Artykuły

Da się, czyli off a samorządy

Opracowała Iwona Konecka

Zapis panelu, który odbył się 15 września 2017 roku podczas Festiwalu Dolnośląskich Teatrów Offowych „Zwrot” we Wrocławiu. W dyskusji wzięli udział: Justyna Makowska – dyrektorka Wydziału Kultury Urzędu Miasta Poznania, Robert Krupowicz – burmistrz Goleniowa i Maciej Trzebeński – dyrektor naczelny Fabryki Sztuki w Łodzi. Panel moderowała Katarzyna Knychalska – redaktor naczelna magazynu „Nietak!t”.

KATARZYNA KNYCHALSKA: Dzisiejszy panel nazwaliśmy trochę przewrotnie: Da się, czyli off a samorządy. Wychodzimy bowiem z założenia, że każdy teatr, nie tylko ten niezależny, jest przede wszystkim lokalny, przeznaczony dla swojego miejscowego widza. Dlatego jest też niejako skazany na samorządowych organizatorów – z całym błogosławieństwem i ze wszystkimi problemami, jakie to ze sobą niesie. Są w Polsce miejsca, w których tego błogosławieństwa jest więcej niż problemów. W Poznaniu na przykład działa Scena Robocza – finansowany przez miasto ośrodek rezydencyjny dla teatru offowego. Corocznie organizowany jest też konkurs grantowy dla organizacji pozarządowych z niewyobrażalnym dla innych miast trzynastomilionowym budżetem. Justyno, jak udało się w Poznaniu stworzyć tak przyjazny dla offu system? Kto dał pierwszy impuls? Włodarze czy jednak legendarny poznański off sam sobie wydreptał to przez lata?

JUSTYNA MAKOWSKA: Szanowni państwo, myślę, że wydreptywał, ale nie wydreptał, dopóki nie pojawił się „oświecony włodarz”. Mam wrażenie, że wszystko się zmieniło w momencie rozpoczęcia kadencji prezydenta Jacka Jaśkowiaka i pojawienia się w departamencie kultury Jędrzeja Solarskiego – zastępcy prezydenta, który chętnie spotyka się i rozmawia z artystami, słucha ich i, co najważniejsze – nie boi się podejmować decyzji, nawet skomplikowanych. Czyli ważne, żeby był ktoś „oświecony”, świadomy tego, że dużo można, i przekonany o tym, że właśnie artyści tworzą klimat miasta. Przed obecną kadencją powołano w Poznaniu sztab antykryzysowy i pokazano władzom żółtą kartkę. Młodzi artyści nie mieli swojego miejsca, a ci, którzy przed chwilą zakładali galerie sztuki, wybierali się na emigrację. Forum Kultury zakończyło się rekomendacjami, z którymi miał się zapoznać samorząd. Jednak dopiero nowy zastępca prezydenta zaczął powoli je wdrażać. To on stwierdził, że obraz kultury poznańskiej to nie tylko dorobek instytucji. To również, a nawet w głównej mierze, działalność organizacji pozarządowych. Rzeczywiście budżet dla organizacji pozarządowych w Poznaniu wynosi trzynaście milionów, ale prezydent zapowiada, że co roku te środki będą wyższe o pół miliona. Podsumuję: trzeba słuchać, rozmawiać, spotykać się z osobami, które wiedzą, co mówią, i wiedzą, co robią. Takie spotkania są regularnie organizowane przez prezydenta. Są to śniadania u prezydenta, śniadania z dyrektorami instytucji czy spotkania z Komisją Dialogu Obywatelskiego.

KNYCHALSKA: Dla niewielkiego Goleniowa kwota trzynastu milinów złotych na kulturę brzmi zapewne niewiarygodnie. Mniejsze miasta muszą wypracować inne skuteczne sposoby na współdziałanie z teatrami niezależnymi. Panie burmistrzu, współpracuje pan z Teatrem Brama już wiele lat i zdaje się, że wasze kontakty są mniej oficjalne. Można powiedzieć, że wypracowaliście bezpośrednie łącze – kiedy pojawia się problem, próbujecie rozwiązać go razem. Możemy więc mówić o pełnej dobrej woli. Czy jednak pojawiają się w waszej współpracy jakieś przeszkody systemowe, które utrudniają rozwiązywanie napotkanych problemów?

