Czy off jest sexy?


Dlaczego niektórzy artyści tworzący teatr poza instytucją nie chcą określać się jako off? Czy teatr offowy przegrywa z mainstreamem w zawodach na atrakcyjność? Co zrobić, by off odzyskał magnetyczną moc przyciągania widzów i krytyków? Głos oddajemy twórcom i obserwatorom żywo zainteresowanym teatrem offowym.


Helena Ganjalyan, fot. Rafał Krus
Helena Ganjalyan, fot. Rafał Krus

HELENA GANJALYAN

Aktorka, tancerka, choreografka. Absolwentka PWST w Krakowie, Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Twórczyni niezależna. Jako autorka i współautorka spektakli zdobyła liczne nagrody w polskich i międzynarodowych konkursach choreograficznych i teatralnych.

Uważasz, że off nie jest sexy. Dlaczego?


Przede wszystkim problemem jest dla mnie to, że pod tą nazwą mieści się wiele bardzo różnych produkcji, co sprawia, że definicja offu jest nieostra. Z tzw. offem kojarzą mi się spektakle typu „dwóch panów w płaszczach plus walizka”, taki teatr sprzed miliona lat. Tymczasem off bardzo się ostatnio rozszerzył i pojawia się w nim wiele ciekawych, kierunkowo wykształconych osób. Off rozrasta się m.in. dlatego, że zmienia się formuła naszej pracy. Coraz częściej wychodzi się poza instytucje i tworzy się oddolnie w systemie projektowym, nie zawsze z wyboru. Sytuacja ta dotyczy między innymi twórców teatru tańca, którzy nie mają zbyt wielu miejsc, żeby pracować instytucjonalnie, więc wchodzą w nurt offowy trochę z konieczności. Dobrze by było to pojęcie zredefiniować. Używa się go i na określenie teatru tworzonego przez licealistów w ramach zajęć pozalekcyjnych, i w przypadku prac twórców profesjonalnych, tylko że niezatrudnionych w konkretnej instytucji. To też może sprawiać, że off nie wydaje się sexy: jest bardzo zróżnicowany, a te mniej dopracowane wypowiedzi rzutują na obraz całości.


Druga sprawa jest taka, że coraz bardziej zaciera się granica między offem a mainstreamem. Wielu twórców działa obecnie jako freelancerzy i ich pracę można uznać za offową pod względem organizacyjnym, jednak w aspekcie formy, treści wypowiedzi, zebranego zespołu nie różnią się one od produkcji mainstreamowych. Zdarza się też, że teatr to wyłącznie miejsce produkcji i premiery, a przedstawienia potem żyją własnym życiem, poniekąd przechodząc z jednego nurtu do drugiego.


Wreszcie po trzecie ludzie działający w offie często nie wydają się sexy przez brak wystarczających środków na promocję. Informacje prasowe, kampanie internetowe, konferencje – to jest coś, co przyciąga uwagę widzów i krytyków, którzy są potrzebni m.in. do tego, żeby spektakl w ogóle zaistniał w szerszej świadomości. Za twórcą offowym nie stoi instytucja z biurem promocji, a to wymusza sytuację, w której poza pracą artystyczną zajmuje się on dosłownie wszystkim, co dzieje się wokół spektaklu. Niekoniecznie są na to fundusze, czas czy po prostu siła. Trudno jest pogodzić rolę twórcy i własnego menadżera, a niejednokrotnie rozgłos, jaki towarzyszy danemu spektaklowi, składa się na jego sukces w równym stopniu, co poziom artystyczny.


Fot. Marta Ankiersztejn

IZABELA SZYMAŃSKA

Dziennikarka kulturalna pisząca przede wszystkim o teatrze i tańcu. Przez dziesięć lat publikowała w „Gazecie Stołecznej”; obecnie freelancerka współpracująca m.in. z „Co jest Grane 24”, „Zwierciadłem“ i II Programem Polskiego Radia.

Czy off jest atrakcyjny?

