Explore beyond limits

Teatr Grupa, Utopia, reż. Michał Siegoczyński

Rewolucja, jak głosi słynny aforyzm, lubi pożerać własne dzieci. Ale to później, w postaci swoistego deseru, maleńkiej wisienki na wielkim torcie dziejów. Najpierw ta żarłoczna i kapryśna pani bez wahania pochłania, przeżuwając lub nie, nie tylko wszystkich swoich bliższych lub dalszych krewnych, ale też przyjaciół, znajomych, kolegów po fachu i zwykłych przechodniów. Jak bowiem gorzko żartował Stanisław Jerzy Lec, „apologetom Nocy Długich Noży nie brakowało nigdy Długich Widelców ani Długich Łyżek”. Mniam.


Ale kogo mogą wystraszyć te nieskomplikowane mądrości minionych epok? Rewolucja? Jaka, do cholery, rewolucja!? Niby po co!? W imię nowego wspaniałego świata? Ale my w Europie przecież już mamy swój mały raj na ziemi. Liberalny kapitalizm, państwo prawa i równych możliwości, wolność sumienia i temu podobne zdobycze cywilizacji nastawionej na szczęście każdej poszczególnej jednostki. Więc po co? Takimi oto pełnymi szczerego zdziwienia, niejakiej drwiny, retorycznymi w domyśle pytaniami młode pokolenie mogło odżegnać się od podejmowania nie działań (gdzie tam!), a samej tylko refleksji zmierzającej ku gruntownej rewizji podstaw rzeczywistości zastanej. Mogło to robić jeszcze kilkanaście, w wypadku najbardziej upartych kilka lat temu. Ale już nie dziś. To, że krótki, jak się okazało, okres Końca Historii w Starym Świecie dobiega swego – nomen omen – końca, dawno i otwarcie przyznał nawet sam propagator tego pojęcia, Francis Fukuyama. Opisany przez niego „ostatni człowiek” wyczuwa już, że ponownie staje się, to znaczy zmuszony jest się stać, „człowiekiem pierwszym”, żeby znów rozwiązywać stare problemy. Problemy, które, jak to problemy, mimo swego sędziwego wieku dla każdego kolejnego pokolenia zawsze są i będą czymś nowym, bo mówiąc Gombrowiczem, cóż z tego, że problem był, skoro nas jeszcze nie było.


Tymczasem dzieci nie tyle rewolucji, ile tych kilku dziesięcioleci, podczas których wielkie narracje odpoczywały sobie w zaciszu podręcznikowych skansenów, zdążyły utracić zmysł historyczny. Niemal kompletnie. Wielkie wojny stały się dla nich zbyt wielkie i zbyt odległe, poza tym na setki różnych sposobów przerobione przez popkulturę. A tu nagle Donbas, jacyś uchodźcy z Syrii, co mają osiedlić się tuż obok, mroczne przepowiednie islamizacji Europy z Uległości Houellebecqa, tweety Trumpa o możliwych losach Korei Północnej oraz zachęty do wstąpienia w szeregi Wojsk Obrony Terytorialnej, żeby w razie czego (w razie czego właściwie?) odeprzeć inwazję ze Wschodu. Do tego rynek pracy okazał się zbyt agresywny, jakby wcale nie wyczekiwał z utęsknieniem na młodych, pięknych i kreatywnych. Przyczyny zawodu można by długo wyliczać. Skumulowały się one w jednej prostej myśli: „Nie tak miało być!”. A skoro nie tak, to jak? Jak ma wyglądać wymarzony lepszy świat w wersji dzisiejszych dwudziestolatków?


Bardzo byłem tego ciekaw, udając się na Utopię Teatru Grupa. Tytuł sugerował, że uzyskam na to ostatnie pytanie jakąś odpowiedź. Zespół młodych artystów powstał z inicjatywy absolwentów wrocławskiej filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Jego pierwszym i jak na razie głównym celem stała się realizacja „Trylogii Wojny” – cyklu spektakli „poruszających historie o młodości, wolności i walce o idee”. Utopia w reżyserii Michała Siegoczyńskiego jest pierwszą jej częścią. Jednak, jak to często bywa, po obejrzeniu przedstawienia liczba pytań jedynie wzrosła. Zresztą sam spektakl zaczyna się od pytań.


W słynnej Sali Teatru Laboratorium wzdłuż tylnej ściany rozciągnięte zostało białe prześcieradło, służące jednocześnie za ekran i parawan dzielący przestrzeń na dostępną bezpośredniemu oglądowi i tę, do której widz będzie miał dostęp jedynie dzięki kamerom. Z wyświetlanych tekstów i głosu z offu dowiadujemy się, że trzem losowo wybranym osobom zadano trzy proste i zarazem niezmiernie trudne pytania. Nieznanych ankieterów interesowało, czy indywiduum poddane temu małemu sprawdzianowi zgodziłoby się na stan absolutnego, bezwarunkowego i natychmiastowego szczęścia. „Oczywiście!” – jak podejrzewam, bez wahań odpowiedziałaby większość z nas. „A gdyby ceną za to szczęście było życie nieznanej ci osoby? A gdyby to była kwestia twego własnego życia?” – prowokacyjnie drążą wątek ciekawscy badacze. Stare to pytanie, pytanie o słynną łzę niemowlęcia, które tak często zadawał sobie Dostojewski, autor „podręcznika” dla rewolucjonistów w postaci słynnych, przez szeroką publiczność nierozumianych ani wtedy, ani teraz Biesów. Lecz zawiódłby się ten, kto by oczekiwał, że Utopia da na nie wyraźnie sformułowaną odpowiedź. Tego się niestety nie doczekamy. Pytania te dla twórców, jak podejrzewam, miały być jedynie tłem. Czymś, co nieustannie popiskiwałoby gdzieś z tyłu naszych głów.


