Alternatywne ścieżki edukacji teatralnej


Zapis panelu, który odbył się 1 czerwca 2018 roku podczas festiwalu Off Kontrapunkt w Szczecinie w ramach projektu „Młody Off na Kontrapunkcie”. W dyskusji wzięli udział: Ida Bocian z Teatru Gdynia Główna, Anna Sadowska z Teatru Realistycznego i Maciej Dziaczko – instruktor teatralny w Pałacu Młodzieży w Katowicach i lider teatru Gliwicka 9a oraz uczestnicy warsztatów.

Paula Rudź: W prawie każdym domu kultury odbywają się zajęcia teatralne. Prowadzone są w przeróżny sposób. Jak z waszej perspektywy – pracowników instytucji kultury – wygląda ta ścieżka edukacji teatralnej?

Maciej Dziaczko: Pałac Młodzieży w Katowicach, w którym pracuję, jest instytucją poświęconą nie kulturze, ale edukacji. Zajęcia odbywają się w systemie szkolnym. Oznacza to na przykład, że prowadzę dzienniki, które staram się trzymać z boku, żeby nie zniechęcać młodzieży. Zajęcia są bezpłatne. Co roku osoby zainteresowane teatrem zapisują się do grupy. Mają różne cele. Część osób chce zdawać do szkół aktorskich. Inni interesują się teatrem i chcą się w tym sprawdzić, ale nie precyzują dokładnie, czego szukają. Są też osoby, które przychodzą za namową kolegów. Po dwóch latach te cele stają się wspólne. Grupa zaczyna tworzyć swój świat. Spotykają się częściej niż na zajęciach. Instytucje nie są temu przychylne. Mamy normy dziennikowe, ograniczone godziny zajęć. A to dopiero jest początek wspólnego tworzenia – dla mnie najprzyjemniejszy czas pracy.

Ida Bocian: Edukacja teatralna w domach kultury wygląda dobrze, jeśli jest tam dobry instruktor i świetny specjalista – ktoś, kto chce się cały czas rozwijać i ma talent. Jeśli ktoś taki w nas mocno inwestuje, możemy bardzo dużo wynieść. Jako młody człowiek trafiałam na takie osoby – podglądałam ich działanie. Mieliśmy instruktorkę, która zabierała nas na wszelkie możliwe warsztaty teatralne. Znała swoje ograniczenia – wiedziała, czego może nas nauczyć, a gdzie musimy szukać innych możliwości. Są też jednak ośrodki, często bardzo małe, w których zajęcia teatralne ani ze sztuką, ani z pracą nad warsztatem teatralnym nie mają wiele wspólnego. Tam się to zadziać nie może, bo umiejętności instruktorów są za małe. Jest to bardziej zabawa, spędzanie czasu w twórczy, a często odtwórczy sposób. Powstają tam seriami sztampowe przedstawienia jasełkowo-folklorystyczne i bajki.

P.R.: Często dom kultury jest pierwszym adresem, pod który trafia młody człowiek chcący robić teatr. Ja byłam pierwszy raz na zajęciach teatralnych w domu kultury i było bardzo źle. Ale znam instytucje, w których są bardzo silne sekcje teatralne. Na przykład Teatr Hesperydy, który przez lata działał przy Chełmskim Domu Kultury. Prowadząca go Elżbieta Dopieralska ciągle rozwija się na warsztatach i jeździ z młodzieżą na festiwale.

Aleksandra Radkowska: U mnie w domu kultury nie było nawet zajęć teatralnych. Były tylko plastyczne, chórek i orkiestra dęta.

Aleksandra Kobylińska: W Kołobrzegu mamy bardzo duże i nowoczesne centrum kultury. Instruktorką jest starsza pani, która od dziesięcioleci prowadzi kółko teatralne. Przygotowuje jasełka i co roku organizuje konkurs recytatorski. To nie spełnia oczekiwań młodzieży. Ale pracowała tam też pani Marta Paradecka. Zajmowała się animacją kultury i promocją. To była wspaniała kobieta z wykształceniem reżyserskim. W swoim prywatnym czasie robiła z nami teatr. Wywalczyła u dyrektora możliwość nieodpłatnej pracy na sali widowiskowej. Zabrała mnie na mój pierwszy festiwal, na Bramat do Goleniowa. Dzięki niej poznałam teatr. Podejrzewam, że gdyby zdrowie jej pozwoliło, to działałaby z nami do dziś i robilibyśmy wspaniałe rzeczy. Poświęcała nam swój czas, energię i nerwy.