Mimo że wywodzę się z mediów, które lubią wyraziste opinie w stylu „hot or not”, to będąc w zgodzie z własnym sumieniem, muszę udzielić najbardziej znienawidzonej odpowiedzi, czyli: to zależy.

Zależy od tego, co właściwie dziś nazywamy offem. Patrząc na sceny stolicy, rozumiem, że w tej kategorii mieści się i Komuna//Warszawa, i Teatr WARSawy, i Pożar w Burdelu. Jednak dla mnie to zupełnie różne pomysły na niezależność. Komuna jest lewicową grupą, która wystawia spektakle z wyraźnym przekazem społeczno-politycznym, jest ostra, szorstka, punkowa w estetyce. Artyści zapraszani do współpracy na tej scenie również stawiają na poszukiwania i tematu, i formy. Pożar w Burdelu narodził się z miłości do Warszawy oraz tęsknoty za odpowiadającą dzisiejszym czasom formą rozrywki. Przez pierwszy rok krystalizowali swój kształt sceniczny, który do dziś, czyli cztery lata po starcie, kontynuują – wystawiają spektakle słowno-muzyczne kipiące energią, aktualnymi docinkami do władz, z silnym inteligencko-romantycznym sznytem. Z kolei WARSawy jest najbliższy teatrom repertuarowym: mamy tam wystawienia sztuk czy adaptacje powieści i zdaje się, że tu głównym powodem do zrobienia kolejnego spektaklu nie jest świat zewnętrzny, polityka, problemy społeczne, tylko sztuka, najczęściej inspiracja literacka. Nie bez znaczenia dla formy ich spektakli jest fakt, że grane są przez aktorów po szkołach, co nie jest typowe dla offu.


Jeżeli już uznamy, że każda z wymienionych grup jest offem, to pojawia się pytanie, co w nich jest interesującego? Dla mnie tak jak w życiu, tak i w sztuce najbardziej sexy jest mózg. Najbardziej atrakcyjne są więc te propozycje, które różnią się od mainstreamu niezależnością myśli, awangardową formą i/lub treścią. Mam też podejrzenie, że to właśnie może pomóc offowym inicjatywom przebić się do świadomości szerszego grona widzów. Teatry głównego nurtu posługują się coraz bardziej agresywną reklamą, na którą offu nie stać, powinien więc użyć swojej siły – swojego charakteru.


Fot. z arch. Fundacji Artystycznej ME/ST

SZYMON TURKIEWICZ

Reżyser, dramaturg, kompozytor. Od 2009 roku wraz z aktorką Magdaleną Engelmajer współtworzy Teatr ME/ST w Warszawie. W latach 2001-2007 prowadził Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu. Prezes Fundacji Artystycznej ME/ST.

Jaki jest off warszawski, a jaki niewarszawski?


Nigdy nie utożsamiałem się z określeniem „teatr offowy”. Słowo „off” miało dla mnie zawsze zabarwienie negatywne i kojarzyło mi się z czymś amatorskim, niedorobionym, jednorazowym, tworzonym przez grupę przypadkowych ludzi w przypadkowych miejscach. Nigdy też moje spektakle nie były prezentowane na festiwalach offowych. Zawsze wolałem określenie „niezależny” i sam nazywam swój teatr profesjonalnym teatrem niezależnym, ponieważ pracuję z profesjonalnymi aktorami, gram dla wciąż rosnącej widowni, która oczekuje wysokiego poziomu artystycznego przedstawień. Oczywiście od 2001 roku, kiedy dołączyłem do wrocławskiego Teatru Zakład Krawiecki, a potem go prowadziłem, realizując pierwsze autorskie spektakle, po dziś, kiedy Teatr ME/ST gra w pawilonie SARP w Pałacu Zamoyskich w Warszawie, jestem artystą niezależnym, tworzę autorski teatr, poza nurtem teatrów instytucjonalnych, czyli na tak zwanym „offie”.