Biesów tego wieczoru też nie zobaczyłem. Zamiast tego śledziłem opowiedzianą urywkami, pełną humoru, autoironii i groteski historię trzech młodych bohaterów: Alana (Kacper Sasin), Mii (Zofia Schwinke) i Paula (Kacper Pilch). Pierwszy z nich to „chłopak z deską”, surfer, dla którego surfing jest religią, a ocean – bogiem. Bogiem wolności, szczodrze obdarowującym „hektolitrami możliwości”. Historia Mii jest znacznie bardziej tajemnicza. A to dlatego, że w jej wypadku rzeczywistość niełatwo oddzielić od jej heroinowych tripów, podczas których wraca do dziecinnego pokoju, postanawia zapoczątkować nową religię i dostaje w prezencie obraz Luciana Freuda. Paul natomiast to „mistrz leżenia”, który, niczym Kafkowski głodomór, nie je, albowiem nie znalazł jeszcze dania, które by mu smakowało. Nie będzie się ruszał, zanim coś go nie (po)ruszy. Klasyczny przypadek klinicznej depresji na tle pożerającej od środka niemożności osiągnięcia bliskości.


Początek przedstawienia to zestawienie tych trzech minimonodramów, otwarcie granych wobec i dla publiczności. Żadnej czwartej ściany. Granych całkiem nieźle – z jednym wielkim „ale” w postaci kolejnego już pytania: gdzie oni się tak spieszą? Dawno już nie czułem się tak bombardowany zdaniami. Dosłownie. Słowa, słowa, słowa. I tak niemal przez całe przedstawienie. Aż chciało się krzyknąć: „Rety, powoli!”. Dajcie nam co nieco posmakować trudów Jarosława Murawskiego. Autor Na Boga!, Humanki i Gałganu oddał w ręce Teatru Grupa tekst dobry, nawet bardzo dobry, chociaż grzeszący brakiem wyraźnej struktury i puenty. Jest w nim miejsce zarówno na doraźną aktualność („wycinać puszczę z powodu kornika to jak zabijać ludzi z powodu komarów”), jak i twierdzenia w stylu „medium is a message” z prac ojców współczesnego namysłu nad istotą komunikacji. Szkoda więc tym tekstem tak trajkotać. Tak samo chciałoby się dłużej posmakować wyświetlanych na prześcieradle-ekranie napisów. Wiele z nich bardzo zgrabnie, można by powiedzieć, zderzało słowo z obrazem. Takie zabawy z percepcją w stylu słynnego „to nie jest fajka” René Magritte’a, kiedy o ubranych aktorach mówi się, że „w tej scenie są nago”. Innym razem, dowodząc tendencyjności naszej wyobraźni, napisy sugerowały, że nagranie, którego są namiastką, „nie pozostawiają obojętnym”. To ciekawe i nośne rozwiązanie. Tylko oby się nie spieszyć. Jednak, jak sądzę, są to rzeczy do poprawienia, do „rozegrania się”. Tak samo jak trudności z panowaniem nad wymykającą się spod kontroli techniką, z tym zdradzieckim logotypem Acer i jego latającym po ekranie sloganem (swoją drogą w tym kontekście pełnym niejakiego sarkazmu) – explore beyond limits.


Czego się raczej nie da poprawić, jak już podkreślałem, to braku owych odpowiedzi, których konsekwentnie będę się domagał. No bo przecież nie uznamy za poważną padającej propozycji poliamorii, czyli przejścia „od mono do stereo”. Ani kabaretowego w swej istocie przepisu na rewolucję z ust legendarnego Che, skrupulatnie podliczającego, ile to taki Lidl zarabia na bananach zbieranych za grosze w krajach Trzeciego Świata. Bardzo symptomatyczna i symboliczna jest ta przemowa ułożona w języku brandów i marek, umyślnie-nieumyślnie udowadniająca, że zarówno rewolucja, jak i utopia są towarami na sprzedaż. Tak samo jak popkulturowym towarem stał się obraz Hitlera, który nie jest dyktatorem ani ideologiem największej w historii rzezi, tylko „tym z wąsikiem”.

Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że twórcy nie próbują z nami w tych momentach rozmawiać całkiem na serio. Pokpiwają z nas, wznosząc się na jakiś metapoziom, z którego mogą na to sobie pozwolić. Jak podejrzewam, kryje się w tym niezbyt perfidna strategia, sprawiająca, że w scenach, w których na ekranie pojawiają się autentyczne nagrania skoku ze spadochronem czy prywatne zdjęcia z okresu dzieciństwa i dorastania, czujemy się na tę szczerość artystów nieprzygotowani, a więc bezbronni. Z Utopii Teatru Grupa wywnioskowałem, że młode pokolenie chce robić to, co robi. Pić piwo z przyjaciółmi, bawić się, ale, rzecz jasna, nie tylko. Bez przesady. Chcą zmieniać świat, tylko nie wiedzą, jak się za to zabrać. W rzeczy samej wiek XX zdążył skompromitować niejedno podejście do tej sprawy. Więc „to po prostu się stanie” – mówią w finałowej scenie wprost do widowni. See you soon there! Ale jak ma wyglądać to there i ile potrwa to soon – nie wiadomo. Mam nadzieję, że więcej dowiemy się z drugiej części zaplanowanej trylogii.


Teatr Grupa
Utopia
reżyseria: Michał Siegoczyński
dramaturgia: Michał Siegoczyński, Jarosław Murawski
kostiumy i scenografia: Klara Filipowicz
choreografia: Alisa Makarenko
obsada: Zofia Schwinke, Kacper Pilch, Kacper Sasin, Mateusz Brodowski
premiera: 25.05.2017