P.R.: A co z kołami teatralnymi działającymi w podstawówkach, gimnazjach i szkołach średnich?

Anna Sadowska: Koło teatralne to bardzo zła nazwa. Gdybym była młodzieżą, a w sumie tak się czuję, odstraszyłoby mnie to. Co to oznacza? Będziemy siedzieć w szkole i czytać sztuki?

I.B.: Ognisko! Ognisko teatralne to jeszcze gorsza nazwa.

A.S.: Można też wyjść poza format stałych zajęć i wtargnąć do szkół z naszym zamieszaniem. Dopiero potem się zastanawiajmy, co z tym dalej zrobić. Jak tę energię, która się wytworzyła, ukierunkować. Pracownik domu kultury nie może założyć z góry, co się wydarzy. Dużo zależy od młodzieży, tylko ktoś musi chcieć jej wysłuchać, wejść w tę relację i działać na jej styku. Może to będzie stałe działanie, a może spotkania w wakacje i duży plener. A może nie będziemy robić teatru, tylko performanse? Jak wchodzę do szkoły, to nie mówię, że robię warsztat teatralny, bo jeszcze nie wiem, co się wydarzy. Nie wiem, co ci ludzie przyniosą. Może nie chcą w ogóle stać na scenie, ale bardzo dobrze zrobią zdjęcia, zorganizują noclegi, pójdą z ofertą do miasta, zrobią promocję. Przede wszystkim chcą się spotykać w fajnym środowisku i wzajemnie się wzmacniać. Off nauczył mnie, że robisz wszystko: od miotły przez granie, reżyserowanie, reklamę. Tak jak tu na Off Kontrapunkcie – organizatorzy są też aktorami, PR-owcami i piszą wnioski. Młodych ludzi trzeba uczyć też tych kompetencji.

M.D.: Też mam taki system pracy, że nie narzucam swojej drogi. Nie przychodzę z gotowym scenariuszem. Staram się wyciągnąć historie od ludzi. Kiedyś zrobiłem taki błąd – napisałem sztukę i zaczęliśmy nad tym pracować. W połowie roboty przestało mi się chcieć. Cały czas mi coś nie pasowało, coś było nierówno. Próbowałem musztrować ludzi, którzy byli po drugiej stronie, pod moją wizję. Dlaczego o tym mówię? Często jeżdżę i oglądam młodzieżowe grupy. Połowa z nich to tego typu tresura. Bierze się jakiś utwór nie wiadomo po co. „Teraz wszyscy robią Oskara i panią Różę, to ja też zrobię Oskara i panią Różę”. Co roku jest moda na jakiś tekst. A ja wolę robić spektakl dwa czy trzy lata, ale żeby tworzyła go grupa. Mogę dać energię, być w tym z wami, ale nie jestem w stanie za was zrobić spektaklu, przyjść na próbę czy wyjść na scenę. Myślę, że to jest dla nas ważniejszy temat niż pytanie, czy dom kultury, czy może szkoła. Ja trafiłem do klasy teatralnej prawie przypadkiem. Poszedłem do klasy estradowej, bo grałem wcześnie na puzonie i pomyślałem, że może to połączę: estrada i puzon. Robiliśmy tam takie spektakle, jak np. erotyczna orgia do muzyki Schönberga. Dyrektor w ogóle nie rozumiał teatru, ale zawsze mówił „Fajnie” i wychodził. Coraz bardziej mi się ten teatr podobał. Wtedy krótkie warsztaty poprowadził u nas w szkole działający na Śląsku teatr niezależny – Cogitatur. Mnie się już trochę znudziło granie na puzonie. Postanowiłem chodzić na te warsztaty. Pamiętam, że szyłem flagę całą noc. Tak zaczęła się moja historia z teatrem. Byłem tam ze trzy lata, kiedy w pewnym momencie potrzebne było mięso armatnie do grania w plenerach. Tak dołączyłem do zespołu.

