Artykuły

Papety, czyli niedojrzałość

Z Wojciechem Stachurą rozmawia Magda Piekarska

Magda Piekarska: Skąd się wzięły papety?

Wojciech Stachura: Z mojej głowy. Trzy lata temu wpadłem na pomysł, żeby stworzyć taką rodzinę, trochę wzorując się na mapetach, ale tak, żeby zaznaczyć swojski, polski charakter postaci. Inspirowałem się też stosunkami w domu rodzinnym – mam siostrę, wychowywali mnie dziadkowie, bo rodzice byli w pracy. Nie mogliśmy zrobić polskich mapetów, bo mapet jest marką zastrzeżoną, stąd Rodzina Papetów.

W Teatrze Miniatura w Gdańsku, w którym pracuję, działa scena inicjatyw aktorskich. Zwykle wystawia się w jej ramach monodramy i bajki, na podobnej zasadzie jak w nurcie off na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej – dostaje się  skromny budżet, dziesięć tysięcy złotych na produkcję. Ja za te pieniądze wyprodukowałem cztery filmy przedstawiające nasze postaci. Lalki wykonała i zaprojektowała Olga Ryl-Krystianowska, zbudowaliśmy dla nich plany zdjęciowe, tekst napisał Mariusz Babicki, scenografię zaprojektowała Monika Ostrowska, zgromadziliśmy obsadę. To była świetna lekcja teatralnej i filmowej produkcji oraz grania papetami, w tej odsłonie jeszcze dla dzieci. Zaraz po tym był off na Konkursie Szekspirowskim, kiedy uznaliśmy, że papety mogą zadebiutować w kontakcie z dorosłym widzem. I zagrały Szekspira – założyliśmy, że ze swoją ekspansywną naturą są w stanie przejąć każdy teatr, w którym pojawią. Wystąpiły też w teledysku zespołu Fruitcakes, który w 2017 roku zajął drugie miejsce w głosowaniu czytelników portalu Interia.pl na najlepszy alternatywny teledysk w Polsce. Przy wszystkich produkcjach pracowało i pomagało nam wielu ludzi, którym należą się wielkie podziękowania.
A Przegląd Piosenki Aktorskiej?

Pomysł na offowy spektakl na PPA długo we mnie dojrzewał. Dorastałem z nurtem off – jako uczeń wrocławskiego XVII LO zdobywałem wejściówki do Capitolu za roznoszenie ulotek i plakatów, potem byłem wolontariuszem na pierwszym offowym konkursie. Po studiach miałem parę pomysłów na udział w nim, których jednak ostatecznie nie wysyłałem. A teraz pomyślałem, że skoro Michał Derlatka ma chwilową przerwę w realizacjach, a współpracowałem z nim kilkakrotnie i wiedziałem, że posługuje się tym typem żartu i absurdu, o który nam chodzi, że skoro mogę zaprosić świetnych muzyków Przemka Bartosia i Marcina Gałązkę, to czemu nie? No i zawsze lubiłem teksty Marysi Wojtyszko, więc Michał w moim imieniu zapytał, czy by nie napisała czegoś dla papetów. O dziwo, zgodziła się, zadała tylko pytanie, czy ma absolutnie wolną rękę. Odpowiedziałem, że tak. No i pamiętam moment, kiedy dostałem od niej krótki opis. I zadałem sobie pytanie: czy jesteśmy na tyle odważni, żeby to zrobić?

Dlaczego nabrałeś wątpliwości?

Pracuję w teatrze lalkowym, w którym robię też spektakle dla dorosłych, więc mam tam miejsce, w którym mogę podejmować dialog z dojrzałym widzem. Ale te produkcje są nieco ugrzecznione, w ramach instytucji albo nie możemy sobie w nich na niektóre rzeczy pozwolić, albo też nie ma potrzeby, żeby przekraczać granice. A w papetach dotykamy spraw, które mnie bolą. Zresztą nie tylko mnie – cały zespół realizatorów ma dość zbieżne poglądy na bieżące tematy społeczne i polityczne. Więc po tej sekundzie wahania całe grono poszło za tym tematem – wykreśliliśmy z tekstu Marysi może dwie kwestie i jedną scenę. Z powodów czysto dramaturgicznych – wydłużyła rytm akcji.