ROBERT KRUPOWICZ: Drodzy państwo, nie ma co ukrywać, reprezentuję system. Natomiast kiedy w 2010 roku jako nowy burmistrz zacząłem zarządzać tym systemem, Teatr Brama działał na wygnaniu. W efekcie różnych zbiegów okoliczności moi poprzednicy wymówili Bramie miejsce pobytu i teatr zniknął z Goleniowa. Podczas kampanii wyborczej wiedziałem tylko, że kiedyś w mieście taki teatr działał i organizował bardzo udany festiwal teatralny Bramat. Nie miałem natomiast świadomości, że już nie funkcjonuje w społeczności lokalnej. W początkach mojej pracy jako burmistrza zbiegło się kilka fantastycznych okoliczności. Miałem okazję obejrzeć spektakl Uczucie w dźwięku. Wtedy już wiedziałem, że Teatr Brama musi tu być. Użyję pewnego zakresu pojęciowego, który nie pojawia się w teoriach zarządzania ani polityki – jeżeli w systemie nie ma energii, nie ma chemii, nie ma metafizyki, to system jest w letargu.
Pamiętam moją pierwszą rozmowę z Danielem Jacewiczem. Mówię: „Musisz wrócić do Goleniowa. Chcę, żebyś zajął się akupunkturą miejsca”, tak to nazwałem na swój użytek. „Chciałbym, żebyś razem ze swoim teatrem nakłuwał naszą społeczność, cały Goleniów, wyzwalając energię i budując metafizyczne połączenia”.
Od tego czasu łączy nas z Danielem zażyła przyjaźń, wychodząca poza ramy zależności organizacyjnych czy służbowych. Teatr Brama to przedsięwzięcie daleko wykraczające poza formę tylko teatralną. O to ich prosiłem, żeby wokół nich wykluwało się środowisko, żeby włączali ludzi z różnych grup społecznych. I to się wydarzyło – na ostatnim festiwalu widziałem dzieciaki z Małej Bramy, młodzież, dorosłych i seniorów. Widziałem grupę międzypokoleniową i międzynarodową z wolontariuszami z całego świata, którzy współpracują z Bramą. Widziałem, jak rozwinęło się miejsce, w którym osiedliliśmy Bramę. A nie było to proste. Teatr nie miał siedziby, więc stoczyłem ogromną batalię z radą miejską i wszystkimi lokalnymi liderami. Wymówiłem miejsce dyskotece, która od lat prowadziła tam swoją działalność, ku zadowoleniu wielu. Zrobiłem to, bo byłem pewien, że chcę mieć ten teatr w Goleniowie, że efekty ich pracy wykroczą poza wszystkie pojęcia związane z zarządzaniem, takie jak promocja czy zysk. Chodzi o metafizykę i chemię miejsca.

Da sie fot. Karol Budrewicz

KNYCHALSKA: Macieju, jak wygląda sytuacja w Łodzi? Czy wy mieliście szczęście trafić na „włodarza oświeconego”?

MACIEJ TRZEBEŃSKI: Trzy rzeczy są najważniejsze. Pierwszą jest człowiek. Muszą spotkać się ludzie, między którymi jest chemia, którzy rozumieją swoje potrzeby i ograniczenia. Drugą rzeczą jest chęć, bo ograniczeń jest wiele i trzeba je przezwyciężać, szukając różnych rozwiązań. Trzecie jest miejsce. Jeśli wszystkie trzy zbiegną się w jednym czasie, jest szansa na coś wyjątkowego. Dziesięć lat temu taka sytuacja zdarzyła się w Łodzi. Władze miasta chciały pomóc Fundacji Łódź Art Center i Stowarzyszeniu Teatr Chorea, które szukało swojego miejsca po wyjściu z Gardzienic. Były też fabryki, w których dziś się mieścimy. Dzięki wzajemnemu zrozumieniu i chęciom znaleźliśmy sposób i podjęliśmy trójstronną współpracę między urzędem miasta i dwoma prywatnymi podmiotami. Nie było to proste, bo brakowało systemowych, dostosowanych narzędzi. Trzeba było znaleźć rozwiązanie zgodne z prawem, a jednocześnie dostosowane do potrzeb. Udało się to właśnie dzięki chęci, o której mówię. Dzięki niej powstało miejsce, które ma bardzo mocną tożsamość, a jednocześnie jest otwarte. Jednak mechanizm, który został wytworzony w tym trójkącie, ma swoje ograniczenia. Budżet jest niewielki i pozwala zaspokajać tylko podstawowe potrzeby związane z utrzymaniem budynku i pensjami. Środki na działania artystyczne musimy wypracowywać sami. A zasada, że im więcej teatr gra, tym więcej kosztuje – potwierdza się w działaniu.
W pierwszej umowie, która powoływała Fabrykę Sztuki, określone były wkłady partnerów. Na początku na poziomie 30% budżetu, później zmniejszone do 10%. Dziś jest to określona kwota: „nie więcej niż…”. Negocjowaliśmy, ponieważ instytucja się rozwijała i rodziły się nowe potrzeby.
Samorząd lubi wielkie festiwale, które są jak fajerwerki – widoczne natychmiast. Efekty naszej pracy będziemy obserwowali za kilka lat. Dlatego jest ona mniej atrakcyjna z punktu widzenia PR-u. Na szczęście jest też doceniana. Często słyszymy, że działania Teatru Chorea są unikatowe w skali kraju i Europy, a przede wszystkim potrzebne miastu, że warto je wspierać.