P.R.: Znajdują się więc też inne ścieżki teatralne i pewnie część z was w ten sposób trafiła do teatru – przez warsztaty przy teatrze offowym albo przy okazji jakiegoś festiwalu. Jak tam trafiacie?

A.S.: Wszyscy się nas w Teatrze Realistycznym pytali, skąd u nas tyle młodzieży, jak my to robimy. A to jest tak proste! Wychodzę na ulicę i mówię: „Cześć, jestem Ania, będę robić spektakl, przyjdź tu o siedemnastej. Będzie super” i tak nawijam, a potem idę do następnej osoby i jestem zestresowana, ale mam uśmiech na twarzy. Z piętnastu osób przychodzi jedna. To jest orka, ale to działa.

Iwona Konecka (Teatr Realistyczny): Osobę, która nas wprowadzi w świat teatru, możemy spotkać w szkole, czasem w domu kultury, czasem w organizacji pozarządowej, ale też sami możemy jej poszukać. Ja i Ania poszłyśmy do teatru niezależnego – do Realistycznego – ale nasz reżyser Robek Paluchosky pracował wtedy w domu kultury! Siedzieliśmy w kanciapie, która była squatem tuż obok instytucji, i czytaliśmy wiersze w kłębach dymu papierosowego. Tak wyglądały zajęcia teatralne. Na szczęście nikt tam nie zaglądał. Paluch pracował tylko na kawałek etatu, a siedział z nami non stop. Nigdy nie było mu dość. W ogóle nie myśleliśmy o nim jako o instruktorze. Dziś same prowadzimy zajęcia. Historia Plantacji Teatralnej, czyli grupy młodzieżowej, którą prowadziłyśmy z Anią Sadowską, zaczęła się od naszego działania w gimnazjum. Nie robiłyśmy teatru, tylko akcje badawcze na przerwach. Chciałyśmy się dowiedzieć, czego młodzież chce od kultury. Byłyśmy tam prawie codziennie. Po kilku tygodniach pobiegły za nami takie dziewczyny: „Słyszałyśmy, że robicie teatr, też chcemy!”.

Szymon Kokoszka: Poznałem taką dziewczynę w knajpie u nas we Wrześni. Powiedziała mi, że w Teatrze Realistycznym są warsztaty teatralne. I pojechałem z Wrześni trzysta kilometrów do Skierniewic, żeby tam spotkać innych ludzi z Wrześni, którzy robią teatr. Tak się poznaliśmy i jesteśmy grupą już pięć lat.

A.S.: Na tym nam właśnie zależało, żeby spotkać ze sobą ludzi, żeby mogli popróbować nowych energii. Żeby to „mięso armatnie” się ze sobą połączyło. Wtedy sieciowanie nie było jeszcze takim mocnym składnikiem rozmowy o kulturze. Myślałyśmy o młodych w teatrze, że za pięć lat będą jak my. I jeśli nie będą znali nikogo z branży, nie będą mieli szans na współpracę. Chciałyśmy, żeby się zakochali, poimprezowali, spocili się razem na scenie, żeby powymyślali swoje projekty.

Barbara Swadzyniak: Ja mam dwa skrajnie różne doświadczenia teatralne. Oba ze szkoły. Mieliśmy tam warsztaty z Idą Bocian. Zaczęli o nas myśleć – o tu jest kilka fajnych osób, zaprośmy ich.

I.B.: To wyście na nas wywierali presję! My do końca nie chcieliśmy, ale powiedzieliśmy: tak!