Miałeś chwilę wahania przy paleniu kukły Żyda?

To na pewno był jeden z motywów, które sprawiły, że pomyślałem: taka jazda po bandzie to może przesada. Ale w świecie lalek jest inaczej – kukła i lalka żyworęka to są przecież kuzyni, istnieją ożywieni przez aktorów, więc poziom interpretacji jakoś się wyrównuje. Kukła zostaje upostaciowiona – z jednej strony jest empatyczna, z drugiej strony niesie ze sobą jakiś stereotyp, ale w końcu to ona opiekuje się dzieckiem naszej bohaterki, Marlenki. No i przychodzi w paczce z firmy „Śmierć wrogom ojczyzny” jako zabawka edukacyjna, co jeszcze pogłębia ten absurd. W stosunku do teatru lalek w Polsce od dawna pokutuje przekonanie, że to ma być teatr metaforyczny, teatr subtelnych znaków. Właściwie dlaczego? Przecież np. czeski teatr lalkowy dla dorosłych to zawsze była nawalanka, pełna odniesień do ówczesnej polityki.

W tekście Marysi uwiodła nas swoboda mówienia o tym, co nas boli. Okazało się, że możemy być bezkarni, bo forma teatru lalkowego, jaką przyjęliśmy, niejako automatycznie nakłada na ten przekaz rodzaj metafory. W efekcie powstał obraz, który ma w sobie rodzaj komizmu, podobnego do tego, jaki odkrywałem kiedyś w spektaklach Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, kiedy po tym jak śmiałem się przez pół godziny, uświadamiałem sobie boleśnie, że sam jestem obiektem tej kpiny.

Czym jest wasze „papet show”?

Obrazem Polski. Pamiętam telefon od organizatorów PPA jeszcze przed ogłoszeniem wyników konkursu. Pytano mnie, co to ma być. Odpowiedziałem: bardzo polskie Muppet Show, nic innego nie byłem w stanie na poczekaniu wymyślić. Dziś powiedziałbym jeszcze, że to rzecz o marzeniach, utożsamianych przez postać Mirka, takiego normalsa – to koncert jego wewnętrznego zespołu oglądamy na scenie. Ale i opowieść o współczesnej rodzinie, w której nie ma mamy i taty. Bo dziś to dziadkowie coraz częściej stają się rodzicami. Ci sceniczni zginęli, osierocając Mirka i Marlenkę. Ale może być i tak, jak w wielu polskich domach, także w moim, że dziadkowie przejmują opiekę nad dziećmi, których rodzice są wiecznie w pracy. I ze swoim ugruntowanym światopoglądem sprawują pieczę nad wnuczętami.

To przedstawmy tę rodzinę. Na pierwszy plan od razu wysuwa się Marlenka.

Siostra bliźniaczka Mirka, córka emigrantów, którzy przed laty wyjechali do Wielkiej Brytanii. Po ich śmierci jedzie wraz z bratem do dziadków mieszkających we Wrocławiu. Marlenka jest nacjonalistką, Polska to dla niej wymarzony kraj, Polacy – wybrana nacja, a nacjonalizm – jedyna słuszna droga. W Marlence czyn poprzedza myśl, generalnie ona myśli nie za wiele. Kieruje nią atawistyczny, wewnętrzny egoizm, chęć zaspokojenia własnych żądz, niepohamowanej agresji.

Towarzyszy jej zimna brytyjska ryba.

O afrykańskich korzeniach. Jeremy to liścień afrykański, chłopak Marlenki, z którą połączyła go wiara w ideę nacjonalizmu. Zauważyliśmy, że z Brytyjczykami łączy nas, Polaków, rodzaj pokrewieństwa – znamy jeden język, nie lubimy obcych, uznajemy tylko jedną nację. Więc oboje jadą do Polski, żeby ją uratować. Już w kraju Marlence urodzi się Benitek, pół-papet, pół-ryba, a do tego czarny.

