość tych inicjujących gestów, ruchów. Asynchroniczne na ogół układy sytuują tancerzy niemal zawsze w bliskości. Ich ciała są w nieustannym kontakcie, naznaczonym jednak zawsze rodzajem przypadkowości. Owa przypadkowość nadaje charakter każdej obrazowanej tu relacji. Jedne związki jawią się jako wyraźnie okazjonalne i połowiczne, co zaznaczone zostaje poprzez delikatne jedynie muśnięcia czy też naznaczone rysem rywalizacji, a nawet swoistej agresji pchnięcia, mijanie się, potykanie o siebie. Choreografia ustawia ciała tancerzy w serie kanciastych figur, jednoznacznie kojarzących się z liniami chemicznych, fizycznych czy matematycznych wzorów. Na każdym etapie spektaklu podkreślany jest cykliczny akt łączenia i oddalania. Jedną z najciekawszych, a zarazem najmocniejszych scen przedstawienia jest ta, w której trójka tancerzy przemierza scenę w mocnym uścisku przeplatających się nóg i ramion. Trzy ciała połączone w jedność za sprawą wędrujących nieustannie dłoni, wciskających palce do ust, nosów, uszu, w zgięcia kolan, pod bieliznę. W tej scenie w pełni dochodzi do głosu charakter procesu łączenia się pojedynczych cząsteczek w daną całość, obojętne, czy jest nią komórka, która wraz z tysiącem innych tworzy źdźbło trawy, czy kolektyw ludzi połączonych wspólną twórczą pracą. Powolny ruch w tej scenie, palce penetrujące każdy zakamarek ciała Drugiego pokazują, jak bezwzględna musi być bliskość cząstek tworzących jedną jakość. Jak bezpardonowo, odgórnie wręcz musi ona zakładać każdego rodzaju przekroczenia, nawet te o najbardziej intymnym charakterze.


W „pojubileuszowym”, otwierającym nowy czas spektaklu scena stanowi, bardziej niż zazwyczaj w przypadku Dada, przestrzeń eksperymentu. One ma w sobie zapisaną pewną paradoksalną przecież opozycję. Jest z jednej strony dziełem skończonym, pełnym, z drugiej jednak przyjęty tu rodzaj estetyki i semantyki pozwala ujmować je jako (jeszcze) work in progress. Motyw badania, testowania widoczny jest tu nadzwyczaj wyraźnie, odnieść go można (należy?) zarówno do kształtu samej narracji i zbudowanego w jej ramach świata, jak i do metody twórczej – znamionowanej przez ciekawość, gotowość do podejmowania prób, ciągłe zastanawianie się, sprawdzanie. Taki sposób budowania nie odżegnuje się oczywiście od dekonstrukcji tego, co przed chwilą stworzone. One całkiem intensywnie posługuje się teatralnym rekwizytem – w jednej ze scen pociągnięty sznurek uwalnia lawinę białych piłeczek. Oczywiście można ten gest czytać jako jeszcze jeden obraz podzielonej na niezliczoną liczbę drobin rzeczywistości. Ale można również interpretować go jako ironiczny gest rozproszenia, zburzenia tego, co przed momentem wzniesione. Z wyraźnym zaznaczeniem braku stałości wszelkiej struktury. W takim porządku obraz spadających i rozbryzgujących się o sceniczne deski kulek można uznać za manifestację nadrzędnej filozofii zespołu, która pozwala na wielość i wymienność – energii, pomysłów, kreatywności ludzi wchodzących w skład zespołu.


Zdaję sobie sprawę z tego, że One może wywoływać zdziwienie, pewną konsternację, pewnie może nawet drażnić. Specyfika choreografii, ruchu jest tu sporym wyzwaniem, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętają Katarzynę Ustowską i Piotra Stanka (Patryk Durski debiutuje w zespole) z wcześniejszych produkcji Dada i znają dzięki temu ich możliwości. One zaskakuje swoistą „topornością” poszczególnych układów choreograficznych, pozbawionych, jak zaznaczyłam wcześniej, finezji, lekkości, synchronizacji. Jednak ruch generowany jest tu przez nadrzędny temat spektaklu – ten zaś został tu rewelacyjnie uobecniony przez wszystkie składniki przedstawienia: muzykę, reżyserię świateł, kostiumy (korelujące z tematem i specyfiką świata robocze uniformy), wreszcie samą choreografię. Narracja, pozornie zdefektowana, pozbawiona wyraźnego pulsu, oddaje w całej swej istocie wizję, która legła u podstaw spektaklu – przekonanie o rozdrobnieniu wszystkich płaszczyzn dostępnej naszym zmysłom rzeczywistości. One jest również traktatem o kolektywności, o pracy wspólnej na gruncie sztuki. I tu chyba najmocniej daje się odczuć wpisane w ten spektakl dziedzictwo Dada: (auto)ironia, przekora, chęć przełamywania, stawania w opozycji wobec utartych schematów i wzorów.


Po dwudziestu pięciu latach pracy Teatr Dada von Bzdülöw wypuszcza w świat nowe. Rozpoczyna kolejne odliczanie.


Teatr Dada von Bzdülöw
One
koncept i realizacja:
Katarzyna Kania, Katarzyna Ustowska, Patryk Durski i Piotr Stanek
dramaturgia: Katarzyna Kania
muzyka: Michał Drabczyk
reżyseria świateł: Michał Kołodziej
obsada: Katarzyna Ustowska, Piotr Stanek, Patryk Durski
premiera: 28.09.2018