Jeśli chodzi o off warszawski i off niewarszawski, to akurat mam dobre porównanie, bo w latach 2001-2007 działałem we Wrocławiu. Off warszawski jest o wiele bardziej zróżnicowany, ma więcej odcieni. Teatry niezależne często nie są „offowe” w moim rozumieniu tego słowa, a po prostu tworzą wspólną teatralną tkankę miasta wraz z teatrami-instytucjami, tylko bez całej infrastruktury i za mniejsze pieniądze. Ale dają możliwość pracy artystom niezależnym na profesjonalnym poziomie. Off wrocławski, przynajmniej za moich czasów, był bardzo ograniczony, wręcz klaustrofobiczny. Mimo wspaniałego czasu twórczego we Wrocławiu jest to miasto, w którym zajmowanie się działalnością w teatrze niezależnym nie należy do najłatwiejszych zadań. Przenosząc się do Warszawy, poczułem prawdziwy wiatr w żaglach – jeśli chodzi o zainteresowanie widzów, możliwości, współpracę z miastem itp. Wszystko było takie, jak zawsze marzyłem, żeby było, tworząc we Wrocławiu.


Obecnie realizuję projekt współfinansowany przez m.st. Warszawę pod nazwą „Niezależni/Profesjonalni/Twórczy”, którego celem jest między innymi zmiana (w świadomości widzów) statusu aktora „niezależnego” jako aktora profesjonalnego bez stałego etatu oraz stworzenie Centrum Integracji, Informacji oraz Pracy Twórczej dla aktorów nieposiadających stałego zatrudnienia w instytucjach kultury. Off warszawski (według mojej terminologii: prowadzenie niezależnego teatru) to najlepsze miejsce w Polsce dla działalności twórców, którzy stawiają na teatr autorski i nie zamierzają wiązać się z instytucjami.


Fot. z arch. Adama Ziajskiego

ADAM ZIAJSKI

Aktor, reżyser. Założyciel i lider Teatru Strefa Ciszy (zał. 1993). Kierownik artystyczny poznańskiego Centrum Rezydencji Teatralnej Scena Robocza.

Czy polski off jest atrakcyjny? Jak wypada na tle europejskim?


Polski off jest interesujący między innymi dzięki swojej niejednorodności. Nie ulega wątpliwości, że spektakle offowe wciąż mają swoją publiczność. Może już nie tak liczną jak ta, do której przyzwyczaiła nas tradycja tego ruchu, niemniej to twardy elektorat. O atrakcyjności naszego offu za granicą mogą świadczyć chociażby liczne zaproszenia dla wielu reprezentujących go zespołów. Myślę, że jeśli polski off nie utraci swojej specyficznej, słowiańskiej urody i charakteru, to ciągle będzie intrygował i pociągał. Porównałbym go do panny na wydaniu: może sam nie jest swojej atrakcyjności świadom? Może trzeba go ośmielić, przyzwoicie ubrać, pozwolić się otrzaskać i twórczo inspirować?


A co może odstręczać twórców od nazywania się twórcami offowymi? Pierwszy powód to brak tożsamości offu. Dotychczasowy podział na teatr repertuarowy i offowy zatarł się. Twórcy zawodowi poruszają się z podobnym wdziękiem po offie, jak ci niezależni na scenach repertuarowych. Druga przyczyna to brak poczucia wspólnoty. Nie tworzymy żadnego ruchu. Środowisko jest bardzo mocno zatomizowane. Trzecim powodem jest poczucie, że powiedzenie o sobie, że pracuje się w offie czy że jest się artystą niezależnym, jest chyba dla niektórych osób deprecjonujące. To poczucie pojawia się w naturalny sposób, gdy za tymi pojęciami nie stoi żaden etos ani manifest, żadne poczucie budowania jakiegokolwiek frontu artystycznego. Na koniec powiedziałbym, że nie uważam za właściwie używanie określenia „twórca offowy”. Automatycznie pojawia się pytanie: offowy wobec czego? Tu nie znajduję jasnej, wiążącej odpowiedzi. Skłonny byłbym mówić raczej o artystach niezależnych. Wobec czego? Myślę, że wobec warunków, w jakich pracują. Bo czy mają dobrze, czy źle, to niezależnie od warunków robią to, co robią.