A Mirek?

To hipster, normals. Jedyna postać, która ma marzenia i stara się je realizować. Cierpi w Polsce z powodu smogu i nastrojów polityczno-społecznych – pewnie z tego powodu cały zzieleniał. Chce być filmowcem, interesuje go europejski arthouse, jest fanem Antonioniego, a jego wewnętrzna muzyka wyznacza drogę, jaką pokonuje od pięknej melodii, do której śpiewa o tym, że „tylko kultura nas uratuje”, do noise’u. Jego filmowe marzenia też ulegają zmianie – od pięknych filmów w stylu starych mistrzów aż po przekaz trochę w stylu Wiadomości TVP, a trochę gali piosenki biesiadnej z Polsatu. On jeden stara się zrozumieć to, co się dzieje w Polsce, ale poddaje się na samym końcu – w naszej historii brak happy endu. Nie ma w niej finałowego numeru, wesołej piosenki jak w Muppet Show.

Na szczęście można liczyć na babcię.

Tak, babcia wszystko ogarnie. Nasza babcia to ultrababcia, stereotypowa do bólu, taka, która odda wszystko dla rodziny, zapominając o sobie do tego stopnia, że nie pamięta nawet, jak ma na imię. I to właściwie dla niej nie ma znaczenia – ważne, że kiedyś była mamą, teraz jest babcią. Jest też dziadek, Ryszard Papet, molestowany przez księdza Makarego, który lubi starszych. A chociaż wszyscy o tym wiedzą, nikt z tym nic nie robi. Poza tą krzywdą, którą w sobie nosi, dziadek jest wyznacznikiem klasycznego polskiego patriarchatu – to babcia Irena nosi walizki bliźniaków, to ona uwija się w kuchni i na pokojach. Dziadek, babcia, Marlenka – te karykaturalne, przerysowane postaci pojawiają się w kontrze do Mirka, który jest introwertykiem. Jest jedynym bohaterem, z którym moglibyśmy się utożsamić, ale nie wiedzie prymu w tej historii, więc podążamy za postaciami niekoniecznie zbieżnymi z naszym światopoglądem, jesteśmy niejako zmuszeni przymykać oko na ich złe uczynki.

Kiedy oglądałam papety na PPA, pomyślałam, że najdotkliwsze w tej historii jest pokazanie, jakim niedojrzałym narodem jesteśmy.

Nie jestem specem od historii, polityki, jestem od grania. Ale trudno tego nie widzieć, nawet przez pryzmat naszego środowiska. Jesteśmy strasznie niedojrzali, dopiero uczymy się otwartości na świat, na innych. W dodatku nie potrafimy się z siebie śmiać, w telewizji jesteśmy karmieni słabym kabaretem, w którym wystarczy, żeby facet przebrał się za babę, żeby wywołać chichot. Więc fajnie, jeśli teatr znajduje środki, żeby powiedzieć coś więcej, sięgnąć głębiej. Jasne, dotykamy polityki w spektaklu, ale nie po to, żeby być sztandarem jakiejkolwiek partii. W papetach żadnej ze stron konfliktu, który dziś dzieli Polskę, nie dostaje się mniej, każda ma u nas swojego przedstawiciela. Problem w tym, że w Polsce trudno odróżnić lewą stronę od prawej. I mam wrażenie, że zarówno w życiu politycznym, jak i w nastrojach społecznych jesteśmy blisko międzywojnia, dlatego też kabarety robią się równie ostre. Nie bójmy się zabawić tym wszystkim – bo mam wrażenie, że przestaliśmy się bawić i wszystko traktujemy szalenie serio. Ja nie chcę być serio, co więcej, uważam, że nie mam prawa do wygłaszania wielkich tez. Mogę za to coś zauważać, odczuć, mogę mówić o tym, co mnie boli, starając się zmieścić to w lalkowej formie. Ale nie jestem mędrcem, żeby kogokolwiek pouczać. Ani demonstrantem, który stoi ze sztandarem.