KNYCHALSKA: O to chciałabym dopytać – czy fakt, że jesteście zauważani i że wasz organizator wie, czym się zajmujecie i jaką to ma wagę, przekłada się na konkretne rozmowy typu: „z 30% zejdźmy na 10%”? Czy te rozmowy są proste? Jak się w waszym przypadku odbywają?

TRZEBEŃSKI: Trudno jest działać i walczyć o pieniądze, kiedy brakuje środków na codzienne utrzymanie. Mamy prawie siedem tysięcy metrów kwadratowych fabryk, co pochłania wiele pieniędzy. Trzeba znaleźć złoty środek między działaniami Teatru a innymi aktywnościami Fabryki. Mamy tutaj kilka możliwości, między innymi dotacje celowe dla instytucji oraz granty, o które występuje Stowarzyszenie Teatr Chorea. Działamy wtedy razem. Jesteśmy współorganizatorami imprez takich jak festiwal Retroperspektywy, działania edukacyjne czy produkcje teatralne. Wspólne działanie multiplikuje siły. Oczywiście zawsze są jakieś ograniczenia i to, że Chorea jest bardzo dobrze postrzegana, ułatwia rozmowy.

KNYCHALSKA: Justyno, mówiliśmy, że jeśli produkt jest dobry, pomaga to w rozmowach z urzędnikami. Ale wyobraźmy sobie taką hipotetyczną sytuację. Mamy teatr offowy, doświadczony i uznany za artystycznie ciekawy. Załóżmy, że radzi sobie też ze stroną organizacyjną – wie, co to formularz, potrafi złożyć wniosek i zaczyna się rozwijać. Potrzebuje pomocy lokalnej, bo wiadomo, że niezależny zespół z misją artystyczną i społeczną sam nie poradzi sobie na wolnym rynku. I ten nasz teatr chodzi od drzwi do drzwi w urzędach, ale nie ma żadnej siły przebicia. Postanawia więc rozszerzyć swoje działania. Wie, że takich jak on jest w mieście więcej. Zbierają się w grupę, która jest przekonana, że będzie mieć większą siłę przebicia, bo ma do pokazania więcej dobrych produktów. Ta grupa znowu rusza w obchód po urzędach, ale napotyka na brak chęci rozmowy. Takie sytuacje zdarzają się bardzo często. Co byś poradziła takiej grupie ludzi? Czy mają pogodzić się z tym, że uznano ich za roszczeniowych? A może powinni się zbuntować i zrobić ogólnopolską awanturę? Jakie działanie zaproponowałabyś ludziom z perspektywy swojego dobrze działającego systemu?

MAKOWSKA: My rozmawiamy. Przychodzą do nas stowarzyszenia, fundacje czy niezależni twórcy i próbujemy znaleźć sposób, żeby im pomóc. Nie zawsze możemy to zrobić tak, jak organizacje i twórcy tego oczekują. Mamy jednak pewien sposób – jeżeli nie znamy czyichś działań, to wypróbowujemy go w mniejszych inicjatywach. Na przykład w formule małych grantów. Jeżeli przedsięwzięcie się udaje, również organizacyjnie, jeżeli jest dobrze rozliczone, to później wspieramy w pisaniu dużych projektów i doradzamy kolejne kroki. Natomiast odpowiadając na twoje pytanie: moja natura podpowiada, że jeżeli coś jest nie w porządku, to najlepsza jest awantura. Tak jak w Poznaniu – żółta kartka. Nie wiem, czy wpłynęło to na wszystkich, ale mówi się o tym od wielu lat – uważajcie, bo po żółtej kartce może być czerwona i wtedy ludzie wyjdą na ulicę.