B.S.: Podjęliście to ryzyko. Z drugiej strony był projekt „Dramat w szkole”, organizowany przez Teatr Miejski im. W. Gombrowicza w Gdyni w powiązaniu z Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną oraz Festiwalem Polskich Sztuk Współczesnych R@Port. Chodziło o wystawienie z młodzieżą dramatu. Na pięć grup było może dwóch aktorów, którzy pracowali na kilka frontów. Było bardzo dużo presji, krzyku i narzucania własnego zdania. Potem nie było już nic. Na takim krótkotrwałym, trudnym spotkaniu wiele osób skończyło swoją przygodę w teatrze. A chodzi chyba o jakąś kontynuację. I o podejście do młodzieży. Jeśli patrzysz na nich i myślisz, że to licealna gówniarzeria, która nie może ci wiele dać, to tylko dystrybuujesz swoje umiejętności. Nie widzisz tego, ile można się nauczyć w pracy z młodymi ludźmi, wykorzystać to, co sami wnoszą.

I.B.: Tak się spotkałyśmy. Brałyśmy do siebie do Teatru Gdynia Główna całe klasy na tydzień do dziesięciu dni w czasie matur, kiedy to uczniowie młodszych klas nie bardzo mają co ze sobą zrobić. Pamiętam chłopaka, który nie chciał brać na siebie żadnej roli.

B.S.: Ale przekułyście to na walor. Potem w spektaklu mówił frazę, która opisywała jego stosunek do teatru – jak bardzo nim gardzi. Miał ogromną satysfakcję, że może to powiedzieć na forum. Dobrze to na niego wpłynęło.

I.B.: Stworzyłyśmy ten projekt, bo teatr nie jest tylko i wyłącznie narzędziem do tego, żeby znajdować takie perełki jak wy. Po kilku dniach w teatrze klasy niesamowicie się poznawały. Z zupełnie innej strony. Kwitliście nam. Akurat wasza grupa połowę przepłakała. Ale mieliście szansę się wypłakać, powiedzieć, co was boli, i się zintegrować.

Ewa Ignaczak (Teatr Gdynia Główna): Dałyśmy bardzo dużo swojej energii, bo jeśli ktoś nic w teatrze nie umie, to dla reżysera to jest katorga. Ale po dziesięciu dniach patrzę na nich, już uruchomionych, i mówię sobie, że odesłać ich teraz z powrotem do szkoły to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić. Dosyć zostawiania dzieciaków po tygodniu pracy. Bierzemy odpowiedzialność od początku do końca.

Przemysław Mrowiński: Od dwóch lat teatr jest obecny w moim życiu. Jestem bardzo wdzięczny ludziom, których spotkałem na swojej drodze i którzy pokazali mi, że mogę się zaangażować do pracy nie tylko nad teatrem, ale w ogóle nad rzeczywistością. Że teatr może być jedną z metod zmieniania tego świata. Ale też że możemy dzielić się naszym zaangażowaniem z innymi. Jesteśmy młodzi, intensywnie się rozwijamy i dużo bierzemy. Powinniśmy brać jeszcze więcej, żebyśmy mogli później dać więcej od siebie. Żeby pomnożyć to, co weźmiemy.

I.K.: I tu moje pytanie – gdzie szukacie tego „jeszcze więcej”? Podejrzewam, że teatr jest w waszym życiu na co dzień, ale skąd bierzecie dodatkowe zastrzyki energii? Widzicie jakieś możliwości na przyszłość?

P.R.: Wracamy tu do alternatywnych ścieżek edukacji teatralnej. Uczestniczycie w warsztatach Teatru Kana czy Teatru Brama. W całej Polsce przy teatrach alternatywnych działają grupy warsztatowe. Co jest wyjątkowego w tym, że to was przyciąga, a nie na przykład dom kultury? Czy to zmienia w jakiś sposób wasze myślenie?

I.B.: Takie cele miała Południowa Bałtycka Akademia Teatru Niezależnego (BAIT). W projekcie brały udział trzy kraje: Polska, Litwa i Szwecja, a finansował go program Południowy Bałtyk. Nie chodziło nam tylko o wychowanie aktorów. Stwierdziłyśmy z Ewą Ignaczak, że musimy mieć ludzi, z którymi chciałybyśmy pracować – na pewnym poziomie wrażliwości i umiejętności. Trochę naszych następców. Sorry, ale starzejemy się i mamy coraz mniej siły. Wymyśliłyśmy, że ich sobie wychowamy – ludzi, którzy robią wszystko. W teatrze offowym rzeczywiście trzeba być reżyserem, aktorem, księgową i organizatorem. Dużo myślałyśmy o stronie organizacyjnej i chciałyśmy dać naszym studentom niezbędne narzędzia. Miałyśmy świadomość, że to jest tylko kęs, ale też wiedziałyśmy, że jeżeli to będzie odpowiedni kęs, to dalej poszukacie możliwości rozwoju w danym kierunku. Tak zrobiła Małgorzata Polakowska, która jest dziś świetną specjalistką od Teatru Forum. Sandra Szwarc jest dramatopisarką z nagrodami. A miała być aktorką. Była przekonana, że pójdzie do szkoły teatralnej. I nagle na warsztatach okazało się, że pisanie dramatów to jest jej droga. Błażej Tachasiuk też chciał być aktorem. Dziś świetnie reżyseruje.