Na ile cechy charakteru bohaterów Papetów pierwszy raz w Polsce są zbieżne z wcześniejszymi wcieleniami Marlenki, Mirka i dziadków?

One się zachowały; Marysia zresztą pisała ten tekst ze świadomością, z jaką obsadą ma do czynienia. Ich zarys pojawił się już na poziomie koncepcji lalek – razem z Olgą spędziliśmy dużo czasu na dyskusjach o tym, jak powinny się nazywać, jakie cechy charakteru im przypisać i jak je uwidocznić w specyfice ruchu, wyglądu, funkcji, takich jak marszczące się brwi dziadka, wiele rąk babci czy zielona głowa Mirka, pozbawiona nosa i włosów. Te cechy kondensowały się przez kilka lat, dając pełnokrwiste charaktery. Pojawia się inny problem – zastanawiamy się teraz, czy dziś, po ugryzieniu tych wszystkich dorosłych tematów, nasze papety są jeszcze w stanie zagrać dla dzieci. Bo jest trochę tak, jakby utraciły dziewictwo.

Poczucie absurdu towarzyszyło im jednak od zawsze. Np. babcia gotowała zupę z problemów, z którymi przychodzili do niej pozostali członkowie rodziny. Dziadek prowadził Mirka do pokoju, w którym zbierał przygody z całego swojego życia. I zabierał go na potańcówkę do klubu emerytów, żeby pokazać mu, jak się bawić. Marlenka postanawiała, że przejmie teatr, żeby urządzić go po swojemu, tak jak teraz próbuje po swojemu urządzić Polskę. A Mirek zastanawiał się, jak uciec z własnego pokoju, ukryć się przed swoją rodziną, która wiecznie czegoś od niego chciała. Papety kochają absurd i krytyczne sytuacje, kiepsko się sprawdzają w zderzeniu z letnimi sprawami.

I dają wolność – wasz spektakl jest dowodem, że z lalką w ręku można sobie pozwolić na wszystko.

Przyznaję, było trochę strachu, że skończymy w więzieniu, bo okaże się, że  ten balans został przekroczony. Ale teatr lalek jest teatrem formy, a ta okazała się odpowiednia dla tematów społeczno-politycznych. Niesamowite, że mogliśmy sobie na to wszystko pozwolić. I że stało się to właśnie we Wrocławiu, w miejscu, które jest dla mnie bardzo istotne ze względu na twórczą wolność właśnie. Jednym ze spektakli, które jakoś mnie ukształtowały była Śmierdź w górach oglądana w Capitolu – i nie chodzi tu o jakość artystyczną, ale o rodzaj jazdy bez trzymanki; to zostaje w człowieku. Później, gdy zdawałem egzamin z marionetki w szkole teatralnej w Białymstoku, pokazałem księży, którzy robili striptiz dla zakonnic. Po studiach osiadłem w gdańskiej Miniaturze. Jest ryzyko, że pracując w instytucji, ograniczysz się do jej repertuaru, ale ze mną nie ma tak łatwo. Mam w teatrze ksywę Huragan, bo kiedy idę przez korytarz, to wiadomo, że albo będę rzucał jakąś scenografią, albo coś ze sobą wezmę i wykorzystam. Paradoksalnie to instytucja dała mi wolność. Papety są kumulacją moich wcześniejszych doświadczeń i twórczym poszukiwaniem zarazem. W polskim teatrze lalek utarło się, że teatr dla dorosłych ma być ciężki i ma skłaniać do myślenia. A ja wolę, żeby nie rezygnując z tej drugiej funkcji, był absurdalnie śmieszny.

Papety będą miały dalsze życie?