KNYCHALSKA: Czy off w Poznaniu, mimo tej pomocy, bywa roszczeniowy? Czy artyści niezależni są roszczeniowi?

MAKOWSKA: Ja nie lubię tego słowa. Uważam, że nie są. Mam jedną pretensję – nie tyle do samego offu, ile do organizacji pozarządowych działających w obszarze kultury – jeszcze mało jest chęci współpracy. Mamy takie przestrzenie jak Scena Robocza, która jest udostępniana różnym podmiotom, czy Teatr Ósmego Dnia. Mam jednak wrażenie, że duże organizacje, którym się udało, zapominają o tym, że kiedyś też zaczynały. Na spotkaniach Komisji Dialogu Obywatelskiego działającej przy naszym wydziale omawiamy bardzo ważne rzeczy – programy współpracy na kolejny rok, priorytety konkursowe, programy strategiczne i tak dalej. Pojawiają się na nich tylko te organizacje, których potrzeb nie udało nam się zaspokoić na przykład dotacją. Wylewają żale, a my jako urzędnicy, ludzie, którzy zajmują się kulturą i w niej uczestniczą, nie mamy wsparcia ze strony tych, którym się udało. Liczyłabym na to, że ten duży podmiot powie: „Słuchajcie, nie udało się wam, ale my wam pomożemy np. napisać wniosek, przekierować do kogoś, pokazać, jaka jest ścieżka”. Ponieważ to się nie wydarza, zamierzamy napisać podręcznik, jak to robić. Pokażemy całą ścieżkę, jak działać z urzędem, do kogo się zwrócić o udostępnienie placu albo parku, a do kogo o lokal w określonej preferencyjnej stawce czynszowej i tak dalej.

KNYCHALSKA: Być może roszczenia i nieporozumienia wynikają z niewiedzy. Nie każdy początkujący zespół wie, do których drzwi zapukać.

MAKOWSKA: Tak, wiele osób nie wie, że mogą do nas przyjść i powiedzieć: „Szukamy przestrzeni”. Mamy o tyle sprzyjające warunki, że jesteśmy w bardzo dobrych relacjach z Zarządem Zasobów Lokalowych. Na przykład programy związane z preferencyjnymi warunkami czynszu są ograniczone czasowo. Ale nawet jeśli ktoś zgłosi się do nas po terminie składania wniosków, jesteśmy w stanie wynegocjować z ZZL-em preferencyjne stawki.

KNYCHALSKA: Odwróćmy perspektywę i zapytajmy pana burmistrza o to, co władze miejskie mają z tego, że teatr niezależny u nich działa. Bo my na razie mówimy o tym, co teatr niezależny może dostać od organizatorów, a przecież ten układ jest dwustronny.

KRUPOWICZ: Moim zdaniem dostajemy więcej niż dajemy. Mocujemy nasz Teatr Brama w twardej dotacji, którą przekazujemy rokrocznie. Później jest też dla niego przestrzeń w budżecie dla organizacji pozarządowych (który w naszym przypadku nie wynosi trzynastu milionów złotych, tylko dwa miliony), ale stowarzyszenie Teatru Brama nie pozyskuje stamtąd dużo pieniędzy. To dajemy. W zmian teatr daje społeczności lokalnej życie. Przenika do wszystkich przestrzeni, które są instytucjonalne, dookreślone i zorganizowane. Myślę tutaj o szkołach, NGO-sach, o instytucjach. To jest nieprawdopodobne, jak Brama przechodzi przez te wszystkie poziomy, dając tam życie. To widać szczególnie wtedy, kiedy miasto tętni wydarzeniami inspirowanymi i organizowanymi przez Bramę. Wtedy w każdym miejscu, najmniej oczekiwanym, to życie eksploduje. Miasto nie pozostaje obojętne wobec tej akupunktury i impulsu życia. To jest niesamowite, ponieważ odpowiada energią, o którą zawsze mi chodziło i proszę mi wierzyć, pojawiają się nowe inicjatywy w środowiskach, których nie podejrzewałbym, że mają jakieś inklinacje do teatru. Zaczynają widzieć możliwość realizowania swoich zainteresowań, a Brama stanowi dla nich rodzaj mentora, przewodnika. To nasz teatr otwiera te przestrzenie. Oczywiście są też kwestie niezwykle spektakularne, na przykład Caravan Next, czyli współpraca Bramy z Odin Teatret i największymi teatrami niezależnymi w Europie. Muszę państwu powiedzieć, zawsze w takich okolicznościach mówię: „Boże, w Goleniowie takie rzeczy się dzieją”. A dzieją się. Za chwilę członkowie Bramy wyjeżdżają do Australii, ostatnio osiągnęli niesamowity sukces na festiwalu w Mostarze. Teraz są na Krecie, gdzie pokazują Goleniów, siebie i wszystko, co potrafią. Dla mnie to jest powód do niekłamanej dumy – dla mnie osobiście, a dla miasta tym bardziej.