E.I.: Teatr ma wiele sztuk w sobie. Możecie zdobyć wszystkie narzędzia, które wam pozwolą na zakładanie własnych teatrów bez czekania na tytuł magistra sztuki. To jest takie proste! Trzeba tylko poświęcić na to przynajmniej pięć lat. Później już z górki.

I.B.: Żeby zaliczyć całą szkołę, trzeba było zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze – poprowadzić samodzielnie warsztaty teatralne. Samemu skonstruować warsztat, znaleźć grupę, napisać konspekt i przeprowadzić warsztaty.

E.I.: Metodyka uczenia! Jesteśmy odpowiedzialni za drugiego człowieka. Musieli zdecydować, jakich elementów użyją, kontrolować, jaki proces następuje. Musieli bardzo świadomie to napisać.

I.B.: Kolejnym zadaniem było pisanie projektów. Byłam okrutna i kazałam wszystkim pisać i szlifować – od celów po budżet. Różnie to szło, ale miałyśmy świadomość, że wypuszczamy spod naszych skrzydeł ludzi wyposażonych w niezbędną wiedzę. Mieliśmy pięćdziesięcioro studentów. Akademię skończyło czterdzieści jeden osób.

E.I.: Były zajęcia z reżyserii, dramaturgii, psychologii. W sumie trzy lata intensywnej, wszechstronnej pracy. A na początku prawie każdy, kto do nas przyszedł, chciał być aktorem. Dziś zajmują się teatrem od bardzo różnych stron. Powstały nowe zespoły, mamy kilka związków małżeńskich – to też jest piękne.

I.B.: Do tej pory ludzie do nas piszą, czy będzie kolejny nabór do BAIT-u. Akademia była długim i skomplikowanym działaniem, ale jednak tylko projektem. Nie udało się stworzyć z niej powtarzalnego programu i kolejnych roczników.

M.D.: Zaczęliśmy teraz mówić w tonie „wy młodzi – my starzy”. A ja chciałbym powiedzieć o drugiej stronie medalu. Zauważyłem, że jeśli sam się nie rozwijam, nie jeżdżę na warsztaty, to niewiele mogę z siebie dać młodzieży. Tak trafiłem do Gardzienic. W dosyć późnym wieku, bo moi koledzy byli dużo młodsi ode mnie. Tam spotkałem Anię Sadowską, zacząłem współpracę z grupą Sutari z jeszcze wyższego rocznika.

A.S.: Nigdy nie chciałam pójść do teatru. Chciałam na karate. Ktoś powiedział: „Karate?! Weź, tam jest taki Robek, idź do niego”. Kilka lat później jestem w Gardzienicach, a tam karate, taekwondo, tai-chi i wachlarze bojowe, a do tego podejście do studentów jak w sztukach walki. Uczysz się pokory w stosunku do rzemiosła i pokory względem grupy. Dostajesz bęcki zawsze, kiedy odzywa się w tobie ego. Jeśli chcesz działać swoim ego, to tylko na rzecz wspólnoty. Wypuszczają cię wtedy, kiedy uważają, że jesteś gotowy, a nie wtedy, kiedy skończył się semestr. Nie ma semestrów ani ustalonej długości Akademii. Ja byłam cztery lata, niektórzy tylko dwa.