Chcemy ten spektakl pokazywać. Pojawiły się wstępne propozycje – m.in. Jacek Głomb chciał nas zaprosić do Legnicy. Chcielibyśmy pojechać z papetami do różnych teatrów lalek, nie tylko w Polsce, mam nadzieję, że po zdobyciu Tukana Off uda się z nimi zawitać do wrocławskiego Capitolu. Na pewno mamy w planach pokaz w Miniaturze w czerwcu i mamy nadzieję na wakacje z papetami w ramach projektu Teatr Polska, do którego się zgłosiliśmy. Nagroda nie oznacza więc końca, raczej początek zabawy.

A jak trafiłeś do teatru?

Jestem z Brzegu. Tam brałem udział w zajęciach teatralnych prowadzonych przez Marię Dorotę Herman w ramach Teatru Dnia Niepowszedniego. Po gimnazjum wyglądało jednak na to, że zostanę w przyszłości magistrem inżynierem fizyki. Ale pod koniec szkoły pojechałem z koleżanką na dni otwarte do wrocławskiej „siedemnastki”, do klasy teatralnej. Spodobało mi się i obok wszystkich mat-fizów zaniosłem papiery i tam. W efekcie koleżanka się nie dostała, a ja tak. We Wrocławiu zacząłem chodzić do Polskiego, wciskałem się na próby generalne, na dostawki, udawałem, że jestem studentem szkoły aktorskiej. Jak nie miałem na bilet, obiecywałem, że oddam z kieszonkowego, jak tylko dostanę. Na Oczyszczonych Krzysztofa Warlikowskiego do Wrocławskiego Teatru Współczesnego wszedłem, okłamując bileterki, że mam skończone osiemnaście lat. Pamiętam jeszcze stary Wrocławski Teatr Lalek za dyrekcji Wiesława Hejny, z magicznymi i przedziwnymi lalkami Jadwigi Mydlarskiej-Kowal. Potem był egzamin na lalki we Wrocławiu – znalazłem się tuż pod kreską. Rok spędziłem w Studium Animatorów Kultury „Skiba”, pracowałem w galerii handlowej i brałem udział w dodatkowych kursach aktorstwa. Zdawałem do wszystkich szkół oprócz Łodzi – w Krakowie wylądowałem pod kreską, a dostałem się do Białegostoku. Przyznam, że z początku byłem przerażony tym miastem, w którym na pytanie o najbliższą galerię wskazywano mi handlowy pasaż. Ostatecznie klasztor szkoły teatralnej okazał się super sprawą, spotkałem tam mnóstwo fantastycznych ludzi, m.in. Karolinę Czarnecką nagrodzoną na PPA czy Kasię Pietruską, która teraz występuje w Blaszanym bębenku w Capitolu. Uczyli nas starzy i młodzi profesorowie, a my mieliśmy cedzak w ręku, którym z serwowanych nam anegdot odcedzaliśmy ważne informacje i chłonęliśmy to, jak wygląda lalkarski świat na świecie. Studiowaliśmy bez najmniejszych kompleksów pod względem Krakowa czy Warszawy.

Wtedy zacząłeś robić lalki?

Zawsze coś malowałem, majsterkowałem. Traktowałem to jako rodzaj terapii. W szkole niewiele osób robiło swoje lalki, a ja lubiłem zamknąć się i spróbować coś wykombinować. Jak szedłem na próbę, miałem poczucie, że efekt mojej pracy jest chwilowy, a tu miałem do czynienia z realnym skutkiem – oto mogę czegoś dotknąć, coś stworzyć i coś zepsuć. Lalkarstwa nie traktowałem nigdy jako bocznej ścieżki, która poprowadzi mnie do dramatu – lubiłem to, wiedziałem, że chcę to robić.

Samo aktorstwo ci nie wystarczało?

No nie, może stąd ten pracoholizm, który obsesyjnie uprawiam? Bo jakoś nie potrafię inaczej. Jest pierwsza w nocy, a ja nie potrafię położyć się spać z poczuciem, że za mało zrobiłem. Że muszę coś jeszcze, coś więcej, żeby zasnąć. Tak jak z tym offem – stopniowo z małej produkcji rozwinął się duży spektakl.

template Joomla