KNYCHALSKA: A czy na waszej drodze stają jakieś przeszkody, których nie możecie przeskoczyć, żeby ten teatr działał jeszcze lepiej?

KRUPOWICZ: Jestem człowiekiem, który rozwiązuje problemy, a nie je mnoży. Dlatego myślenie w kategoriach potencjalnych problemów jest mi obce. W tej chwili przed nami najtrudniejsze wyzwanie – nowa siedziba dla Bramy, ponieważ musimy zburzyć stary amfiteatr. Postanowiliśmy zrewitalizować fantastyczny stary budynek byłej rampy kolejowej z całą przestrzenią wokół tego obiektu na potrzeby sceny teatralnej, muzycznej i wystawienniczej. To będzie siedziba Teatru Brama. Potrzebujemy około ośmiu milionów złotych, więc próbujemy je pozyskać z różnych źródeł. Żmudna robota. Kilka przedsięwzięć, które miały nas przybliżać do pozyskania funduszy zewnętrznych, się nie udało, ale nie poddajemy się.
Symbioza między samorządem goleniowskim (a raczej wspólnotą samorządową, bo tak bym to ujął) a offową organizacją, która funkcjonuje w ramach naszego systemu, jest tak wielka, że nie wyobrażam sobie, żebyśmy nie przezwyciężyli tych trudności.
Oczywiście problem zawsze tkwi w mniejszym lub większym stopniu w kasie. Natomiast ja mam ogromny zaszczyt i przyjemność współpracować z organizacją pozarządową, która nie jest roszczeniowa. A znam to zjawisko. Myślę, że w ogóle jako Polacy ewoluujemy w tym kierunku. Uważamy, że wszystko się nam należy od zaraz, tu i teraz. Natomiast na pytanie: „Powiedz, co już zrobiłeś, co sam osiągnąłeś?” trudno uzyskać odpowiedź. Mam stowarzyszenie, które myśli globalnie, a od nas, czyli od samorządu, oczekuje tworzenia środowiska do bezpiecznego funkcjonowania. To są oczywiście kwestie operacyjne, bo razem rozwiązujemy problemy wkładów własnych w takim czy innym projekcie, dokonujemy takich czy innych transferów finansowych, kumulujemy środki finansowe w danych okresach, właśnie po to, aby osiągnąć oczekiwane efekty. To wszystko jest kwestią współpracy w symbiozie.

KNYCHALSKA: Chciałabym zapytać Fabrykę Sztuki, jakie problemy są dla was najtrudniejsze do przełamania? Być może nie tylko lokalne, lecz także systemowe. Co nie działa na tym styku władzy centralnej i samorządu? Co nie działa w systemie legislacyjnym i pozalegislacyjnym także? Co można byłoby zmienić, żeby wasza praca była prostsza, a kontakt z organizatorem sprawniejszy?