M.D.: Ja byłem trzy i pół roku. W międzyczasie była rozbudowa ośrodka i myśmy tam jeździli od czwartku do niedzieli „na szmatę”. Niektórzy przyjeżdżali jeszcze w tygodniu wydłubywać chwasty spomiędzy kostki brukowej.

A.S.: Jednocześnie trzeba było grać spektakle.

M.D.: I zmagać się z wieloma rzeczami. Uprawiać woodball, czyli piłkę nożną, ale w lesie między drzewami. Wszystkim bardzo zależy, żeby wygrać. Trup ściele się gęsto.

A.S.: W ogóle w Gardzienicach można mocno oberwać. Psychicznie musisz się uodparniać na nacisk reżysera i grupy. Musisz skupić się wewnętrznie i określić, jaki masz cel, co jest dla ciebie dobre i w jaki sposób chcesz przyjmować to, co ci dają. Nie ma klepania się po plecach i komforciku. Jedziesz ze szmatą, a za chwilę grasz w spektaklu i śpiewasz w starożytnej grece. Nie ma tego kęsa, o którym mówiła Ida. Po prostu dostajesz telefon, że jedziesz do gazety, wchodzisz na scenę o 14:00, potem zbierasz grupę i prowadzisz warsztaty. Ja nie umiem tego zrobić, prawda? Ale nie pokażę reżyserowi, że nie umiem. Nie pokaże moim partnerom, którzy też mają swoje zadania, że nie dam rady. Po prostu to robię. To jest skok na beton. Boli, ale nagle okazuje się, że beton pływa.

I.B.: Niestety, czasami uczenie się na błędach jest bardzo bolesne. Starałyśmy się być tutorami, wspierać w pierwszych działaniach i w ten sposób uczyć odpowiedzialności. Wiedziałyśmy, że te narzędzia będą później w dobrych rękach.

Paweł Banaszczyk: W jakim momencie waszej kariery dostaliście się do Gardzienic? Co mieliście za sobą?

M.D.: Ja dosyć późno. Rozpadł się teatr, w którym się wychowałem i z którym byłem związany piętnaście lat. Zorientowałem się, że jestem po trzydziestce, nie mam pracy i nie mam gdzie mieszkać. Zacząłem się na nowo budować. To moje doświadczenie teatralne było bardzo intensywne, bo spędzałem z małą grupą ludzi każdą chwilę. Później tego nagle nie było. I wtedy dostałem telefon – „Wiesz co? Otwierają w Gardzienicach nową Akademię”. Nie widziałem ogłoszenia w mediach czy Internecie, a to był ostatni dzień przed terminem. Zgłosiłem się, w ogóle nie myśląc, co robię. Jeszcze zabrałem ze sobą Iwonkę Woźniak, której mówię: „Pisz, będziemy sobie razem dojeżdżać autem”. Było nas ze Śląska cztery osoby. Pamiętam głównie długie zimowe podróże. To były potężne zimy.

A.S.: Ja miałam dwadzieścia trzy lata. Mieliśmy wtedy kryzys w zespole Realistycznego. Poczułam, że razem z teatrem tracę grunt pod nogami. Zaczął mi się świat rozpadać. Z lęku przed tym, że stracę kontakt z całym środowiskiem, że już nie będę się zajmowała teatrem, zaczęłam się łapać wszystkiego. Tak trafiłam na warsztaty teatru tańca i wysłałam aplikację do Gardzienic, nie wiedząc nawet, kiedy jest nabór. Napisałam, że chcę i żeby dali znać. Zaprosili mnie do Gardzienic na przesłuchania, a nienawidzę czegoś takiego na dzień dobry. Trzeba było przygotować etiudę. Byłam sparaliżowana. Wykonałam tę etiudę, ale mnie skrytykowali i kazali to zrobić jeszcze raz. Powiedzieli to jeszcze kilku osobom. Poszłam ćwiczyć do ciemnej sali teatralnej, gdzie nie było już nikogo. Dostałam się jako jedyna z osób, które miały poprawkę. To był zdumiewający stres i wysiłek.