TRZEBEŃSKI: Fabryka Sztuki jest samorządową instytucją kultury i działa w oparciu o dotację. Oczywiście są problemy finansowe, ale na szczęście możemy wypracowywać własne środki, np. komercyjnie wynajmować przestrzeń. Największy problem mamy z finansowaniem samej działalności teatralnej. Mamy infrastrukturę – budynki, obsługę, urządzenia – ale brakuje tak zwanych etatów merytorycznych, a to wymagałoby zwiększenia dotacji. Musimy też dbać o transparentność, żeby widoczne było, że nasi partnerzy nie są traktowani w szczególny sposób w porównaniu do podmiotów czy artystów niezwiązanych z powołaniem Fabryki. Bardzo jasno rozgraniczamy pewne rzeczy, opisujemy umowami. To jest bardzo ważne. W Łodzi jest bardzo dużo podmiotów działających w kulturze. Nasze miasto stworzyło kilka linii finansowania. Przy tym wszystkim dużą część środków pochłaniają fajerwerki, wielkie festiwale na przykład. Powołano Łódzkie Centrum Wydarzeń, które jest instytucją kultury, ale nadzór nad nią sprawuje Biuro do spraw promocji. Tam są ogromne pieniądze, bo budżet tej instytucji przekracza piętnaście milionów złotych, a zajmuje się według mnie nie tyle kulturą, co rozrywką. Problem ten występuje pomimo funkcjonującego dokumentu, w którym opisana jest polityka kulturalna, a który jest spuścizną po staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Ferment, jaki wzbudziły starania o tytuł, trochę zmienił wizerunek Łodzi. Zawsze byliśmy awangardowi, niezależni i to, co się udawało w Łodzi, nie udawało się w innych miastach. To jest charakter młodego miasta, w którym na wiele można sobie pozwolić. To jest miasto wariatów niewidzących ścian, które powstrzymują innych. Taką ścianę trzeba po prostu zburzyć, przejść przez nią albo się przekopać. Dlatego nam się udaje.
Nie boję się procedur. Wiem, że można je w różny sposób realizować, oczywiście zawsze zgodnie z prawem. Ale w dużej mierze zależy to od dobrej woli po drugiej stronie. Słyszymy wiele deklaracji, ale nie każda dochodzi do skutku. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale są one środkiem, który pozwala nam działać. Mamy to ułatwienie, że posiadamy zasoby materialne, techniczne. Jednak żeby przeprowadzić działania merytoryczne, musimy na nie pozyskać dodatkowe środki. Trzeba nieźle pogłówkować – jakie możliwości ma instytucja, jakie stowarzyszenie i jak to połączyć. Ważne, żeby strona samorządowa rozumiała, że to nie są żadne machlojki, tylko że poprzez wzajemne przenikanie się możemy uzyskać dodatkowy efekt. Nam się to udaje.

KNYCHALSKA: Nie czujecie się zagrożeni przez miejskie festiwale lub inne imprezy, które władze miasta zazwyczaj lubią bardziej niż mniej widoczną pracę u podstaw?

TRZEBEŃSKI: Istnieje pojęcie „festiwalozy”, ale skąd się wzięło? Takie było kiedyś finansowanie. W Łodzi też najprościej było zrobić festiwal, a często były to jedyne pieniądze organizacji w ciągu całego roku. Trzeba było ukrywać w nich koszty stałych działań – mówię to jako wiceprezes stowarzyszenia, które powstało w latach dziewięćdziesiątych i dawno już nie istnieje. To się oczywiście zmienia. Ustawa o działalności pożytku publicznego daje pewne możliwości. Ciągle jednak nie ma jak finansować stałej działalności organizacji trzeciego sektora.
Mnie osobiście organizacja festiwali męczy i nudzi. Inaczej jest z Retrospektywami – festiwalem Teatru Chorea. Są ukoronowaniem wcześniejszych działań. To, co najpiękniejsze, dzieje się pomiędzy. Najtrudniej jednak znaleźć pieniądze właśnie na to, co pomiędzy, bo jest to najmniej atrakcyjne. Możemy szukać środków na kolejne premiery w ministerstwie i wielu innych źródłach, starać się o nie, sklejać to wszystko, ale im więcej robimy projektów, tym więcej osób potrzebujemy do obsługi. Aktorzy Teatru Chorea do godziny X są zwykłymi pracownikami biurowymi, czyli tak zwanymi instruktorami działalności podstawowej (bo jeszcze funkcjonujemy w takim bezsensownym języku stanowisk), a po tej godzinie stają się twórcami. To bardzo charakterystyczne dla kultury. Jesteśmy od wszystkiego. Jak trzeba, myjemy podłogę, jak trzeba, coś podwieszamy, jak trzeba, zdobywamy środki, chodzimy do sponsorów itd. Festiwaloza zabiła kiedyś wiele inicjatyw, bo ograniczała je do krótkiego okresu czasu, właśnie do fajerwerku. Fajerwerki coraz bardziej męczą.

MAKOWSKA: Pan burmistrz wspomniał o akupunkturze; u nas też używa się takiego określenia – akupunktura kulturalna różnych przestrzeni miejskich, nie tylko centrum miasta. Festiwale z reguły, chociaż to już trochę się zmienia, były skoncentrowane w tych przestrzeniach, w których najłatwiej pozyskać publiczność, czyli właśnie w centrum. Chcielibyśmy z tego zrezygnować i zorganizować wydarzenia, nie wiem, czy festiwalowe, czy właśnie w zupełnie innej formule, ale dochodzące do ludzi, którzy niedocierają do centrum, bo im się nie chce, albo uważają, że nie jest to atrakcyjne. Robimy badania potrzeb w tym zakresie. Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie, bo być może okaże się, że to nasze myślenie jest błędne i czeka nas wielki powrót do formuły festiwalowej. Zobaczymy.

KNYCHALSKA: To jest kwestia ogólnopolska. Jeśli prześledzimy wyniki priorytetu „Teatr i taniec”, zobaczymy, że ogromna część wygranych to wielkie festiwale. Z tym związana jest też ulubiona w urzędach metafora za małego tortu czy zbyt krótkiej kołderki. Urzędy przyzwyczajone są do tego, że daje się tym, którym już się wcześniej dawało, bo ceni się ciągłość imprezy. Pytanie, czy nie trzeba wypracować jakichś rozwiązań konkursowych dla debiutantów. A może trzeba tych, których już finansujemy – centra kultury, ośrodki niezależne – w jakimś sensie zmusić do tego, żeby w ramach swojej działalności wypracowywały programy, które pozwolą wprowadzić i sprawdzić w działaniu początkujące organizacje. Mam wrażenie, że to jest duży problem Wrocławia. Chcemy teraz zmienić tę rzeczywistość dzięki temu, że się jednoczymy. Małym podmiotom trudno się do tego miejskiego torcika dostać, trzeba im dać szansę starania się o samorządowe pieniądze. Być może to wyzwanie stoi nie tylko przed Wrocławiem, ale też przed innymi miastami.

TRZEBEŃSKI: Uważam, że współpraca i sieciowanie to najlepsze podejście. W Łodzi zapoczątkowaliśmy „Dotknij teatru” – oddolną inicjatywę grupy osób, którzy w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Teatru chcieli powołać coś większego. To jest przykład, że się da. Ale pojawiają się problemy, a dla dobrych inicjatyw stabilne wieloletnie funkcjonowanie to podstawa. Wiem, że samorządy chcą dawać pieniądze w trybie wieloletnim, bo to gwarantuje działalność. Ale pamiętajmy też o tym, że przez trzy lata wiele może się zdarzyć. Jestem za powołaniem takich programów startowych. Przychodzi młoda organizacja i dostaje pięć tysięcy złotych. Zaczyna działać w jakimś obszarze. Jeżeli inicjatywa się udała i jest pozytywny oddźwięk u odbiorców, to jest już podstawa do dalszej współpracy. Wszelkie dokumenty strategiczne i polityka kulturalna powinny być jednak strażnikiem. Nie można tak, że tu ktoś coś powie, więc to robimy, a tam ktoś coś szepnie do ucha i robimy coś odwrotnego. Niezależnie od tego, kto to jest. Po prostu nie idziemy tą drogą. To jest bardzo trudne.

MAKOWSKA: Współdziałanie z innym podmiotem jest zawsze plusem. Współpraca jest jednym z elementów, które oceniamy podczas czytania wniosków. Nie mam jednak sposobu, żeby zachęcić ludzi do współpracy. Mogę im o tym mówić. Mam też świadomość, że nie zawsze miedzy organizacjami jest chemia, a bez tego nic nie wyjdzie. Ale warto robić coś wspólnie dla dobra ogółu.  

KNYCHALSKA: Rozpoczęliśmy rozmowę z nowej perspektywy. Przez ostatni rok w Ogólnopolskiej Offensywie Teatralnej zastanawialiśmy się nad rozwiązaniami centralnymi. Natomiast mniej rozmawialiśmy o tym, jak ustanawiać standardy na lokalnym, samorządowym szczeblu. Krzepiące jest to, że nie wszędzie jest tak źle. Kolejnym wyzwaniem dla offu jest przeszczepianie w swoje regiony tych wypracowanych już dobrych standardów i unikanie błędów, które popełniano przed nami.

template Joomla