I.K.: Potem nasz reżyser zmarł. Nie wiedziałyśmy, na czym stoimy. Nie wiedziałyśmy, czy umiemy robić teatr. Anka przyjeżdżała z Gardzienic z rzeczami zupełnie spoza naszej stylistyki – z jakimiś śpiewami, cheironomią, zaczęła to u nas na scenie robić. To było straszne. Trzeba się nauczyć nie tylko, jak korzystać z nowych narzędzi, ale też, jak z nich nie korzystać. Poczułyśmy, że jeśli chcemy nadal razem robić teatr, to każda z nas musi umieć lepiej i więcej, ale nie możemy uczyć się z jednego źródła. Wtedy ja poszłam na BAIT, a Kasia Pągowska na pierwszą edycję Akademii Teatru Alternatywnego. Doświadczenia z różnych źródeł zderzałyśmy potem w naszym teatrze.

P.R.: Powiecie coś więcej o Akademii Teatru Alternatywnego?

A.S.: Świetna przygoda, a do tego mądrze pomyślana. Mieliśmy dostęp do autorytetów i szansę, by próbować z nimi bardzo różnych rzeczy. Oglądaliśmy ich spektakle, mieliśmy warsztaty, rozmawialiśmy i spędzaliśmy razem dni. Ale to, co było najpiękniejsze, to grupa, która się stworzyła. Są na świecie ludzie, którzy robią w tym samym czasie to, co ty, a ty ich nie znasz! Spotykasz ich i nagle jest wielka euforia. To taka przyjemność współpracy, że przez te półtora roku nie robiliśmy nic innego, tylko się sobą cieszyliśmy.

Alicja Brudło: Dla wielu z nas to sieciowanie i wspieranie się w swoich działaniach jest bardzo istotne. Wszyscy gramy do tej samej bramki. Rozmawialiśmy z młodzieżą przed panelem, że nie chcemy niezdrowej rywalizacji, która się czasami zdarza na festiwalach konkursowych. Zdecydowanie stymulują nas takie spotkania jak dzisiejsze. A a propos Akademii Teatru Alternatywnego, to jest potrzeba długofalowej wyższej edukacji w dziedzinie teatru alternatywnego. Same Gardzienice tu nie wystarczają, przede wszystkim dlatego, że przedstawiają wąski wycinek alternatywy. Dlatego ATA była dla nas szokiem, że można w jednym miejscu mieć tyle. Ten kraj potrzebuje miejsca, w którym byłoby to na stałe.

I.B.: My też czułyśmy, że zakończenie BAIT-u to był najbardziej bolesny moment. Mamy wiedzę i potencjał, tylko to bardzo dużo kosztuje i wymaga ogromnej pracy. Jeszcze nikt się nie zdecydował, żeby robić to systematycznie. Ale jeśli cały czas jest potrzeba, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby powalczyć, bo pokazaliśmy już efekty. Wiemy, kim są nasi absolwenci, co robią, ile dają dalej! To jest efekt domina. Właśnie tak tłumaczyłam urzędnikom, o co chodzi: zaczniemy od pięćdziesięciu, a potem będzie stu pięćdziesięciu. Wydaje mi się, że trzeba tylko połączyć siły i oprzeć się o jakąś instytucję. To jest ogrom pracy i sama nie mam już tyle siły. Ale służę radą.

A.S.: Mam takie olśnienie ostatnio, że można na przykład kogoś o coś poprosić. Nie trzeba czasami czekać np. aż Kana zorganizuje warsztaty. Tylko idziesz do Marty i mówisz: „Marta, macie wolny weekend? Robimy warsztaty? Może jakoś to ugramy”. Albo dzwonicie do Iwony i mówicie: „Iwona, weź przeprowadź nam warsztaty”. Zawsze chciałam zostać asystentką jakiegoś reżysera, a nigdy nie wpadłam na to, żeby napisać maila: „Panie, chcę być asystentką, chcę zobaczyć, jak ten spektakl powstaje”. Co robiłam zamiast tego? Myślałam sobie: „Może mnie ktoś zobaczy? Jak ja zagrałam!” I czekałam aż do mnie po spektaklu podejdzie reżyser i powie: „Anka, ale ty zagrałaś! Bądź moją asystentką!”. Wake up! Jak czegoś chcemy, to musimy coś w tej sprawie zrobić!